Spalić chipsy! - urzędniczka jak Jamie Oliver

Małgorzata Zubik
19.12.2009 aktualizacja: 2010-08-11 11:56
A A A Drukuj
Marta Widz Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Marta Widz: - Chciałam wykupić ze szkolnego sklepiku wszystkie chipsy i spalić na dziedzińcu, ale nie spodobało się to. Wycofano za to niektóre niezdrowe produkty. Uczniowie od razu zareagowali. W wyborach do samorządu szkolnego królowało hasło: "Przywrócę colę!"
SERWISY
Nie jest tak sławna jak Brytyjczyk Jamie Oliver, który rozkochał w gotowaniu wyspiarzy, a potem próbował zaszczepić idee zdrowego jedzenia w angielskich szkołach. Marta Widz nie ma własnego programu w telewizji. Nie jest kucharzem. Jest miejską urzędniczką, która studiowała dietetykę.

W ciągu trzech lat udało jej się:

(przeszkolić pół tysiąca intendentów, by wiedzieli, jak komponować szkolne obiady;

(wydać książkę z jadłospisami dla dzieci na cały dzień i rozesłać ją do szkół i przedszkoli;

•  namówić większość dyrektorów podstawówek do wprowadzenia przerw śniadaniowych, na których wspólnie jedzą i uczniowie, i nauczyciele;

•  urządzić Warszawski Dzień Dobrego Jedzenia i wciągnąć w akcję ponad sto szkół.

Nie udało się: wyrzucić ze wszystkich szkolnych sklepików coli, chipsów, żelków, batoników.

Po lekcjach boli głowa

Rok 2003. Marta Widz wysyła do szkoły najmłodsze dzieci, bliźniaczki Olgę i Julkę (ma jeszcze dorosłą Kasię i Aleksandra). - Wracają do domu, a w tornistrze mają niezjedzone kanapki - opowiada. - Mówią, że nie zdążyły. Potem dowiaduję się, że zupy w stołówce nie dały rady zjeść, bo była duża kolejka.

To samo słyszy od znajomych. Po lekcjach dzieci boli głowa. Bo nie jedzą na czas. Albo zjadają baton. Popijają słodkim napojem z bąbelkami.

W przedszkolu było inaczej. Na śniadanie kanapki na wspólnym talerzu, każdy bierze, jakie lubi, nikt się nie spieszy. Na obiedzie pani wie, komu nie polewać sosem ziemniaków, bo ich nie tknie. Czy nie można by tak w szkołach? Przecież rodzice odbierają dzieci ze świetlicy nawet o 18.

Marta Widz zgłasza się do rady rodziców w szkole swoich dzieci na Ursynowie. - Zaczęłam walczyć o zmianę asortymentu w sklepiku - wspomina. - Okazało się, że rodzicom wcale nie podoba się to, co jest w nim sprzedawane. Wszystkie chipsy chciałam wykupić i spalić na dziedzińcu szkoły, ale pomysł się nie spodobał. Ostatecznie wycofano z kiosku tylko niektóre towary.

Dzieciom to się nie podoba. Podczas wyborów do samorządu szkolnego króluje hasło: "Przywrócę colę".

Rok 2005. Marta Widz, kiedyś wieloletnia urzędniczka krakowskiego magistratu (studiowała finanse publiczne na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie), zaczyna współpracę z ratuszem w Warszawie. Przez kilka miesięcy pisze na umowę-zlecenie do portalu Warszawianka. Zajmuje się m.in. udzielaniem porad dietetycznych.

Kiedy jesienią w ratuszu zwalnia się zajmowane przez Joannę Kluzik-Rostkowską stanowisko pełnomocnika ds. rodziny, nikogo dziwi, że kilka miesięcy później jej miejsce zajmuje Marta Widz. Razem ze znajomą zakłada fundację Zdrowy Uczeń. I wymyśla kampanię "Wiem, co jem". Potem koordynuje ją jako pracownica Centrum Komunikacji Społecznej ratusza, bo stanowisko pełnomocnika zostaje zlikwidowane.

Hitem jest marchewka

Trwa druga przerwa, ale coś nie gra. Za cicho, za pusto. Gdzie są dzieci? Grażyna Sobczak, wicedyrektorka Szkoły Podstawowej im. Przyjaciół Ziemi na warszawskim Tarchominie, otwiera drzwi do klasy III b. Uczniowie siedzą w ławkach i pałaszują drugie śniadanie. Na ławkach serwetki, kanapki, butelki z piciem, termosy z herbatą.

- Kto ma kolorową kanapkę? - pyta Grażyna Sobczak.

Zgłasza się kilkoro dzieci. A Małgosia tłumaczy: - Kolorowa kanapka to taka, która ma sałatę i pomidor.

- I rzodkiewki - dodają inni. - I ogórek!

Podziel się