Asiunia wspomina wojnę

Rozmawiała Beata Kęczkowska
13.06.2011 aktualizacja: 2011-06-13 15:44
A A A Drukuj
Mistrzyni polskiej literatury dla dzieci Joanna Papuzińska napisała autobiograficzną książkę o wojnie przeznaczoną dla najmłodszych czytelników. "Asiunia" to niezwykła, subtelna opowieść o dziewczynce, która dorastała w bardzo trudnym czasach


Rozmowa z Joanną Papuzińską

Beata Kęczkowska: Książkę rozpoczyna scena, kiedy to starszy brat odpytuje Asiunię, co by zrobiła, gdyby się zgubiła w mieście. "Nazywam się Joanna Papuzińska. Mam pięć lat" - recytuje dziewczynka. I podaje swój adres: "Mątwicka trzy, mieszkania jeden". A gdzie ta Mątwicka była?

Joanna Papuzińska: Wtedy to był dom na skraju Warszawy, przecznica Opaczewskiej. Ten dom ocalał, jednak tam nie wróciliśmy po wojnie, bo gdy dotarliśmy do Warszawy, już tam było wszystko zajęte. Trochę się tułaliśmy. Po pewnym czasie dopiero zamieszkaliśmy na Lwowskiej, w mieszkaniu, w którym rozmawiamy.

Pani profesor, co dziecko zapamiętuje z wojny?

- To trochę trudno sprecyzować, bo na pamięć własną nakładają się opowieści rodzinne. Na to jeszcze wpływa bardzo ważny element - stare fotografie, do nich też wyobraźnia doprawia własne historie. Co jest zatem tym moim pierwszym pamiętaniem? Mogę ręczyć za opisane w "Asiuni" słuchanie wiatru. Z nikim nie mogłam tego skonfrontować, bo to ja sama tego wiatru słuchałam. Jak zmienia się jego głos, kiedy wieje z różnych kierunków. Zapamiętałam też nocny tramwaj, który widziałam na suficie. To był taki efekt camery obscury, on przejeżdżał po torach, obraz się w czymś odbijał i ja widziałam tramwaj na suficie. Wszyscy mi mówią, że to jest zmyślenie, że to mi się śniło. Nikt mi nie wierzy. Miałam wtedy pięć lat.

A ten dramatyczny moment, kiedy hitlerowcy zabierali mamę, pani zapamiętała?

- Mgliście. Pamiętam, jak mnie ubiera i wysyła do sąsiadów, a ranni chłopcy, którzy znaleźli się wtedy w naszym mieszkaniu, wołają: "Proszę pani, proszę pani", a mama mówi do nich: "Zaraz, zaraz do was przyjdę". Pamiętam strzały, reszta to już może być moja konfabulacja. Bo to zatrzymanie mamy to była dziwna sprawa. Jest wprawdzie kilka opisów tego wydarzenia, ale nikt, kto brał w nim udział, nie przeżył. To było jakieś nieporozumienie, coś poszło nie tak. Podobno była zbiórka Szarych Szeregów gdzieś w pobliżu, chłopcy robili ćwiczenia z bronią, ktoś ich zauważył, zaczęli uciekać i przybiegli do nas na Mątwicką. Ściągnęli za sobą jakichś szpiclów, których próbowali rozbroić. Wtedy wywiązała się strzelanina, trzech chłopców zostało rannych. Mama wypchnęła mnie i braci do sąsiadów, a rannych usiłowała ukryć na strychu. Jak zmywała ślady krwi ze schodów, przyjechało gestapo. Zabrali ją i tych trzech chłopców. Wszyscy zginęli na Pawiaku.

Jednak nie pisze pani o tym wprost w "Asiuni". Chciała pani tego oszczędzić swoim małym czytelnikom?

- To było w moim domu tabu, o tym się nie mówiło. Szczegóły poznawałam dopiero jako osoba dorosła, więc byłoby nie w porządku, gdybym wstawiła to do tej opowieści. To przecież narracja z pozycji dziecka. A wtedy właściwie niewiele wiedziałam. Poza tym były przecież takie historie, że ktoś był opłakany, a wracał. To mimo niemieckiej solidności zdarzało się na tyle często, żeby się można było łudzić. Moja babcia przez parę dobrych lat wierzyła, że jej Zosia wróci...

Co współczesne dziecko rozumie z wojennych wspomnień?

- Niedawno brałam udział w audycji w łódzkim radiu, dzwonili mali słuchacze. Odezwał się m.in. Karolek, który pytał, jak znalazłam czas, żeby w takich trudnych czasach bawić się w słuchanie wiatru. Pewnie sobie wyobrażał, że ja z karabinem maszynowym siedziałam w okopie albo na czołgu. Dlatego mi zależało, aby opisać właśnie powszednie wojenne dni. Były pytania, czy walczyłam, czy się bałam.

A bała się pani?

- Największy lęk wywoływało buczenie samolotów, zwłaszcza na otwartej przestrzeni.

Razem z braćmi zimą 1944/45 znalazła się pani w Stoczku Łukowskim, opisuje pani to w "Asiuni".

- Do Stoczka przenieśliśmy się w okolicy świąt, moi bracia twierdzą, że w styczniu, ale mnie się wydaje, że to było pomiędzy Mikołajem a Bożym Narodzeniem. Mróz, bardzo ciężka zima. Tam ciągle były dzieci, które latem 1944 roku przyjechały z Warszawy na kolonie, opiekowała się nimi między innymi Ola Majewska, Ciocia Tygrys. Niedawno Stoczek został przypomniany - w TVP Kultura wyemitowano półgodzinny dokument o Stoczku i dzieciach, który powstał tuż po wojnie, wyciągnął go Marek Hendrykowski. Potem był jeszcze m.in. artykuł w "Polityce". To było miejsce niezwykłe. Odebrał nas stamtąd ojciec. Nie wiem, czy to już był koniec wojny, czy trochę później. Był ranny w czasie Powstania Warszawskiego, najpierw postrzelony w rękę, potem szpital, w którym był, zburzyła bomba. Ojca przysypało, miał pękniętą miednicę, w ogóle się nie ruszał. Na noszach go wywieźli do Milanówka, długo dochodził do siebie. Trochę się po Warszawie tułaliśmy. Jesienią 1945 roku wprowadzaliśmy się do mieszkania tu, na Lwowską, były zajęte dwa pokoje. Tak się wtedy żyło. Lwowska w zasadzie ocalała, dom pod pierwszym był zburzony. Pamiętam napisy "Min niet" albo "Min nie ma". Na tym się uczyłam czytać.

Zasiada pani w licznych gremiach jurorskich i ocenia książki dla dzieci. Bardzo to podziwiam.

- Ostatnio na konkurs wrocławski Dobre Strony przeczytałam 22 kilogramy książek. Wiem, ile ważyły, bo było napisane na pudle, w którym mi je przysłano. Czytanie jest moim naturalnym stanem bycia, więc właściwie bym się dziwiła, jak ja żyję, gdybym nie mogła czytać. To jest bardzo ciekawe, bo weszło zupełnie nowe pokolenie autorów, innych ludzi. Pamiętam pisarzy dla dzieci, z którymi się stykałam - przeważnie to byli ludzie w jakimś stopniu przegrani, bo się im nie udawało pisanie dla dorosłych. Natomiast teraz to są ludzie, którzy wybierają tę specjalność z rozmysłem. To wszystko wyrasta z jakiegoś innego patrzenia na dziecko. Inaczej piszą, są przygotowani do spotkań z dziećmi, świetnie się z nimi bawią. Oczywiście, jedni są zdolniejsi, inni mniej. Ale ogólnie - to nowa jakość.

Komu się pani przygląda?

- Pawła Beręsewicza bardzo sobie cenię. Przyglądam się Marcinowi Szczygielskiemu, który co wyda powieść, to dostaje za nią nagrodę. Małgorzata Strzałkowska - o, to jest królowa, świetnie pisząca w różnych gatunkach, a jej "Zielony i Nikt" to wspaniała filozoficzna baśń.

Oczywiście nie czytam wyłącznie książek dla dzieci. Lubię wspomnienia, ostatnio czytam "Starorzecza" Antoniego Kroha i "Według ojca, według córki" Krzyżanowskich. Bardzo lubię wspomnienia amatorów, którzy piszą, bo muszą powiedzieć, co przeżyli. Nawet jeśli to nie jest wielka literatura, to jest ciekawe jako pewien zapis zdarzeń, zapis psychologiczny. Mam też słabość do skandynawskich kryminałów.

Ostatnio słyszałam sporo krytycznych uwag na temat tego, co jest wśród lektur szkolnych, Instytut Książki postulował nawet, żeby uwolnić "Łyska ".

- Ja jestem za uwolnieniem "Wojtka, który został strażakiem". To jest tak anachroniczne niebywale, z tymi furmankami, które ciągną beczki z wodą Moim zdaniem zwłaszcza lektury dla dzieci młodszych trzeba odświeżać. Nawet się zastanawiam, czy moja "Nasza mama czarodziejka" się nie postarzała, zwłaszcza w sferze języka.

Z lekturami wszyscy idą na łatwiznę - nauczycielki każą dzieciom czytać te książki, których w bibliotece jest 30 egzemplarzy i dla wszystkich dzieci starczy. Mają do tych lektur gotowe projekty lekcji, nawet gotowe pytania. Rutyna.

Cała nadzieja w rodzicach. Rośnie nowe pokolenie rodziców, którzy cieszą się swoim rodzicielstwem, dla których rodzicielstwo to fajny okres w życiu. I niech oni napierają na szkoły. Wierzę, że im się uda uwolnić i Łyska, i Wojtka.

"Asiunia" Joanna Papuzińka, ilustracje Maciej Szymanowicz, wyd. Muzeum Powstania Warszawskiego i Literatura

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy