Wędrówki z biegiem Dunajca. Pieniny, one kcą miłości
17.11.2009
aktualizacja: 2009-11-18 12:06
W Krościenku spotykają się Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki
ZOBACZ TAKŻE
- Małe Pieniny na śladówkach (15-03-10, 06:00)
- Zimowa Korona Gór Polskich. Rysy - w śniegu po pas (12-01-09, 06:00)
- Krynica i okolica. Jan z dzbana (12-01-09, 06:00)
- Sylwester na Żywiecczyźnie. Dziadowanie z maciudelami (29-12-08, 06:00)
- Gorce. Pod zasępionym Turbaczem (21-07-08, 06:00)
- Jezioro Czorsztyńskie: Na prawo Gorce, na lewo Pieniny (21-07-09, 00:00)
- Tatry, Gorce i Pieniny: odkryj puste szlaki! (01-05-07, 00:00)
- Beskid Sądecki - Na sucho i na mokro (01-05-07, 00:00)
Urokowi jesieni w Pieninach ulegali już Matejko, Prus, Sienkiewicz. Przyjeżdżali do Szczawnicy nie tylko po to, aby napić się leczniczych wód. Kto raz tu był, nie zapomni wędrówki wzdłuż Dunajca o zmierzchu i mgieł unoszących się wtedy nad wodą. Ale przecież nie tylko artyści potrzebują zadumy...
***
Pieniny najbardziej lubię poza sezonem. W październiku i listopadzie nie jest tu już tak tłoczno, a widoki - najpiękniejsze. Nie trzeba czekać w długiej kolejce, aby wejść na Trzy Korony. Można w końcu odnaleźć to, po co wielu ludzi jeździ w góry: spokój. Niepowtarzalny klimat tych niewielkich gór dostrzegli już w 1828 r. Węgrzy - Józefina i Stefan Szalayowie. Kupili góralską wieś Szczawnicę i niewielkie urządzenia zdrojowe, dzięki którym Słowak Jan Kutschera butelkował tu od kilku lat wodę mineralną na sprzedaż. Szalayowie zarządzili odwierty nowych źródeł, poszerzyli stare ujęcia, powiększyli park i wybudowali obiekty uzdrowiskowe. Ich syn Józef Stefan zadbał o promocję, wydając w 1857 r. pierwszy przewodnik po Szczawnicy i "Album Szczawnicki" z własnymi rysunkami. Z jego inicjatywy odbył się też pierwszy spływ Dunajcem, przy muzyce góralskiej. Dwa z tryskających tu źródeł do dziś noszą imiona Stefan i Józefina na cześć rodziców Józefa Szalaya.
Tej jesieni zatrzymaliśmy się jednak w leżącym kilka kilometrów dalej Krościenku założonym przez Kazimierza Wielkiego. Przez 12 lat było połączone administracyjnie ze Szczawnicą, niezależność uzyskało w 1982 r.
W Krościenku nietrudno o nocleg. Nawet jeśli na płocie nie wisi tabliczka z napisem: "Wolne pokoje", warto zapukać i zapytać. W najgorszym wypadku, po krótkiej pogawędce, zostaniemy skierowani do sąsiada. Tak właśnie trafiliśmy do uroczego kamienno-drewnianego domu, z czujnym pudelkiem Brutusem i ciekawskimi kurami kręcącymi się po ogrodzie.
Krościenko wybraliśmy nie tylko z powodu tanich i przytulnych noclegów (poza sezonem od 20 zł za łóżko). Zdecydowało jego położenie - to najlepszy w tym regionie punkt wypadowy w góry. By znaleźć się na szlaku, nie trzeba nigdzie dojeżdżać busami. Chcesz wejść na Trzy Korony? - skręć z rynku w lewo. Znudziły ci się pienińskie wapienne pasma? - skręć w prawo na Lubań (już w Gorcach), a zobaczysz zupełnie inne widoki. W Krościenku bowiem przecinają się Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki.
Zanim wyjdziemy na szlak, wpadnijmy na domowe lody w rynku. Podobno ich smak nie zmienił się od 30 lat i wciąż ten sam cukiernik przez szklane okienko podaje tradycyjne wafelki, z dokładnie odważonymi na specjalnej wadze porcjami. Do wyboru - kakaowe, śmietankowe, jagodowe, truskawkowe, z prawdziwymi owocami.
Rynek ma w sobie spokój sycylijskich miasteczek, choć architektura jest tu zupełnie inna - dominują charakterystyczne góralskie skosy i spadziste dachy. Szczególnie ciekawe są stare, drewniane domy w południowej części. Blisko stąd do XIV-wiecznego kościoła Wszystkich Świętych z polichromiami przedstawiającymi sceny z życia św. Barbary, które odkryto przypadkiem dopiero w ubiegłym stuleciu.
***
Zaczynamy od klasycznej trasy na Trzy Korony (982 m), mijając po drodze pobielaną kapliczkę św. Rocha z 1710 r., postawioną dla odwrócenia morowej zarazy, która niemal wyludniła Krościenko. Początkowo podejście jest dość strome, ale kiedy przejdzie się kamienistą drogę, nagrodą jest widok z góry na fragment doliny Dunajca i panoramę miasteczka. Dalej idzie się już łatwo, trochę jak po alejkach parkowych. Założony w 1932 r. Pieniński Park Narodowy był pierwszym parkiem narodowym w Polsce. Latem przy szlaku na Trzy Korony siedzi opatulona w chustkę babcia, sprzedając kompot i zsiadłe mleko. Dziś jej tu nie ma - może jesteśmy za wcześnie, a może o tej porze roku brak chętnych na zimne napoje? Przystanek robimy niedaleko Pienińskiego Potoku. Można zanurzyć dłonie w źródełku i spróbować krystalicznie czystej wody.
Żółty szlak prowadzi nas prosto na Trzy Korony - pięć wapiennych skał wygląda z daleka jak z bajki o potworach zaklętych w kamienie. Trzy najwyższe to Okrąglica, Ganek i Pańska Skała. Taras widokowy zbudowano tylko na Okrąglicy. Nie jest duży, czasem trzeba czekać na wejście. Tym razem jednak jest tylko para zakochanych i ojciec z kilkunastoletnim synem. Sprzeczamy się, czy XVIII-wieczny mnich brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru rzeczywiście skoczył z Trzech Koron i przeleciał nad Dunajcem, chcąc wypróbować skonstruowane przez siebie drewniane skrzydła. Jutro wybieramy się na Słowację, gdzie spróbujemy się dowiedzieć czegoś więcej o tym słynnym zakonniku aptekarzu z klasztoru kamedułów. "Zielnik Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru" (wyd. PAN 1991) w opracowaniu Zofii Radwańskiej-Paryskiej zawierający opis 282 roślin z rejonu Tatr i Pienin przechowuje Muzeum Narodowe w Bratysławie. Jego biografia zainteresowała także filmowców. Słowacka reżyserka Mariana Cengel-Solcanska przeniosła na ekran niezwykłą historię mnicha. Film "Lietajuci Cyprian" ma wejść do kin w przyszłym roku, jedną z głównych ról zagra Paweł Małaszyński.
Do Krościenka wracamy niebieskim szlakiem przez Zamkową Górę (779 m). W tym niedostępnym miejscu w XIII w. zbudowano zamek. Podobno wzniósł go dla swej żony Kingi Bolesław Wstydliwy, ona zaś znalazła tu schronienie przed Tatarami. Dziś oprócz ruin dawnej komnaty, pozostał 90-metrowy mur obronny. Wchodząc na punkt widokowy po mokrych od deszczu metalowych szczeblach, zastanawiamy się, w jaki sposób udało się budowniczym wznieść ogromną warownię tak wysoko. Nie jest to najwyższe wzniesienie w Pieninach, ale od przepastnej doliny rozciągającej się pod Zamkową Górą trudno oderwać wzrok. Łatwo zrozumieć, dlaczego to skłaniające do kontemplacji miejsce upodobali sobie pustelnicy. Na początku ubiegłego wieku stał tu drewniany domek, w którym kolejno zamieszkiwali. Ostatnim pustelnikiem był Wincenty Kasprowicz. Spędził w tym miejscu ponad 20 lat, śpiąc w wieku od trumny. Wyprowadził się, kiedy w 1949 r. piorun spalił chatkę. Żartujemy, że uznał pożar za boski znak, aby powrócić do świeckiego życia. W tym miejscu lepiej jednak nie dowcipkować - tuż przy zejściu z drabinki obok kapliczki stoi posąg świętej. Patrzy srogo, jakby chciała, byśmy uszanowali tajemnice tych gór.
Idąc niebieskim szlakiem, przechodzimy przez kolonię buków - na ziemi dywan z brązowych liści. Buki rosną też dalej, na żółtym szlaku prowadzącym w dół do Krościenka.
Kolację jemy w restauracji Przełom, kiedyś pierwszej mordowni Podhala - spotykali się tu flisacy po skończonym spływie. Na ścianach kilka sporych poroży, blisko baru stoi ogromny wypchany wilk, podobno ten sam od 20 lat. W karcie duży wybór tradycyjnych dań, jak placek po zbójnicku, kluski, kwaśnica.
***
Wstajemy o świcie - dzisiejsza trasa będzie najdłuższa z zaplanowanych, a jesienią zmrok zapada szybko. Zaczynamy od podejścia z Krościenka na Sokolicę (747 m). Mamy szczęście, że ostatnio nie padało, bo szlak jest bardzo stromy i śliski. Na samej Sokolicy można się chwycić zabezpieczających barierek, a podchodząc do krawędzi, lepiej ich nie puszczać - kiedy spojrzymy w dół, może zakręcić się w głowie. Do końca października za wejście na Sokolicę trzeba zapłacić, podobnie jak na Trzy Korony (jeśli chcemy zdobyć je w ciągu jednego dnia, wystarczy jeden bilet za 4 zł lub ulgowy za 2, od listopada do kwietnia wstęp wolny). Urzekający jest stad widok na przełom Dunajca, który z tej wysokości wygląda jak wijąca się niebieska wstążka.
Ten kamienny szczyt warto odwiedzić także dla rosnącej tu sosny reliktowej. Samotne drzewo wystaje ze skały, jakby przyglądało się płynącym potokiem tratwom (najczęstszy motyw na pocztówkach z Pienin). Schodzimy w dół do Szczawnicy, zastanawiając się, czy uda nam się pokonać Dunajec. Na szczęście od kwietnia do końca października działa tutaj przeprawa - przepłynięcie tratwą na drugi brzeg kosztuje 1,5 zł (dzieci do lat dziesięciu - 80 groszy). Z przystani wychodzimy na asfaltową drogę i mijamy turystyczne przejście graniczne ze Słowacją. Trasa zwana Drogą Pienińską służy głównie jako ścieżka rowerowa - przyjemnie nią iść po stromym podejściu na Sokolicę. Przyglądamy się skale zwanej Wylizana, która wznosi się bardzo stromą ścianą ponad dno Leśnickiego Potoku. Jej dziwna nazwa pochodzi stąd, że ma kilka nieckowatych wgłębień wymytych przez wodę, co w góralskiej gwarze określa się mianem "wylizanie". Trasa prowadząca wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru jest niezmiernie malownicza. Wysokie kamienne skały wyrastają jakby wprost z potoku. Ta 9-kilometrowa droga to jednocześnie trasa spływu przez płynący pod nią Dunajec. My pokonujemy ją pieszo, patrząc, jak wartki nurt niesie tratwy płynących z przeciwka flisaków.
W Czerwonym Klasztorze zaczynamy od słowackiego piwa w kawiarni na dziedzińcu. Dawny klasztor kamedułów podupadł, ale wciąż robi wrażenie. Na obszernym podwórcu zachowały się kamienne ruiny kilku eremów. Pobielany domek przeora odbudowano na oryginalnych fundamentach, więc można zwiedzić piwnice. Jedyny w całości zachowany domek z dormitorium i oratorium stoi przy kościele św. Antoniego. W środku cela poświęcona aptekarskiej działalności braci - stara waga, buteleczki, przyrządy do sporządzania mikstur, na ścianach wiszą suszone zioła. W klasztorze mieści się muzeum ze zbiorami sztuki sakralnej, a także etnograficznymi z Zamagurza Spiskiego. Z dziedzińca widać piętrzące się za murami góry - z tej perspektywy Trzy Korony wyglądają najlepiej.
***
Pieniny najbardziej lubię poza sezonem. W październiku i listopadzie nie jest tu już tak tłoczno, a widoki - najpiękniejsze. Nie trzeba czekać w długiej kolejce, aby wejść na Trzy Korony. Można w końcu odnaleźć to, po co wielu ludzi jeździ w góry: spokój. Niepowtarzalny klimat tych niewielkich gór dostrzegli już w 1828 r. Węgrzy - Józefina i Stefan Szalayowie. Kupili góralską wieś Szczawnicę i niewielkie urządzenia zdrojowe, dzięki którym Słowak Jan Kutschera butelkował tu od kilku lat wodę mineralną na sprzedaż. Szalayowie zarządzili odwierty nowych źródeł, poszerzyli stare ujęcia, powiększyli park i wybudowali obiekty uzdrowiskowe. Ich syn Józef Stefan zadbał o promocję, wydając w 1857 r. pierwszy przewodnik po Szczawnicy i "Album Szczawnicki" z własnymi rysunkami. Z jego inicjatywy odbył się też pierwszy spływ Dunajcem, przy muzyce góralskiej. Dwa z tryskających tu źródeł do dziś noszą imiona Stefan i Józefina na cześć rodziców Józefa Szalaya.
Tej jesieni zatrzymaliśmy się jednak w leżącym kilka kilometrów dalej Krościenku założonym przez Kazimierza Wielkiego. Przez 12 lat było połączone administracyjnie ze Szczawnicą, niezależność uzyskało w 1982 r.
W Krościenku nietrudno o nocleg. Nawet jeśli na płocie nie wisi tabliczka z napisem: "Wolne pokoje", warto zapukać i zapytać. W najgorszym wypadku, po krótkiej pogawędce, zostaniemy skierowani do sąsiada. Tak właśnie trafiliśmy do uroczego kamienno-drewnianego domu, z czujnym pudelkiem Brutusem i ciekawskimi kurami kręcącymi się po ogrodzie.
Krościenko wybraliśmy nie tylko z powodu tanich i przytulnych noclegów (poza sezonem od 20 zł za łóżko). Zdecydowało jego położenie - to najlepszy w tym regionie punkt wypadowy w góry. By znaleźć się na szlaku, nie trzeba nigdzie dojeżdżać busami. Chcesz wejść na Trzy Korony? - skręć z rynku w lewo. Znudziły ci się pienińskie wapienne pasma? - skręć w prawo na Lubań (już w Gorcach), a zobaczysz zupełnie inne widoki. W Krościenku bowiem przecinają się Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki.
Tatry na jeden dzień w serwisie kolumber.pl
>Zanim wyjdziemy na szlak, wpadnijmy na domowe lody w rynku. Podobno ich smak nie zmienił się od 30 lat i wciąż ten sam cukiernik przez szklane okienko podaje tradycyjne wafelki, z dokładnie odważonymi na specjalnej wadze porcjami. Do wyboru - kakaowe, śmietankowe, jagodowe, truskawkowe, z prawdziwymi owocami.
Rynek ma w sobie spokój sycylijskich miasteczek, choć architektura jest tu zupełnie inna - dominują charakterystyczne góralskie skosy i spadziste dachy. Szczególnie ciekawe są stare, drewniane domy w południowej części. Blisko stąd do XIV-wiecznego kościoła Wszystkich Świętych z polichromiami przedstawiającymi sceny z życia św. Barbary, które odkryto przypadkiem dopiero w ubiegłym stuleciu.
***
Zaczynamy od klasycznej trasy na Trzy Korony (982 m), mijając po drodze pobielaną kapliczkę św. Rocha z 1710 r., postawioną dla odwrócenia morowej zarazy, która niemal wyludniła Krościenko. Początkowo podejście jest dość strome, ale kiedy przejdzie się kamienistą drogę, nagrodą jest widok z góry na fragment doliny Dunajca i panoramę miasteczka. Dalej idzie się już łatwo, trochę jak po alejkach parkowych. Założony w 1932 r. Pieniński Park Narodowy był pierwszym parkiem narodowym w Polsce. Latem przy szlaku na Trzy Korony siedzi opatulona w chustkę babcia, sprzedając kompot i zsiadłe mleko. Dziś jej tu nie ma - może jesteśmy za wcześnie, a może o tej porze roku brak chętnych na zimne napoje? Przystanek robimy niedaleko Pienińskiego Potoku. Można zanurzyć dłonie w źródełku i spróbować krystalicznie czystej wody.
Reklama: Ruszaj w trasę z mobilnym internetem
Żółty szlak prowadzi nas prosto na Trzy Korony - pięć wapiennych skał wygląda z daleka jak z bajki o potworach zaklętych w kamienie. Trzy najwyższe to Okrąglica, Ganek i Pańska Skała. Taras widokowy zbudowano tylko na Okrąglicy. Nie jest duży, czasem trzeba czekać na wejście. Tym razem jednak jest tylko para zakochanych i ojciec z kilkunastoletnim synem. Sprzeczamy się, czy XVIII-wieczny mnich brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru rzeczywiście skoczył z Trzech Koron i przeleciał nad Dunajcem, chcąc wypróbować skonstruowane przez siebie drewniane skrzydła. Jutro wybieramy się na Słowację, gdzie spróbujemy się dowiedzieć czegoś więcej o tym słynnym zakonniku aptekarzu z klasztoru kamedułów. "Zielnik Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru" (wyd. PAN 1991) w opracowaniu Zofii Radwańskiej-Paryskiej zawierający opis 282 roślin z rejonu Tatr i Pienin przechowuje Muzeum Narodowe w Bratysławie. Jego biografia zainteresowała także filmowców. Słowacka reżyserka Mariana Cengel-Solcanska przeniosła na ekran niezwykłą historię mnicha. Film "Lietajuci Cyprian" ma wejść do kin w przyszłym roku, jedną z głównych ról zagra Paweł Małaszyński.
Do Krościenka wracamy niebieskim szlakiem przez Zamkową Górę (779 m). W tym niedostępnym miejscu w XIII w. zbudowano zamek. Podobno wzniósł go dla swej żony Kingi Bolesław Wstydliwy, ona zaś znalazła tu schronienie przed Tatarami. Dziś oprócz ruin dawnej komnaty, pozostał 90-metrowy mur obronny. Wchodząc na punkt widokowy po mokrych od deszczu metalowych szczeblach, zastanawiamy się, w jaki sposób udało się budowniczym wznieść ogromną warownię tak wysoko. Nie jest to najwyższe wzniesienie w Pieninach, ale od przepastnej doliny rozciągającej się pod Zamkową Górą trudno oderwać wzrok. Łatwo zrozumieć, dlaczego to skłaniające do kontemplacji miejsce upodobali sobie pustelnicy. Na początku ubiegłego wieku stał tu drewniany domek, w którym kolejno zamieszkiwali. Ostatnim pustelnikiem był Wincenty Kasprowicz. Spędził w tym miejscu ponad 20 lat, śpiąc w wieku od trumny. Wyprowadził się, kiedy w 1949 r. piorun spalił chatkę. Żartujemy, że uznał pożar za boski znak, aby powrócić do świeckiego życia. W tym miejscu lepiej jednak nie dowcipkować - tuż przy zejściu z drabinki obok kapliczki stoi posąg świętej. Patrzy srogo, jakby chciała, byśmy uszanowali tajemnice tych gór.
Idąc niebieskim szlakiem, przechodzimy przez kolonię buków - na ziemi dywan z brązowych liści. Buki rosną też dalej, na żółtym szlaku prowadzącym w dół do Krościenka.
Kolację jemy w restauracji Przełom, kiedyś pierwszej mordowni Podhala - spotykali się tu flisacy po skończonym spływie. Na ścianach kilka sporych poroży, blisko baru stoi ogromny wypchany wilk, podobno ten sam od 20 lat. W karcie duży wybór tradycyjnych dań, jak placek po zbójnicku, kluski, kwaśnica.
***
Wstajemy o świcie - dzisiejsza trasa będzie najdłuższa z zaplanowanych, a jesienią zmrok zapada szybko. Zaczynamy od podejścia z Krościenka na Sokolicę (747 m). Mamy szczęście, że ostatnio nie padało, bo szlak jest bardzo stromy i śliski. Na samej Sokolicy można się chwycić zabezpieczających barierek, a podchodząc do krawędzi, lepiej ich nie puszczać - kiedy spojrzymy w dół, może zakręcić się w głowie. Do końca października za wejście na Sokolicę trzeba zapłacić, podobnie jak na Trzy Korony (jeśli chcemy zdobyć je w ciągu jednego dnia, wystarczy jeden bilet za 4 zł lub ulgowy za 2, od listopada do kwietnia wstęp wolny). Urzekający jest stad widok na przełom Dunajca, który z tej wysokości wygląda jak wijąca się niebieska wstążka.
Ten kamienny szczyt warto odwiedzić także dla rosnącej tu sosny reliktowej. Samotne drzewo wystaje ze skały, jakby przyglądało się płynącym potokiem tratwom (najczęstszy motyw na pocztówkach z Pienin). Schodzimy w dół do Szczawnicy, zastanawiając się, czy uda nam się pokonać Dunajec. Na szczęście od kwietnia do końca października działa tutaj przeprawa - przepłynięcie tratwą na drugi brzeg kosztuje 1,5 zł (dzieci do lat dziesięciu - 80 groszy). Z przystani wychodzimy na asfaltową drogę i mijamy turystyczne przejście graniczne ze Słowacją. Trasa zwana Drogą Pienińską służy głównie jako ścieżka rowerowa - przyjemnie nią iść po stromym podejściu na Sokolicę. Przyglądamy się skale zwanej Wylizana, która wznosi się bardzo stromą ścianą ponad dno Leśnickiego Potoku. Jej dziwna nazwa pochodzi stąd, że ma kilka nieckowatych wgłębień wymytych przez wodę, co w góralskiej gwarze określa się mianem "wylizanie". Trasa prowadząca wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru jest niezmiernie malownicza. Wysokie kamienne skały wyrastają jakby wprost z potoku. Ta 9-kilometrowa droga to jednocześnie trasa spływu przez płynący pod nią Dunajec. My pokonujemy ją pieszo, patrząc, jak wartki nurt niesie tratwy płynących z przeciwka flisaków.
W Czerwonym Klasztorze zaczynamy od słowackiego piwa w kawiarni na dziedzińcu. Dawny klasztor kamedułów podupadł, ale wciąż robi wrażenie. Na obszernym podwórcu zachowały się kamienne ruiny kilku eremów. Pobielany domek przeora odbudowano na oryginalnych fundamentach, więc można zwiedzić piwnice. Jedyny w całości zachowany domek z dormitorium i oratorium stoi przy kościele św. Antoniego. W środku cela poświęcona aptekarskiej działalności braci - stara waga, buteleczki, przyrządy do sporządzania mikstur, na ścianach wiszą suszone zioła. W klasztorze mieści się muzeum ze zbiorami sztuki sakralnej, a także etnograficznymi z Zamagurza Spiskiego. Z dziedzińca widać piętrzące się za murami góry - z tej perspektywy Trzy Korony wyglądają najlepiej.
1
2
następne »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Zatkany Nowy Świat, Wisłostrada. A będzie tylko gorzej
- Muzeum zbankrutowało. "Noc muzeów" będzie ostatnią?
- Środa na ulicach Warszawy [16.05.2012]
- Z lotniska na Narodowy w pół godziny. Już 1 czerwca!
- Kładka na Wawelskiej. Tragedia w kilkunastu aktach
- Nowy buspas dla UEFA. Bez korków dojadą na Narodowy
- Zobacz jak drążą tunele dla II linii metra [WIDEO]
- Strefa Chłamu w centrum. Naga prawda o placu Defilad
- Metallica dała czadu! Święto metalu na Bemowie
- A2 pod Warszawą gotowa! Przejechaliśmy całą [WIDEO]
- Pl. Defilad do zwrotu. Będzie pusty przez 20 lat
- Lotnisko wreszcie wypowiada wojnę taxi-mafii
- Miasto ma tysiące pustych mieszkań. A lokatorzy czekają
- Kościół sprzedał deweloperowi kawałek wylotówki. Jak?




