Czytać na przekór światu

Rozmawiała Beata Kęczkowska
25.07.2011 aktualizacja: 2011-07-22 15:19
A A A Drukuj
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Ma dwa przygarnięte psy i osiem kotów. Czy to dlatego, że w dzieciństwie zaczytywał się w powieści "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"? Rozmowa z prof. Leszczyńskim to kolejna propozycja w cyklu wakacyjnych wywiadów z "ludźmi od książek"
Profesor od bajek i baśni - wybitny znawca literatury dla dzieci. O książkach dla nich prof. Leszczyński mówi z niedoścignioną pasją i wielką miłością.

Beata Kęczkowska: Czy wypada dorosłemu czytać książki dla dzieci?

Prof. Grzegorz Leszczyński: W parku Disneyland dorośli na równi z dziećmi śmieją się i szaleją. Wypada się bawić jak dziecko, czemu nie miałoby wypadać czytać? W przypadku książek zwykle chodzi o coś więcej. Człowiek dojrzały przegląda się w dzieciństwie jak w źródle. Życie jest podróżą, a każda podróż jest tym bogatsza, im więcej pozostaje w pamięci spotkań, doświadczeń, olśnień, goryczy i rozczarowań. Prawdziwy podróżnik pamięta wszystko, co działo się po drodze. Lektura książki dziecięcej daje nam, dorosłym, możliwość podróży przez labirynty pamięci. Na krótkie chwile czytania - niczym Marcel Proust w swoim wiekopomnym dziele - odzyskujemy stracony czas.

Czego się można z nich nauczyć?

- Lektura dobrej książki to spotkanie ze sobą i z Innym. Ze sobą, bo w przeżyciach bohaterów czytelnik odnajduje własne emocje, w ludzkich losach - los własny, w dylematach i pytaniach - ścieżki własnych myśli. Lektura książki dziecięcej pozwala odnaleźć dziecko w sobie. Takie spotkanie ze sobą sprzed lat pozwala odkryć najprostsze wzruszenia i prawdy, które - jak w "Małym Księciu" Saint-Exupéry'ego - brzmią tu jasno i mocno. Warto wracać do nich w dorosłym życiu.

Lektura to również spotkanie z Innym - jego emocjami, światopoglądem, postawą, systemem wartości. Książki Grzegorza Kasdepkego czy Anny Onichimowskiej pozwalają wniknąć w świat przeżyć dzisiejszego dziecka, w jego emocje i fascynacje, poczucie humoru, zrozumieć jego smutek. Zmieniają się czasy, zmieniają się dzieci, te dzisiejsze są zupełnie inne niż te sprzed półwiecza czy ćwierćwiecza. Gdyby świat skamieniał, książki dla dzieci by skamieniały. Ale świat nie kamienieje, przypomina raczej lawinę, która wciąż przyspiesza. W tej sytuacji książka dziecięca może być arką przymierza między dawnymi i nowymi laty.

A dlaczego w baśniach tak instrumentalnie traktowane są kobiety? Albo złe wiedźmy, albo macochy. Jak się trafi jakaś dobra, to zazwyczaj matka i zaraz umiera. Spisek antyfeministyczny?

- To jest sprawa interpretacji języka symboli. Piękno Śnieżki czy Śpiącej Królewny sygnalizuje czystość moralną i dobroć serca. Piękno Szeherezady z "Księgi tysiąca i jednej nocy" odsyła do skarbów mądrości. Kobiety w baśniach bywają więc piękne, dobre i mądre.

Ale pani pyta o portrety kobiet kreślone jakby niechętną ręką. Ta niechęć jest pozorna. Baśń mówi o zmaganiu człowieka z życiem. Początek tych zmagań ma zwykle miejsce w rodzinnym domu, gdzie chłopiec czy dziewczyna doznają bólu, krzywdy, poniżenia. Źródłem tych cierpień jest najczęściej matka, która przybiera symboliczną postać macochy lub wiedźmy. Dlaczego matka? Bo jest najbliżej dziecka. Im ktoś jest bliżej, tym głębsze zadaje rany. Matka nie jest tworem ze spiżu, tylko żywym człowiekiem: wpada w gniew, wymierza karę, wyzwala zazdrość, bo darzy miłością również rodzeństwo, a może nawet je faworyzuje. Baśń w symboliczny sposób przeprowadza dziecko przez to piekło. Macocha czy wiedźma jest uosobieniem ciemnej strony matki. Baba Jaga, która chciała wsadzić Jasia do pieca, została pokonana. Jej knowania pokrzyżowała solidarność brata i siostry. Po lekturze tej baśni dziecko jest wewnętrznie oczyszczone, wolne od napięć. Bywa, że źródłem zła są ojcowie: w "Oślej skórce" król po śmierci żony uznaje, że jedyną kandydatką na nową żonę jest jego własna córka. Dziś nazywamy to molestowaniem. Dziewczynie nie pozostaje nic innego, jak oszpecić się i uciec z zamku.

Dziecko nie rozumie ukrytego sensu tych baśni, czuje jednak, że mówią o jego problemach. Dlatego tak silnie przeżywa lekturę, a raz poznaną baśń każe sobie opowiadać lub czytać bez końca.

Pana pierwsza książka?

- Gdy byłem małym chłopcem, czytałem bez opamiętania "Doktora Dolittle i jego zwierzęta" Loftinga. Pierwsza książka jest jak pierwsza miłość - żłobi całe życie. W moim domu zawsze jest miejsce dla bezdomnych zwierząt. Mam dwa przygarnięte psy i osiem kotów. Kiedyś chciałem jak Doktor Dolittle rozumieć mowę zwierząt. Moje chłopięce marzenie spełnia się każdego dnia. I marzenie mojej żony, mojej córki, mojego syna - wszyscy jesteśmy jakoś spod Dolittle'owej gwiazdy. I pomyśleć, że Lofting pisał tę powieść dotknięty okrucieństwem, z jakim na frontach pierwszej wojny odnoszono się do zwierząt - ludziom opatrywano rany, a konie konały w męczarniach. To była książka pisana na przekór światu. Warto też na przekór światu czytać, a może i żyć.

Ma pan jakiś system układania książek w swojej bibliotece?

- Niestety, zasada entropii sprawdza się na każdym kroku: chaos rośnie wraz z upływem czasu. Ale mam książki święte, które zawsze leżą na swoim miejscu. Są wśród nich dzienniki francuskiego filozofa Jeana Guittona, do których wracam od kilkudziesięciu lat, wspomnienia C.S Lewisa (autora "Opowieści z Narnii"), jest stare wydanie "Małego Księcia". Porządek mam w książkach poetyckich, ginie mi tylko "twarda", realistyczna proza. Może obiegowe porzekadło zamiast ubioru powinno dotyczyć książek: powiedz mi, co ci ginie, a powiem ci, kim jesteś.

Norwid napisał: "Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie. Dwie tylko: poezja i dobroć". Bardzo w to wierzę. Każda wielka książka jest podszyta poezją, niezależnie od tego, czy pisana wierszem, czy prozą. Dotyczy to także książek dla dzieci. Ileż poezji jest w baśniach Andersena, ile poetyckiej siły w obrazie śmierci Nemeczka z powieści Molnara, w powieściach Astrid Lindgren, Tove Jansson, w "Kubusiu Puchatku", w historii Piotrusia Pana i Wendy.

Co sprawiło, że zajął się pan literaturą dla dzieci?

- Nie chciałem analizować zjawisk, które wydały mi się dobrze opisane, starałem się znaleźć obszary niczyje. Literatura dla dzieci u schyłku lat 70. dopiero wchodziła w obszar badań literaturoznawczych, nie zaglądali tu nawet najbardziej wyrafinowani zwiadowcy. W Polsce pojawiło się zaledwie paru pionierów, którzy przecierali szlaki, w świecie badania nad literaturą dziecięcą były już bardzo zaawansowane. W Szwecji do dziś traktuje się je jako priorytetowe i przeznacza największe dotacje - ze względu na znaczenie społeczne.

Co powinien wiedzieć rodzic, nim da swojemu dziecku książkę do ręki?

- Książka jest dziełem sztuki, ma nie wychowywać, tylko wywoływać emocje. Muzyka też nie wychowuje ani obraz, ani balet. Największym błędem rodziców jest to, że szukając dobrych książek, wybierają takie, które ich zdaniem przynoszą "pożytek". Tymczasem gdy sami sięgają pamięcią do lektur własnego dzieciństwa, wspominają nie te, które owiewał "smrodek dydaktyczny" (śliczne określenie Wańkowicza), lecz te, których lekturę naprawdę przeżywali. Nawet chłopcy płakali nad losem Nemeczka i małego pisarczyka z Florencji - cóż w tym złego? Książka ma się podobać dziecku, nie rodzicowi. Roald Dahl, jeden z najwybitniejszych pisarzy brytyjskich, autor m.in. "Wielkomiluda" i "Matyldy", powiedział kiedyś, że książka, która podoba się rodzicom, jest najgorszą książką dzieciństwa. W rozwoju ma pomagać szkoła, w wychowaniu - ksiądz proboszcz, a książka jest jak muzyka: lektura to czysta radość czytania.

Na lepsze? Na gorsze? Co się zmieniło w ostatnich latach na półkach z książkami dla dzieci?

- Mamy za sobą tsunami kiczu spod znaku Disneya, pojawiło się wiele książek, które są prawdziwymi dziełami sztuki, książek z grafikami doświadczonych artystów: Wilkonia, Ekier, Kiliana, Butenki, a także twórców młodszego pokolenia: Pawalaków, Wasiuczyńskiej, Lipki-Sztarbałło, Bieńkowskiej, Ekier, Lange, Żelewskiej. Mogłyby znaleźć miejsce w galerii współczesnego malarstwa. I tak powinno być: książka wprowadza dziecko w żywioł sztuki współczesnej, daje mu klucz do rozumienia Dudy-Gracza, Hasiora czy Nowosielskiego.

Mamy ważny nurt antyestetyczny, który zwykle nie podoba się dorosłym, ale znajduje upodobanie dzieci - należą tu książki takie jak "O małym krecie, który chciał się dowiedzieć, kto mu narobił na głowę" czy "Koszmarny Karolek". No i wreszcie ekspansja powieści grozy, niosących bardzo silne emocje czytelnicze, których nie może wyzwolić ani film, ani gra komputerowa. Myślę o książkach Gaimana i Pullmana. Mocna lektura, od której nie odwiodą żadne pokusy świata.

Co jeszcze powinno się zmienić?

- Społeczna atmosfera wokół książki dziecięcej - za mało się o tym mówi. Ważne jest umiejętne promowanie książek dla nastolatków: już cała Polska wie, że trzeba czytać dziecku 20 minut dziennie - to dobrze. Gorzej, że mało kto podpowiada, jak zatrzymać przy książce tych, którzy od niej masowo odchodzą - gimnazjalistów i licealistów.

Książka sobie poradzi, jak radziła sobie przez całą wieczność ludzkiej kultury. Może szeleszczący papier zostanie zastąpiony przez ekran iPada, może zamiast liter pojawią się głosy lektorów, może będzie narzucała zachowania interaktywne. To nie ma znaczenia. Ważne, by słowo, które było na początku człowieczeństwa, trwało i rozwijało naszą duchowość. Tylko książce nie przeszkadzajmy. Spalmy wszystko, co nudne, wyrzućmy wszystko, co wychowawcze, zostawmy same złote litery. Tylko taka książka jest coś warta, która "śmieszy, tumani, przestrasza", która olśniewa i zachwyca, pozwala rozumieć siebie i świat, tylko taka, o której dziecko czy nastolatek myśli, że chwile, gdy jej nie czyta, są stracone.



Ludzie od książek

Był już wytrawny wydawca i młoda graficzka, w planach są m.in. pisarz, tłumaczka, specjalista od kryminałów. Wszyscy oni będą bohaterami rozmów "Ludzie od książek", jakie będą się ukazywać w czasie wakacji na łamach "Gazety"

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy