"Warszawa kobiet" - nowa książka Sylwii Chutnik

Beata Kęczkowska
15.03.2011 aktualizacja: 2011-03-15 19:14
A A A Drukuj
Sylwia Chutnik Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
"Warszawa kobiet" to przewodnik niezwykły, opowiada historię miasta przez pryzmat jej mieszkanek. Tych bardzo znanych i tych wyłuskanych z pamięci
Warszawianki - od momentu, gdy nasze miasto stało się stolicą, po współczesność. Chodzenie ich śladem to przygoda dodająca energii, wielce inspirująca i pouczająca. Sylwia Chutnik, autorka przewodnika, razem ze swoimi koleżankami-spółpracowniczkami opowiada historię setek wspaniałych kobiet. Łączy je jedno: adres Warszawa.



Rozmowa z Sylwią Chutnik

Beata Kęczkowska: Fajne miałyśmy sąsiadki na Mokotowie?

Sylwia Chutnik: Oczywiście! I ciągle się czegoś o nich dowiaduję. Na przykład dopiero po oddaniu książki do druku udało mi się ustalić, pod jakim numerem mieszkała Zofia Nałkowska ze swoją matką. Wiedziałam, że na Madalińskiego, ja też mieszkam na tej ulicy, to była potwarz, że nie mogłam znaleźć tego numeru. No i okazało się, że to było pod siódmym.

Szczególnie traktujesz ulicę Narbutta, poświęcasz jej mieszkankom sporo miejsca.

- Mam do niej sentyment, bo mieszkają na niej moje trzy przyjaciółki. Sama też aspiruję, ale ceny są zaporowe. To jedna z takich czarodziejskich ulic. Na Bielanach taka jest na przykład Płatnicza przy osiedlu Zdobycz Robotnicza, na Ochocie Uniwersytecka...

Albo Mochnackiego.

- Właśnie. Są piękne, atrakcyjne, czas jakby się na nich zatrzymał, a jednocześnie to żywe miejsca.

W twoim przewodniku wyjątkową mieszkanką Warszawy stała się Matka Boska, co chwila czytamy opis jakiejś kapliczki, dzieje jej powstania i co częste - jej fundatorki.

- Zaczęło się od tego, że Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, która opracowała Pragę - Północ i Pragę-Południe, przygotowała trasę śladem tamtejszych kapliczek. Próbowałam do tego, co ona napisała, dodać Matki Boskie z kapliczek z lewego brzegu. Między innymi z ulicy Narbutta - by tam do niej dotrzeć, trzeba sforsować domofon. Ale liczę na czytelników, chciałabym, żeby się trochę potrudzili i zdziwili, idąc naszymi trasami. Żeby nie było tak, że tu Pałac Prezydencki, tam Bristol i jeszcze fasada, która aż czeka, by na jej tle sfotografować się aparatem cyfrowym. Jak się ktoś trochę pomęczy, wejdzie w bramę, to zobaczy spektakularny domek, a w domku piękną panią.

Na początku kwietnia zaprosimy do odbycia spacerów w ramach promocji książki - jednego po Ochocie, bo tam znajduje się redakcja "Polityki", mojego wydawcy, a drugiego po Starych Powązkach, które są dla mnie oddzielną dzielnicą, tam też kończą się historie wielu kobiet, które opisuję w innych miejscach i na innych trasach.

Piszesz we wstępie, że mamy ostatnio aż za dużo przewodników po Warszawie i nikt nie ma czasu jej zwiedzać, poznawać, tylko siedzi, czyta i ogląda mapy, zdjęcia. To zatem po co jeszcze jeden przewodnik?

- Jak ktoś może, to ja nie? I jeszcze do współpracy zaprosiłam koleżanki - Kasię Chudyńską-Szuchnik, Annę Grzelewską, Agatę Nowicką, Anię Niemierko, moją przyjaciółkę od zerówki. Nawet tłumaczki na angielski są moimi koleżankami. Ręka rękę myje i nepotyzm. Kogo ja bym zmusiła, żeby tak szybko pracował, w stresie, jak nie moje koleżanki? Bo goniły terminy - na książkę dostałam stypendia z Ministerstwa Kultury i miasta Warszawy, żeby się z nich rozliczyć, wszystko musiało być na czas.

Zasada, by pracować z koleżankami, sprawdziła się znakomicie. Wiem, że Warszawa też wiele dla nich znaczy, a są artystkami, każda w swoim fachu. Nasz projekt przekroczył więc ramy typowego przewodnika, są w nim eseje, zdjęcia, ilustracje, mapy i trasy spacerów.

Dlaczego jednak "Warszawa kobiet", dlaczego w poznawaniu miasta ma rządzić kryterium płci?

- Bo kobiety, ich biografie są dla mnie bardzo inspirujące. Staram się nie zgapiać cudzych pomysłów, ale nimi inspirować, brać z nich siłę. Na twoje pytanie jest jeszcze jedna odpowiedź - trochę rodem z teorii spiskowych i braku kobiet w historii Warszawy jako miasta. Moje koleżanki z Krakowa też zrobiły przewodnik po ich mieście śladem kobiet i też zwróciły na to uwagę.

Nasza książka powstała więc z chęci dbania o historię kobiet ze względów feministycznych. I mogę sobie triumfować, że znowu okazało się, że feministki muszą dbać o wszystko - posprzątać, napisać, przypomnieć, zadbać i jeszcze zupę ugotować.

Wcale bym się nie pogniewała, gdybym nie musiała tego robić, ale w wielu przewodnikach, z których korzystałam, widziałam urwane narracje - jest teść, mąż, kochanek nawet, ale nie ma samej kobiety albo ktoś zapomniał podać jej imię. Mamy takie samograje jak Skłodowska czy królowa Marysieńka i nie zrobiliśmy nic - my warszawiacy, społeczeństwo - żeby wiedzę o tych kobietach upowszechnić.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy