Komputery i internet od pierwszej klasy

Wojciech Karpieszuk
18.05.2010 aktualizacja: 2010-05-17 22:45
A A A Drukuj
Studentki (od lewej): Zofia Sidorska, Kamila Jakubowska, Justyna Jakimiak, Aleksandra Serzysko, Anna Karpińska, podczas zajęć z dr Małgorzatą Sieńczewską (w środku) Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Z nowymi technologiami nie można czekać. Trzeba je wykorzystywać od najmłodszych klas, od pierwszych zajęć - mówią studentki UW. I tego właśnie się uczą - wykorzystywania internetu, Skype'a, programów multimedialnych.
SERWISY
- Wiadomo, że już pięcio-, sześcioletnie dzieci trzeba uczyć pisania i czytania, i tak samo wtedy trzeba rozpocząć uczenie za pomocą nowych technologii - mówi dr Małgorzata Sieńczewska, wykładowczyni na specjalizacji edukacja początkowa i medialna na Wydziale Pedagogicznym UW.

Podkreśla, że taka nauka jest konieczna, by uczniowie mogli łatwiej odnaleźć się we współczesnym świecie, byli bardziej kreatywni, wiedzieli, jak znaleźć informacje i jak je weryfikować. I tego właśnie uczy swoje studentki.

A jak jest w rzeczywistości? Czy internet jest wykorzystywany na lekcjach? Nauczyciele wiedzą, jak z niego korzystać?

Aleksandra Serzysko, studentka piątego roku edukacji początkowej i medialnej, wspomina swoje praktyki w szkołach: - Kiedy proponowałam lekcje z internetem, z wykorzystaniem programów multimedialnych, słyszałam: "A może jednak coś z podręcznika?!". Nauczyciele boją się nowych technologii.

Justyna Jakimiak z tej samej specjalizacji: - Jak już pozwolono nam coś zrobić, to nieśliśmy do szkoły swój sprzęt. Bo komputery są tylko w klasie informatycznej. Dostęp do nich mają starsze dzieci, i to tylko na informatyce.

Anna Karpińska, kolejna studentka, dodaje, że w szkołach na nauczaniu początkowym komputer to novum.

Podglądanie bociana

Studentki podejrzewają, że nauczyciele wolą podręcznik, bo gros z nich nie potrafi obsługiwać komputera. A po lekcji z wykorzystaniem nowych technologii dzieci będą pytać: "Kiedy znowu będą komputery?". Nauczyciele chcą mieć święty spokój.

- Szkoda - mówią studentki - bo możliwości są ogromne.

Na przykład: dzięki programowi Unii Europejskiej Etwinning dzieci ze szkół podstawowych i średnich robią wspólne projekty z rówieśnikami z innych krajów. Nad jednym zadaniem pracują dwie klasy z różnych państw. - W Polsce angażują się szkoły z małych miasteczek, wsi. Najmniej jest szkół wielkomiejskich, z Warszawy - mówi dr Sieńczewska.

Podaje przykłady już zrealizowanych projektów: "Tradycje naszych krajów" (dla dzieci w wieku 6-10 lat) albo "Moja wieś" dla dziewięciolatków.

- Dzieci porozumiewają się po angielsku, są wideokonferencje. Przy okazji chcą się uczyć angielskiego, bo widzą celowość - objaśnia dr Sieńczewska. - Mimo że nauczyciele mają obowiązek poznawania nowych technologii w związku z awansem zawodowym, nie robią tego. Jest przekonanie, że gry komputerowe i internet to dzieci mają w domu, a w szkole odbywa się nauka. Nauczyciele nie rozumieją, że nowe technologie naukę uatrakcyjnią - dziś można przecież zajrzeć do każdego zakątku świata. Za pomocą internetowych kamerek zobaczyć, jak wygląda biegun południowy, czy podglądać bociana w gnieździe. Tylko trzeba wiedzieć, jak i kiedy z narzędzi korzystać.

Jej studentki prowadziły w szkołach eksperymentalne lekcje z wykorzystaniem programów multimedialnych. - Były projekty o czekoladzie, o Japonii. Dzieci były zachwycone - wspomina dr Sieńczewska. Jest jeszcze coś. - Z różnych badań wynika, że nauka, zwłaszcza języków, z udziałem nowych technologii jest efektywniejsza o 60-70 proc. - mówi.

Szansa, nie diabelski wynalazek

Czy jesteśmy daleko za Europą? - Tak - bez wahania odpowiadają moje rozmówczynie. I - jak przekonują - nie chodzi nawet o sprzęt. - Raczej o wiarę w to, że warto - stwierdza studentka Kamila Jabłkowska. Przykładowo: w Wielkiej Brytanii nauczyciele sami tworzą autorskie programy dla swoich uczniów. - U nas - przyznaje wykładowczyni - nauczyciele mają problem z pomysłami. Czekają na gotowe rozwiązania. A gdzie one są? W podręczniku.

Studentki przekonują też, że potrzebne są chęci, by podnosić swoje kwalifikacje i zacząć robić na lekcjach coś nowego. - Takie innowacje nie są promowane przez dyrektorów szkół - mówią. - Ci boją się, że jak jeden z nauczycieli zacznie korzystać z programów multimedialnych, to przyjdą rodzice dzieci z innej klasy ze skargą: "Jak to?! Tutaj używa się komputerów, a u nas nie". Z kolei nauczyciele narzekają, że nikt ich nie wysyła na szkolenia.

I w tym według studentek tkwi problem. One są zadowolone, że podczas studiów mogły się dobrze przygotować do pracy z nowymi technologiami. Trochę z żalem mówią, że uczelnia zdecydowała o zlikwidowaniu ich specjalizacji. Tymczasem powszechnych szkoleń dla nauczycieli w tej dziedzinie wciąż brakuje. - Bez tego w szkołach nic się nie zmieni - mówią.

Jednak są przekonane, że na swoich lekcjach, niezależnie od warunków, będą korzystać z nowych technologii. - Choć najpierw będziemy takimi siłaczkami - żartują.

Według nich najważniejsze są jednak chęci. Pieniądze na sprzęt się znajdą, np. z funduszy europejskich. Dr Sieńczewska: - Trzeba pogadać z rodzicami. Oni też muszą rozumieć rolę nowych technologii. Może się okazać, że ktoś może np. ze swojej firmy pożyczać potrzebny sprzęt.

Szkoła 2.0
Czy szkoła wykorzystuje dobrze współczesne multimedia? Czy korzystanie z internetu to jej codzienność, czy tylko okazjonalna atrakcja? Czy nauczyciele wykorzystują internet podczas lekcji różnych przedmiotów? Jak radzą sobie z technologią? A jak reagują na prace uczniów kopiowane z internetu? "Gazeta" rozpoczęła cykl "Szkoła 2.0". Czekamy na listy: stoleczna@agora.pl.
Wrażenia ze swoich szkół odwiedzanych po latach dziennikarze "Gazety" opisują także w blogu Szkola20.blox.pl.



Podziel się