Królikarnia przebojem lata?

Roman Pawłowski
08.08.2011 aktualizacja: 2011-08-07 19:41
A A A Drukuj
Królikarnia Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Felieton Romana Pawłowskiego z cyklu "Kronika Wypadków Kulturalnych"
W ubiegłym roku przebojem lata w stolicy było 5-10-15 - improwizowany klub i dom kultury w opuszczonej kamienicy na Mokotowskiej. W tym roku palmę pierwszeństwa ma szansę przejąć Królikarnia. Ta oddalona od centrów rozrywki miejscówka położona malowniczo w parku na Skarpie Wiślanej znana była głównie jako miejsce korporacyjnych uciech oraz dorocznego pikniku "Gazety Co Jest Grane". Na co dzień mało kto tam zaglądał oprócz spacerowiczów i wielbicieli talentu Xawerego Dunikowskiego, którego liczne popiersia i rzeźby tkwią wśród krzaków w parku. W ostatnich tygodniach Królikarnia przeszła jednak gruntowną przemianę, która czyni z niej najgorętsze miejsce tego lata. O niektórych zmianach już pisałem: w pałacyku powstała świetnie zaopatrzona księgarnia i kawiarnia, w której można wypożyczyć leżak i zakupić wiktuały na piknik. W upalne dni trawnik przed pałacem wygląda jak sielankowe pejzaże Antoine'a Watteau: pary i rodziny obsiadają niebieskie koce i czarne leżaki z symbolem królika i pałaszują zawartość koszy piknikowych, rozkoszując się leniwym popołudniem.

Z sielankową atmosferą tego miejsca harmonizuje pierwsza wystawa, przygotowana przez kuratorkę Królikarni Agnieszkę Tarasiuk, zatytułowana "Damy z pieskiem i małpką". Sztuka rokokowa zderza się tu z pracami współczesnych polskich artystów, którzy odwołują się do tego samego XVIII-wiecznego etosu przyjemności, zabawy, frywolności. Obok kiczowatych scen dworskich - współczesne zdjęcia Romskich królów w ich lukrowanych pałacach, obok rokokowych żurnali z podobiznami modnych kobiet z taliami osy - praca Maurycego Gomulickiego, który ściany rotundy ozdobił erotycznym wzorem ze złotej folii. Najbardziej poruszający jest ustawiony w ostatniej sali rząd zniszczonych rokokowych krzeseł dworskich wybebeszonych przez czas i historię. Zza blichtru rokokowych złoceń wygląda trupioblada maska śmierci.

W miniony piątek Królikarnia ujawniła nowe, muzyczne oblicze: rozpoczął się cykl koncertów zaprogramowanych przez Michała Liberę, który ma potrwać do jesieni. Na pierwszy ogień poszła Baby Dee, transgenderowa wokalistka, o której "The New Yorker" pisał, że mogłaby być muzą Henry'ego Purcella, mistrza barokowej muzyki. W samej rzeczy, wielka rudowłosa performerka jest połączeniem barokowych sprzeczności: niski głos i delikatna harfa, na której akompaniuje, zwalista sylwetka i tiule, które nadają jej kształt wielkiej brązowej bezy. Zagrała wyrafinowaną muzykę, której towarzyszyły niekiedy rubaszne teksty, jak w piosence zaśpiewanej na bis: "I'm not the only pisspot in the house". Publiczność przyjęła recital entuzjastycznie, przy wyjściu starsze panie dopytywały się, kiedy następny koncert, ale wie pan, taki jak dzisiaj, nie poważny.

Jeśli macie już dość bycia poważnymi, jeśli chcecie wyzwolić się chociaż na moment z patosu i konwenansów, idźcie do Królikarni. Tego lata nie ma lepszej miejscówki.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy