Magiczne osiedle fińskich domków. Czy przetrwa?

Jerzy S. Majewski
10.12.2011 aktualizacja: 2011-12-08 20:35
A A A Drukuj
W tym domku mieszkał kiedyś arch. Jan Grabowski, dziś zaś prof. Janusz Wałaszewski Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
  • W tym domku mieszkał kiedyś arch. Jan Grabowski, dziś zaś prof. Janusz Wałaszewski
  • W tym domku mieszkał kiedyś arch. Jan Grabowski, dziś zaś prof. Janusz Wałaszewski
  • W tym domku mieszkał kiedyś arch. Jan Grabowski, dziś zaś prof. Janusz Wałaszewski
Kolonia domków fińskich wzdłuż ul. Jazdów to pierwsze osiedle mieszkaniowe, które powstało w powojennej Warszawie. Wprowadzili się tam pracownicy Biura Odbudowy Stolicy. Dziś przyszłość kolonii jest niepewna. Warszawa nieodbudowana - ul. Jazdów.
Ta sytuacja musiała się wydawać komiczna. W wielkim małżeńskim łożu w wyziębionej i odrapanej kamienicy przy Kowelskiej 4 na Pradze spod pierzyny widać było tylko mocno sfatygowaną czapkę maciejówkę. Nagle w pokoju powstawał rumor. Wpadało dwóch żołnierzy w sowieckich mundurach i prosto w pierzynę krzyczeli: "Kuda finskie domiki!?". Dopiero wtedy czapka się poruszała, a przebudzony szef BOS-u architekt Roman Piotrowski krzyczał: "Na Ujazdów!".

Tak początki budowy osiedla domków fińskich wspominał Józef Sigalin, architekt i ideolog odbudowy Warszawy. Przy Kowelskiej 4 na przełomie kwietnia i maja 1945 r. gnieździła się część projektantów i funkcjonariuszy BOS-u. W domu tym urzędowali, planowali i mieszkali. Potem wielu z nich ze Stanisławem Jankowskim "Agatonem", Janem Grabowskim i Janem Khnote przeniosło się do osiedla domków fińskich na Jazdowie (czy raczej Górnym Ujazdowie). Nad projektem kolonii, rozplanowaniem układu domków, zieleni, układem dróg i ścieżek ślęczał w biurze przy Kowelskiej znakomity architekt Jan Bogusławski, który właśnie wrócił z oflagu.

- Na Ujazdowie zbudowano dwa typy domków. Jedne mają wejścia od strony szczytowej, inne w elewacji bocznej - zwraca uwagę Krzysztof Baumiller, którego ojciec, architekt, zamieszkał w latach 60. w domku zajmowanym początkowo przez "Agatona".

Wszystko z reparacji

Z domkami fińskimi działać trzeba było szybko. Dar ZSRR dla zrujnowanej Warszawy do Polski przybywał w częściach koleją. Ładunek eskortowali żołnierze Armii Czerwonej. Czasu mieli niewiele. Chcieli się pozbyć ładunku, stąd zadawano pilne pytania, dokąd mają dostarczyć elementy konstrukcyjne domów. "Kiedy pytali o lokalizację, to jeszcze nic. Gorzej, jak pytali, jak je montować" - wspominał te pierwsze chwile Józef Sigalin w książce "Warszawa, z archiwum architekta".

Domków fińskich nie montowali w Warszawie Finowie. Ale to właśnie w Finlandii zostały wyprodukowane wszystkie elementy. Do Polski przywożono je jednak z Kraju Rad. Na belkach wielu domków widnieją rosyjskie stemple: "Reparacje". Taki właśnie stempel pokazuje mi w swoim domku prof. Janusz Wałaszewski.

Domki fińskie pochodzą z kontrybucji, jaką Finlandia musiała zapłacić Związkowi Radzieckiemu po przegranej wojnie w 1944 r. Była ona ogromna: to 300 mln dol. według kursu z 1938 r. Finowie jako jedyni byli sojusznicy III Rzeszy w całości spłacili kontrybucję. Robili to spokojnie, zaciskając pasa, ale też inwestując i rozwijając własną produkcję.

W domkach na Ujazdowie właściwie wszystko pochodziło z Finlandii. Tylko instalacje elektryczne były krajowe. - Mieliśmy wspaniałe okna. Z wysuszonego drewna, bez najmniejszych sęków - wspomina prof. Wałaszewski. Krzysztof Baumiller dodaje, że nawet opaski wokół drzwi były zrobione z takiego drewna, jakiego już nie ma nigdzie w Europie, zaś sprężyny w zamkach do dziś działają bez zarzutu. - Wszystko to powstało z mosiądzu - mówi.

Każdy domek miał cztery pomieszczenia: bawialnię, sypialnię, kuchnię i jadalnię. W sypialni były zamontowane trzy szafy, a ściany domków obito tekturą, która działała tak jak izolacja w termosie.

Nie tylko Ujazdów

Jak wspominał Sigalin, transport 500 domków fińskich nadszedł do Warszawy na przełomie kwietnia i maja. Na bocznicach stały już wagony z domkami, a w Biurze Odbudowy Stolicy trwał spór, gdzie je zmontować. Od początku BOS zakładał, że staną tymczasowo. "Wniosek - teren niezabudowany i to o takim w przyszłości przeznaczeniu, aby likwidacja prowizorycznego osiedla nie podlegała dyskusji. I jeszcze jedna przesłanka. Osiedle miało być przeznaczone przede wszystkim dla odbudowujących Warszawę, a więc blisko największego wówczas placu budowy - Śródmieścia. Wyznaczyliśmy trzy tereny: Górny Ujazdów, czyli przyszłą rozbudowę Parku Ujazdowskiego i otoczenia al. Na Skarpie, ul. Szwoleżerów - przyszły Park Kultury. l Wawelską - przyszły Park Mokotowski" - wspominał Sigalin.

Jako pierwszą zrealizowano rozplanowaną przez Bogusławskiego kolonię na Ujazdowie. Najpierw wzniesiono fundamenty i podmurówki, a 25 czerwca 1945 r. zaczął się montaż drewnianych konstrukcji.

Znacznie więcej domków stanęło na Polu Mokotowskim pomiędzy Wawelską a terenem zajmowanym dziś przez Bibliotekę Narodową. Tutaj kolonia przypominała całe miasteczko. Istniała do początku lat 70., a ostatnie domki burzono systematycznie już po 1989 r. Do dziś pozostały dwa z nich, w tym jeden, w którym mieszkał reportażysta Ryszard Kapuściński. W rejonie ul. Szwoleżerów domki nie stanęły.

Domek za mieszkanie

Kiedy Sigalin pisał o budowie domków po 1980 r., miał przed oczami pożółkły papier z adnotacją w lewym rogu: "Oprawić w ramki i na ścianę do mnie na pamiątkę". Był to bowiem meldunek o ukończeniu budowy pierwszego osiedla mieszkaniowego w zburzonej Warszawie. Złożył go kierownik robót arch. Siodłowski w pierwszą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. "Donoszę, że na dzień 1 VIII br. zostanie ukończona budowa osiedla Ujazdów Górny składającego się z 90 domków fińskich wg typu nr 2 - 64 sztuki".

- W tej kolonii mieszkam od 1967 r. Wcześniej dom zajmował Jan Grabowski - mówi profesor Janusz Wałaszewski, dyrektor Poltransplantu. Grabowski był wraz z mieszkającym nieopodal Stanisławem Jankowskim jednym z piątki najważniejszych projektantów Trasy W-Z. W Biurze Odbudowy Stolicy pracował w Dyrekcji Planowania Przestrzennego, a dokładnie w Dziale Dzielnic Śródmiejskich - Śródmieście pod kierownictwem Stanisława Rychłowskiego.

-To byli bardzo kulturalni ludzie. Dom był znakomicie utrzymany, wypełniony całą masą bibelotów - wspomina profesor i dodaje, że córka Grabowskiego Joanna jako artystka zrobiła karierę w Paryżu. - Na komunalny domek fiński oddałem dwupokojowe spółdzielcze mieszkanie z kuchnią na nowiutkim wtedy osiedlu Za Żelazną Bramą - dodaje prof. Wałaszewski i przekonuje, że teraz to wyjątkowe miejsce to jego heimat.

W latach 60. w dawnym domku Jankowskiego zamieszkał Jerzy Baumiller, autor wielu realizacji mieszkaniowych o wyróżniającej się architekturze.

- Także on zamienił komfortowe mieszkanie w nowym budynku z centralnym ogrzewaniem i ciepłą wodą na domek fiński. Urzędnicy pukali się wtedy w głowę. "Chce się pan przenieść do baraku?" - śmiali się. A ten "barak" jest tak fantastyczny, że chcę tu żyć do śmierci - opowiada dziś jego syn Krzysztof Baumiller.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się