http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Warszawa >  Wiadomości

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj RSS Warszawa - Gazeta.pl

Wietnamczycy - czym zajmują się w Warszawie

Dariusz Bartoszewicz, Tomasz Kwaśniewski
2005-10-06, ostatnia aktualizacja 2005-10-06 00:00

Dobrze mówią po polsku. Tu studiują, tu robią kariery. Podróżują w ojczyste strony, ale wracają. Tutaj chcą być i czuć się u siebie

le Thanh Binh ma 23 lata, studiuje prawo na UW
Fot. Albert Zawada / AG
le Thanh Binh ma 23 lata, studiuje prawo na UW
GALERIE ZDJĘĆ
Mówisz: - "Wietnamczyk", myślisz: "Stadion Dziesięciolecia". Wciąż większość z nas tak ich sobie wyobraża, że wszyscy prowadzą kramy z ciuchami albo sprzedają w budkach tanie jedzenie. To stereotyp, który potwierdzają badania opisane w książce "Społeczna mapa Warszawy" (2004 r.). Zresztą ten stereotyp nie jest bezpodstawny. Tylko na Stadionie Dziesięciolecia i w okolicy znajduje się kilkanaście barów i 1,1-1,2 tys. stoisk wietnamskich. Dużych restauracji wietnamskich jest w Warszawie 30-40, a barów - dziesięciokrotnie więcej.

Migrantów z dalekiej Azji uważamy za najliczniejszą grupę obcokrajowców (tak uważa aż 63 proc. warszawiaków, a to błąd, bo najwięcej mamy przybyszów z krajów byłego ZSRR). 76 proc. respondentów robiło zakupy lub stołowało się u Azjatów. Kiedy pada pytanie o konkretną grupę obcokrajowców obecną w naszym mieście, wtedy jedna czwarta z nas odpowiada bez wahania: - Wietnamczycy.

Lubi Warszawę, kocha Londyn

Tran Quoc Anh pracuje w Warszawie jako projektant mody i stylista. Ma swoją stronę internetową www.anh.com.pl.

Za swoje życiowe motto uznaje słowa Gabriele Coco Chanel: "W życiu jest tylko czas na pracę i miłość".

- W moich kolekcjach dominuje czerń. Uwielbiam ten kolor. On jest bardzo silny. Zawsze był kolorem awangardy. Czarny jest tajemniczy i dwuznaczny. Jak noc - rozmarza się projektant.

Ma na sobie czarne spodnie z własnej kolekcji (250 zł), granatową marynarkę w pasy (Yves Saint Laurent za 10 zł z second handu), czarną apaszkę przewiązaną pod szyją. Tylko okulary są kolorowe, a breloczek Prady - metaliczny.

Mówi, że jego widzenie mody najlepiej opisują trzy słowa: •  dekonstruktywizm, •  androgenizm, •  eklektyzm.

Kiedy Tran Quoc Anh był mały (urodził się w Wietnamie w Hanoi w 1983 r.), jego mama pracowała w drukarni. Przynosiła do domu komiksy. - To były różne baśnie. Królowie pięknie ubrani. Przerysowywałem te postaci - wspomina Anh.

Jego ojciec studiował geologię w Polsce na początku lat 70. Po zrobieniu dyplomu wrócił do Wietnamu. W 1989 r. ponownie przyjechał do Warszawy i w 1991 r. ściągnął rodzinę.

To tu Ahn po obejrzeniu filmu dokumentalnego o YSL oraz Coco Chanel postanowił, że też będzie projektować ubrania. Zaczął od malowania kobiet na białych podkoszulkach.

Anh zapewnia: - Żyje mi się tu dobrze. Lubię Warszawę. Moimi przyjaciółmi są głównie Polacy, ale niekoniecznie typowi. To ludzie twórczy, pełni pasji, którzy nie lubią nijakości i przeciętności. Kosmopolici.

Źle wspomina szkołę. Był wytykany palcami. Wołali za nim żółtek. Na głowę sypały się wulgaryzmy.

- Dzieci są okrutne. Szkoła to piekło na ziemi dla tych, którzy są inni - mówi.

Zdradza, że jako nastolatek trzy razy był napadnięty. W końcu zhardział, stał się pewny siebie.

Uważa, że Wietnamczycy są serdeczni, uprzejmi i powściągliwi. Polaków charakteryzuje: impulsywni, czasem lekkomyślni, pielęgnujący cierpienie.

Kiedy pytam, którymi ulicami chodzi najwięcej dobrze ubranych ludzi, odpowiada bez wahania: - Chmielną i Bracką. Nowy Świat jest dobry tylko dla przyjezdnych. Moda w Warszawie jest dość monotonna - mało indywidualizmu. Króluje masówka. Ale kobiety w Polsce wyjątkowo dobrze się ubierają. Dbają o siebie.

Tran Quoc Anh ma cel - wyjechać w przyszłości do Londynu. Zdradza: - Tam czuję się najlepiej. Tam jestem niewidzialny, bo jestem jednym z wielu. Nie jestem inny, tak jak tutaj w Warszawie.

Urodzić się i umrzeć w Wietnamie

Binh Thanh Le ma 23 lata i studiuje wieczorowo prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Jest na trzecim roku. Na dzienne zdawała dwa razy, ale się nie dostała.

- Rodzice proponowali mi studia w szkole im. Koźmińskiego, bo tam wielu Wietnamczyków chodzi. Odmówiłam. Mnie zależy na dyplomie najbardziej renomowanej uczelni - mówi i pięknie się uśmiecha. Ciemne, duże oczy strzelają spod czarnych, lśniących włosów.

Chce zrobić specjalizację z prawa międzynarodowego prywatnego. - Bo jak kiedyś wrócę do Wietnamu, to coś może z tego zrobię - mówi i zapewnia, że na pewno wróci. Upewnia ją w tym powiedzonko, które sama sobie wymyśliła: "Człowiek może całe życie podróżować, ale musi umrzeć u siebie. To jest taki odpoczynek".

Ale na razie Le korzysta z życia w Polsce.

- Podoba mi się, że tutaj jest mało nauki, a dużo imprez. W Wietnamie trzeba się uczyć bez przerwy - mówi. Ale myliłby się ten, kto by sądził, że Le swoje studia lekko sobie waży.

Jej rodzice (mama: lekarz, tata: prawnik) bardzo ciężko pracują, prowadząc firmę handlującą ubraniami.

- Są tak zapracowani, że nie mają czasu pójść na spacer. W Warszawie jesteśmy prawie dziewięć lat, a oni jeszcze ani razu nie byli na Starówce - opowiada.

Jej rodzice do Polski, a konkretnie do Białegostoku, przyjechali w 1990 roku. Le z 17-letnią dziś siostrą (chodzi do drugiej klasy LO) dołączyła do nich sześć lat później. Po kilku miesiącach korepetycji z polskiego wszyscy przenieśli się do Warszawy. Zamieszkali w blokach za Żelazną Bramą.

Le chciałaby jak najszybciej się usamodzielnić. Podoba się jej, że w Polsce dzieci znacznie wcześniej niż w Wietnamie wyprowadzają się od rodziców i pracują na własny rachunek.

Ma chłopaka Polaka i mnóstwo przyjaciół: Polaków, Chińczyków, Mongołów.

Ale nie ma polskiego obywatelstwa. Może o nie wystąpić dopiero za trzy lata, ale nie jest pewna, czy to zrobi. - Bo jako cudzoziemiec mam fajne przywileje. Na przykład nie muszę zdawać pisemnych egzaminów. Po prostu mówię, że nie umiem po polsku pisać - śmieje się Le.

Polsko-wietnamskie autostrady

Chinh (czyli Prawy Człowiek) Luong ma 28 lat i dyplom inżynierii lądowej Politechniki Warszawskiej.

Ma też tatę, który jest pracownikiem naukowym PW (aktualnie robi habilitację), mamę - inżyniera chemii spożywczej (aktualnie zajmuje się domem) i o dwa lata młodszego brata, który prowadzi własny biznes i pisze doktorat z finansów i bankowości.

Chinh do Polski przyjechał w 1995 roku jako stypendysta. Po rocznym kursie języka polskiego w łódzkiej szkole języków obcych przyjechał do Warszawy. Dyplom zrobił w czerwcu 2003 roku.

Teraz pisze doktorat i jako asystent pracuje w biurze projektów firmy, która m.in. będzie projektować warszawską obwodnicę.

Dziś wyjeżdża do Wietnamu.

- Na kilka miesięcy. Muszę kilka rzeczy przemyśleć. Nie wiem, czy wrócę - mówi i zdradza, że w Wietnamie czeka na niego ukochana.

Chinh tłumaczy, że stoi na rozdrożu. Chciałby pracować w swoim zawodzie, ale nie wie jeszcze gdzie. Jeśli się ożeni, może poszuka pracy w Wietnamie.

- W Warszawie trudno o pracę dla obcokrajowca. Zwłaszcza jeśli się nie ma karty stałego pobytu - mówi.

Sobie kartę wyrobił w zeszłym roku. Teraz marzy o tym, by zostać projektantem, specjalistą od drogownictwa i konstrukcji.

Żeby tak się stało, musi dwa lata praktykować w biurze projektowym, potem rok na budowie i na koniec zdać egzamin państwowy.

- Nie mam szans na pracę na budowie - marudzi Chinh. - No chyba, żeby jakaś polska firma podpisała kontrakt na budowę autostrad w Wietnamie. No wtedy to bym był potrzebny - dodaje rozmarzony.



Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy