Damska bielizna, modne kreacje. Tu ubierała się stolica

Jerzy S. Majewski
04.12.2011 aktualizacja: 2011-12-01 16:53
A A A Drukuj
Ulica Niecała przed 1914 r. Z lewej strzałką oznaczona niska kamienica pod nr. 12. Zdjęcie od bramy Ogrodu Saskiego R. BIELSKI, "BYŁO TAKIE MIASTO. WARSZAWA NA STARYCH POCZTÓWKACH"
  • Ina Benita jako panna Flora przymierza suknię w luksusowym sklepie
Warszawa nieodbudowana - Niecała 12. Można się tu było ubrać od stóp do głów. Panowie zamawiali tu mundury i garnitury na miarę, a panie gorsety oraz modne kreacje


W komedii "Dwie Joasie" (reż. Mieczysław Krawicz, 1935) panna Flora grana przez Inę Benitę wybiera suknię w eleganckim magazynie mody. Bajońsko drogie kreacje prosto z Paryża prezentują modelki. Filmowy pokaz nie ogranicza się do sukni i kapeluszy - "na żywo" prezentowana jest też damska bielizna. Tak przed wojną wyglądały najbardziej eleganckie warszawskie domy mody, w rodzaju salonu Goussin Cattley założonego przez Katarzynę Cattley przy Mazowieckiej 3. Nowocześnie urządzonego, ozdobionego m.in. akwarelą Mai Berezowskiej.

Jednak salon, w którym ubierała się panna Flora, obowiązkowo wyposażony we własna pracownię krawiecką, specjalizował się wyłącznie w modzie damskiej. Męską reprezentował w latach 30. XX w. m.in. wielki magazyn konfekcji A. Chojecki przy Marszałkowskiej u zbiegu z Sienkiewicza czy skromniejszy, dostępny na mniej zasobną kieszeń sklep Henryka Rzący przy Niecałej. Dziś Niecała to ulica o wciąż poszczerbionych pierzejach, niemal pozbawiona przechodniów. Przed wojną przetaczały się przez nią tłumy. Były tu rozmaite instytucje, kawiarnie, redakcje czasopism, stał Hotel Rzymski, tędy wreszcie szło się do bramy Ogrodu Saskiego.

Tuczące oko właściciela

Sklep z modą męską pana Rzący doskonale zapamiętał Zbigniew Pakalski, który w książce „Warszawa moich wspomnień” pisze, jak ubierał się tu ze swoim ojcem. Jego zdaniem sklep był obszerny. Miał dwie pięknie udekorowane witryny, wewnątrz zaś obudowany był dookoła dwiema kondygnacjami przeszklonych szaf o przesuwanych drzwiach. Z prawej znajdowała się lada służąca do składania i pakowania zakupionych ubrań. Pracownia krawiecka mieściła się w głębi sklepu. „Można było oczywiście zamówić uszycie ubrań na miarę lub kupić gotowe. Pan Henryk, szczupły, wysoki brunet o krótko przystrzyżonej gęsto czuprynie, krążył po sali, uczestnicząc osobiście w obsłudze każdego klienta. Mimo że pracownicy robili to sprawnie i uprzejmie. Ale »pańskie oko konia tuczy «, a klienta upewnia w przekonaniu, że jest naprawdę w solidnej firmie i będzie pewny udanego zakupu” - wspominał Zbigniew Pakalski.

Podobnie wygląda wybieranie kreacji w salonie mód z filmu "Dwie Joasie". Nad wszystkim czuwa właściciel, który jest nadskakująco grzeczny dla klientów. Jak wspominał Pakalski, typowym dla ówczesnych sklepów widokiem był centymetr krawicki przewieszony przez ramiona każdego z subiektów.

"W 1938 r. w czerwcu, zaraz po zdaniu przeze mnie egzaminu wstępnego do gimnazjum w Czackiego, udaliśmy się całą rodziną z wizytą do pana Rzący i dobraliśmy mundur z błyszczącymi guzikami i niebieską wypustką na rękawach i wzdłuż bocznych szwów spodni. Po przyszyciu na rękawie niebieskiej tarczy z "2" przedefilowałem dumnie po mieście, do Ciotki na Sienną, do Lardellego na lody. W domum odwiesiłem mundur do szafy i pojechałem na wakacje" - pisał Zbigniew Pakalski. Gdy po dwóch miesiącach wrócił z wakacji, mundur okazał się za mały. "Cóż było robić - udaliśmy się do Rzący. Jak nas zobaczył, nie trzeba było niczego mówić - od razu sięgnął do szafy po o trzy numery dłuższy mundur i bez problemu wymienił go za tamten czerwcowy sięgający teraz do pół łydki" - czytamy.

Kamienica obwieszona szyldami

Elegancki magazyn Henryka Rzący mieścił się w domu skromnym, zaledwie jednopiętrowym z facjatkami na poddaszu, powstałym jeszcze na przełomie XVIII i XIX w. oraz wydłużonym jeszcze przed powstaniem listopadowym. Elewację ożywiał balkon ponad bramą na osi budynku. Architektura nie wyróżniała się niczym szczególnym i gdyby nie wybuch drugiej wojny światowej, dom zostałby pewnie z czasem zastąpiony nowym budynkiem o wysokości zharmonizowanej z kamienicami nowszymi i wyższymi o kilka pięter. Zresztą już w latach 1926-27 zatwierdzono projekt nadbudowy kamienicy, która chyba jednak nie została zrealizowana.

Już przed 1914 r. budynek stanowił urbanistyczną zapadlinę wciśniętą pomiędzy dwa wyższe domy. Na pocztówkach sprzed 1914 r. kamienica dosłownie obwieszona jest szyldami sklepów i reklamami. W latach międzywojennych szyldy poznikały, a ich miejsce zajęły bardziej dyskretne nazwy firm. Nad prostymi witrynami sklepu pana Rzący zamontowano lampy rzucające na nie jasne światło.

Manekiny kuszące podwiązkami

Przed pierwszą wojną światową w kamienicy przy Niecałej 12 działał też sklep dużej i poważnej firmy odzieżowej Lewiego. Czy miał pracownię krawiecką, nie udało mi się ustalić. W każdym razie firma była znana w Warszawie i obok sklepu przy Niecałej prowadziła magazyn futer i kostiumów damskich przy Marszałkowskiej 116.

W kamienicy przy Niecałej 12 można było ubrać się od stóp do głów. Zacznijmy właśnie od stóp. Mieścił się tu m.in. sklep obuwniczy Edwarda Makowskiego.

Panie miały tu kilka magazynów mód i gorseciarnię Stanisławy Dąbrowskiej. Jak wspominała Jadwiga Waydel-Dmochowska, na Niecałej przed 1914 r. istniało kilka takich pracowni, z których najbardziej znaną była Heleny Zakrzewskiej, gorseciarki teatrów warszawskich.

W witrynach stawały modele. Na początku XX w. cała uwaga skoncentrowała się na "droit devant", czyli prostym przodzie. "Nie wolno nawet podejrzewać kobity, ze ma brzuch. Jego miejsce zajęła próżnia. Za to biust i to, co niegdyś kryło się pod turniurą, mogłoby się rysować śmiało" - czytamy w książce Pakalskiego. Także w magazynach gorseciarskich - tak jak w sklepie z filmu "Dwie Joasie" - klientki oglądały najnowsze wzory na modelach. Tym razem jednak nie na żywych, lecz na manekinach. "Wszystkie trochę nienaturalnie wykreowane postaci, strojne w atłasy i adamaszki, rzadziej tkaniny bawełniane, tak zwane dymki były pozbawione głów i nóg. Nad idealnie wymodelowanym, woskowym biustem sterczała jakaś czarna szyszka. Dół urywał się na pewnej linii, jak na figurach dam w kartach (...). Nagle (przed 1914 r) manekiny ożyły, dodano im głowy, ręce i nogi. Głowy takie, jakie miewały lalki fryzjerskie, uśmiechnięte, nienagannie ufryzowane, ręce jak z reklamy "kremu płatków" o różowych paznokciach. A nogi! Ubrane w ażurowe pończochy, strojne w fantazyjne podwiązki z ogromnym "chou" z wstążki, a nad nim hafty, koronki. Trochę się tym gorszono" - pisała Jadwiga Waydel-Dmochowska w książce "Jeszcze o dawnej Warszawie".

Panie przy Niecałej 12 miały wreszcie sklep z okryciami połączony z zakładem krawieckim Spektora. Panów początkowo ubierał tu Józef Klein. Potem dopiero Henryk Rząca.

Przedwojenny garnitur w pepitkę

Jednak w kamienica przy Niecałej 12 zapisała się też w dziejach warszawskiego dziennikarstwa i literatury. W latach 80. i 90. XIX w. w kamienicy przy Niecałej można było spotkać Adama Asnyka oraz Bolesława Prusa. Tu bowiem mieściła się redakcja tygodnika humorystyczno-satyrycznego "Kolce", do którego obaj literaci oddawali swoje teksty. W "Kolcach" w 1896 r. jako pisarz zadebiutował Henryk Goldszmit, czyli Janusz Korczak. Pod pseudonimem Hen oddał do redakcji humoreskę "Węzeł gordyjski", która miała zachęcić rodziców do bardziej troskliwej opieki nad dziećmi.

"Kolce" ukazywały się do 1898 r. W tym samym miejscu dłużej działała redakcja "Czytelni dla wszystkich" - tygodnika literacko-powieściowego "dla rodzin polskich" Na łamach "Czytelni" publikowano powieści w odcinkach. Także do tego tygodnika w 1901 r. Korczak oddawał w odcinkach swą pierwsza powieść "Dzieci ulicy".

W kamienicy w różnym czasie mieściły się wreszcie cukiernie i kawiarnie. Między innymi Tadeusza Puczyńskiego i Wacława Raziewicza. Nie zapisały się one jednak w pamięci mieszkańców Warszawy. Może dlatego, że działały krótko, a do legendy przeszła kawiarnia Zakopianka Antoniego Baryckiego, która mieściła się tuż obok w kamienicy przy Niecałej 14.

Kamienica przy Niecałej 12 dotrwała do Powstania Warszawskiego. W styczniu 1945 r. była ruiną. Ocalał za to sklep Henryka Rzący. Zbigniew Pakalski jeszcze w 1945 r. odnalazł go w kamienicy przy Chmielnej 1, tuż przy narożniku Nowego Światu. Tym razem prowadził on krawiectwo w niewielkim lokalu. „Otrzymałem właśnie kupon jodełki z Unry i pobiegłem z nim do Rzący. Po kilku dniach miałem już »przedwojenny” pierwszy po sześciu latach normalny garnitur” - wspomina.

Podziel się