Film jak grzebanie przy bombie. Wielkie emocje w "Róży"

dow
03.02.2012 aktualizacja: 2012-02-02 20:32
A A A Drukuj
Pokaz filmu Róża w redakcji Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
  • Kadr z filmu Róża
Agata Kulesza: - Przepłakałam swoje. Już nie chcę za dużo o Róży myśleć. Marcin Dorociński: - To były strasznie silne emocje. Nawet nie wiem jak o tym opowiadać. Reżyser Wojciech Smarzowski: - To prosto napisana historia. W dobrym znaczeniu tego słowa. Trzeba ją było nakręcić w prosty sposób.
Film „Róża” Wojciecha Smarzowskiego dziś wchodzi do kin. Opowiada historię z 1945 r. Na Mazurach spotykają się polski żołnierz po wojennych przejściach i miejscowa wdowa, której mąż był w niemieckiej armii. To historia miłości niemożliwej w wyjątkowo brutalnym świecie. Jednocześnie to jeden z najbardziej wyczekiwanych polskich filmów. We wtorek w ramach cyklu „Film, muzyka, teatr w Gazeta Café” w siedzibie naszej redakcji odbyła się projekcja filmu i spotkanie z jego twórcami. Widzowie stawili się wyjątkowo licznie. Oto fragmenty rozmowy z tego spotkania. Udział wzięli reżyser Wojciech Smarzowski i aktorzy Agata Kulesza i Marcin Dorociński. Prowadził Remigiusz Grzela.



Remigiusz Grzela: Co pana przekonało do tego scenariusza?

Wojciech Smarzowski: Chciałem zrobić film o miłości. I na podstawie nie swojego tekstu, aby odświeżyć głowę. Spodobało mi się to, że Róża i Tadeusz na starcie tej historii są wrakami ludzkimi. Oczywiście przekonało mnie też tło historyczne.

Znalazłem wywiad z Agatą Kuleszą z "Dziennika Bałtyckiego", w którym dziennikarka powiedziała, że po raz pierwszy Wojciech Smarzowski przedstawił w swoim filmie taką pełnokrwistą, dużą rolę kobiecą. Pani odpowiedziała: - Jestem ciekawa, co on ma na ten temat do powiedzenia? Co pan na to?

W.S.: Nie napisałem jeszcze tej roli.

Mówił pan w wywiadach, że to prosta historia o miłości, co mnie zaskoczyło, bo się z tym nie zgadzam. Ciekawi mnie zwłaszcza historia Mazurów. Czy ludzie po projekcjach tego filmu opowiadają panu swoje historie?

W.S.: To prosto napisana historia. W dobrym znaczeniu tego słowa. Trzeba ją było nakręcić w prosty sposób. A mówiłem tak, odnosząc ją choćby do filmu "Dom zły". Kiedy ktoś, oglądając "Dom ", mrugnie okiem i przegapi, co się dzieje na trzecim planie, może nie zrozumieć historii. W "Róży" są dwa plany - on i ona, i jest tło.

Odpowiadając na pytanie o reakcje, one są po projekcjach emocjonalne. Inny odbiór był w Gdyni, inny był w Olsztynie, gdzie mieliśmy prapremierę, inny jeszcze w Tallinie, ale zawsze były to reakcje emocjonalne. Co dla mnie nowe, to, że kobiety tak to przeżywają.

(głos z sali): Dziękuję panu Wojtkowi w imieniu mojej matki Gertrudy i babci Amalii. Dziękuję panu za wszystko. (oklaski )

(głos z sali): Jestem autochtonką z Mazur, nie mogę nic mówić. Jestem poruszona.

W.S.: Robiliśmy ten film w trzech okresach zdjęciowych i w tym drugim już nie byliśmy tacy anonimowi. Zostaliśmy, tak mi się wydaje, zaakceptowani przez mieszkańców i właśnie wtedy dowiedzieliśmy się, że bardzo podobna historia miała miejsce w budynkach, w których kręciliśmy.

Po raz pierwszy pracował pan z Agatą Kuleszą i z Marcinem Dorocińskim. Jak pan dzisiaj ich postrzega, po tym jak zagrali w pana filmie?

W.S.: Ten film jest taki, jaki jest, właśnie dlatego, że to Agata i Marcin w nim zagrali. Decydując się na nich, zdecydowałem się na pewien charakter, kształt filmu. No cóż, i Agata, i Marcin tak pracują, że oni są postaciami, a nie grają postaci. Po prostu byli Różą i Tadeuszem, i to najważniejsze.

Wiem, że pani Agata Kulesza wygrała casting i muszę zapytać reżysera, czy casting był potrzebny?

W.S.: Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale chciałbym robić filmy, które są ważne. Jeżeli wychodzę z takiego założenia, to casting też jest dla mnie ważny.

Czy mieliście dużo wątpliwości w czasie pracy nad filmem, nad budowaniem postaci?

Marcin Dorociński: Wszystko miało swój czas - przeczytanie scenariusza, zdjęcia próbne, próby, potem cała podróż do tego miejsca, zaznajomienie się z nim, kostiumy, wchodzenie w tę historię. Myślę, że wszystko było tak, jak Wojtek sobie zaplanował, więc niby bez bólu, a jednocześnie z rozerwanym sercem. To te strasznie silne emocje. Mam poczucie, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Z całym okrucieństwem, ale jednocześnie stałą siłą miłości, the power of love, między tą dwójką ludzi.

Co odpowiadasz na zarzut, że Tadeusz jest zbyt szlachetny?

M.D.: Na czym polega bycie szlachetnym?

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy