Niezwykłe szopki i jasełka dla plebsu. Jak było kiedyś?
24.12.2011
aktualizacja: 2011-12-22 19:33
Chyba żaden inny warszawski kościół nie kojarzy się lepiej z niezwykłymi szopkami bożonarodzeniowymi niż świątynia akademicka św. Anny. Także w dawnych wiekach, kiedy należała do zakonu bernardynów, urządzano tu nieznane gdzie indziej spektakle bożonarodzeniowe.
ZOBACZ TAKŻE
- Kolejka do ruchomej szopki u kapucynów [ZDJĘCIA] (26-12-11, 21:00)
- Dlaczego karpia na święta ma zabijać mężczyzna? (24-12-11, 08:00)
- Ministerstwo w pałacu jak wiejska siedziba ziemiańska (18-12-11, 10:00)
- Ogromna kamienica profesorów: dziś nie ma po niej śladu (30-10-11, 11:00)
O najbardziej niezwykłym wspominał ks. Jędrzej Kitowicz, kronikarz obyczajów w dobie baroku. Była to kolebka.
Kołyszą tylko wybrani
Kolebka miała miejsce w dzień Bożego Narodzenia. Nie w samym kościele czy którymś z ważnych pomieszczeń sąsiadującego z nim klasztoru, lecz w niewielkich izbach tuż obok furty klasztornej. Nastrój był kameralny, wręcz rodzinny. W mroku, w drewnianej kolebce spoczywała figurka śpiącego Dzieciątka spowita w pieluszki. Obok czuwały naturalnej wielkości postaci Matki Bożej i św. Józefa. Matkę Bożą ustrojono "w suknie według mody", a starego Józefa odziano "żydowskim krojem, ale w światłe materie". Wokół kolebki klęczeli zakonnicy w białych habitach i zaproszeni. Gwardianin w towarzystwie najgodniejszej osoby kołysał kolebkę. Wszyscy śpiewali "pieśń do usypiania Dziecięcia Pana Jezusa przystojnie złożoną". Kiedy już skończono śpiewanie ckliwych kołysanek, wstawał gwardianin i śpiewnym tonem wypowiadał wierszowaną modlitwę. Ceremonia była bardzo krótka. Trwała nie dłużej niż pół godziny. Jednak tym, co wyróżniało kolebkę u warszawskich bernardynów, nie był krótki czas jej trwania, lecz jej elitarność. Poza samymi zakonnikami oraz dewotami i dewotkami, czyli członkami różnych bractw kościelnych, mało kto o niej wiedział. Schodzili się zaraz po świątecznym obiedzie.
Kim byli? Zapewne wśród owych "dewotów" nie brakowało członków bractwa św. Anny. Założyła je w 1581 r. królowa Anna Jagiellonka. Wspomagali ją przy tym kardynał Jerzy Radziwiłł i arcybiskup Jan Sokolikowski.
Kilka lat temu w archiwum kościoła św. Anny jego ówczesny rektor ks. Bogdan Bartold odkrył bullę papieża Sykstusa V z 1586 r. Dokument podnosi bractwo św. Anny przy warszawskim klasztorze bernardynów do rangi arcybractwa. W połowie XIX w. widział go Julian Bartoszewicz, a w czasie okupacji Dariusz Kaczmarzyk, autor książki o kościele. Potem bulla gdzieś się zawieruszyła i zapomniano o niej.
- Natrafiłem na nią przypadkowo. Porządkowałem archiwalia i nagle w pożółkłej ze starości teczce wciśniętej między inne dokumenty natrafiłem na akta dotyczące arcybractwa św. Anny. Jednym z nich był złożony pergamin z ołowianą pieczęcią papieską. Drugim zszyty plik dokumentów na pergaminie, który zawierał statut bractwa zatwierdzony przez nuncjusza Giovanniego Andreę Caliagariego w 1581 r. - opowiadał nam ks. Bogdan Bartołd, dziś proboszcz parafii katedralnej św. Jana.
Bulla to nie tylko cenny zabytek bezpośrednio związany z Anną Jagiellonką i królem Stefanem Batorym, ale też dzieło sztuki renesansu. O wydanie dokumentu starał się sam król Batory, a z Rzymu przywiózł go arcybiskup lwowski Jan Demetriusz Solikowski. Dziś bulla jest też pośrednio wspomnieniem po dawnych obyczajach dewocyjnych w kościele bernardynów św. Anny.
Wspomnijmy tu jeszcze, że podstawą do urządzania kolebki u warszawskich bernardynów nie były ewangelie, lecz rozmaite teksty apokryficzne. Ks. Kitowicz wymienia tu "rewelacje" w rodzaju widzeń świętych Teresy, Brygidy czy Mechtyldy, wskazuje też, że brały się "z pobożnej ojców bernardynów imaginacji".
"Kolebka" u bernardynów była tak elitarna, że z czasem zapomniano o niej zupełnie. Gdyby nie ks. Kitowicz, po obyczaju tym dziś pewnie nie pozostałby najmniejszy ślad.
Dla plebsu jasełka
Za to w XVIII w. lud powszechnie uczestniczył w jasełkach. Prekursorem wystawiania szopek czy też jasełek był św. Franciszek z Asyżu. Swoją pierwszą szopkę miał ustawić w grocie w 1223 r.
W barokowej Warszawie jasełka urządzano w większości kościołów. "Obchodzono je tak jak groby wielkopiątkowe, lubo mało co ludzie stateczni, tylko najwięcej matki, mamki i piastunki z dziećmi, studenci z dyrektorami i młodzież doroślejsza obojej płci, pospólstwo zaś drobne niemal wszystko" - wyliczał ks. Kitowicz. Tak jak dziś szopki, tak jasełka urządzano w jednej z kaplic kościelnych. Czasami kompozycja zasłaniała cały boczny ołtarz. Często przypominała dzisiejsze tradycyjne szopki, choć na barokową modłę oprawa była bogatsza, a postaci więcej. Dzieciątko w kolebce formowano z wosku, klejonego papieru, irchy lub płótna wypchanego konopiami. Pieluszki - z płatków bławatnych i płóciennych. Przy żłóbku czuwali wół i osioł "puchaniem swoim Dziecinę Jezus ogrzewające", a z drugiej strony Maria i Józef "afekt natężonego kochania i podziwienia wyrażający". Nie mogło zabraknąć aniołów o złoconych włosach, wieśniaków i pasterzy. Ale największe zainteresowanie budziły "osóbki rozmaity stan ludzi i ich zabawy wyrażające: panów w karetach jadących, szlachtę i mieszczan pieszo idących, chłopów na targ wiozących drwa, zboże, siano, prowadzących woły, orzących pługami, przedających chleby, szynkarki różne trunki szynkujące, niewiasty robiące masło, dojące krowy, Żydów różne towary do przedania na ręku trzymających".
W Boże Narodzenie obchodzono kościoły jak dziś. Od świętego Krzyża do Wizytek. Od Wizytek do Karmelitów Bosych, od Karmelitów do kościoła św. Anny bernardynów i sąsiadującej z nim świątyni bernardynek. Klasztory konkurowały ze sobą. Wszystkich przebijali kapucyni na Miodowej. Tymczasem reformaci, bernardyni i franciszkanie wprowadzali szopki ruchome.
I te spektakle opisywał ks. Jędrzej Kitowicz: "Między osóbki stojące, mieszając chwilami ruszane przez szpary, braciszkowie zakonni rozmaite figle nimi wykonywali. Tam Żyd wytrząsał futrem, pokazując go z obu stron, jakoby do sprzedania, które nadchodzący znienacka żołnierz Żydowi porywał. Żyd futra z ręki wypuścić nie chciał. Żołnierz Żyda bił. Żyd, porzuciwszy futro, uciekał. Żołnierz futro przedawał nadchodzącemu mieszczaninowi. A wtem Żyd pokazał się niespodzianie z żołnierzami i instygastorem biorącym pod wartę złodzieja i mieszczanina futro kupującego".
Biskup zakazał
Obyczaje tak uwielbiane przez lud mierziły arystokratów, a także uczonych. Uważali, że są one w złym guście. Już u schyłku średniowiecza słynny humanista Filip Kallimach pisał, jak to w 1470 r. lwowscy bernardyni przyczynili się do jego zdaniem zgorszenia w mieście. Wystawili u siebie w kościele jasełka z Dzieciątkiem w żłóbku, wołem i osłem, Marią i Józefem, pobudzając lud do lulania kołysek i radosnych śpiewów. Cóżby ten humanista powiedział dziś, gdyby znalazł się przed szopką na pl. Krasińskich. Jednak wzdraganie się przed uczestnictwem w spektaklach religijnych dla ludu można było zrozumieć. Często, zwłaszcza w epoce saskiej, kończyły się one zwykłymi rozróbami i prawie zawsze biciem Bogu ducha winnych warszawskich Żydów. W końcu stały się one tak dokuczliwe, że w 1738 r. biskup Teodor Czartoryski zakazał wystawiania jasełek w kościołach.
Urządzano je nadal, tyle że nie w kościołach, ale po karczmach i rozmaitych lokalach w mieście, a nawet po domach prywatnych. Tak jak u Zakrzeskiego na Pradze, który miał u siebie blisko tysiąc rozmaitych figurek.
Szopki polityczne
A jednak warszawiacy nie zapomnieli o jasełkach, a potem szopkach w kościołach. Kazimierz Wóycicki opisywał je w czasach Królestwa Kongresowego, kiedy w zasadzie nadal obowiązywał zakaz bp. Czartoryskiego. Szopki te nazywano teraz "Betlejem". "Przy jednym z ołtarzy bocznych urządzano zastawę szeroką z desek pokrytych mchem zielonym i na niej małe figurki przedstawiające stajenkę w Betlejem" - czytamy. "Tym figurkom towarzyszyli pasterze oraz orszak Trzech Króli poprzedzanych przez anioły". I znów najsłynniejsze takie szopki wystawiono w kościele bernardynów św. Anny.
Wyróżniały się też inne bożonarodzeniowe uroczystości w tej świątyni. I tak np. w XIX w. podczas jutrzni ministranci u bernardynów ponoć tak bili w bębny ku chwale Bożej, że głuchy odgłos uderzeń niósł się daleko po pl. Zamkowym i Krakowskim Przedmieściu.
Podczas drugiej wojny światowej w okupowanej Warszawie zarówno jasełka po domach, jak i szopki w kościele św. Anny zaczęły mieć charakter patriotyczny. W prywatnych domach jasełka jawnie szydziły z Hitlera przedstawianego jako króla Heroda i z Niemców. Aluzje umieszczane w szopkach bożonarodzeniowych w kościele św. Anny były znacznie bardziej subtelne. Czasem wiązało się to z użyciem biało-czerwonych kwiatów, które symbolizowały polskie barwy narodowe. Kiedy indziej porozbijane naczynia przypominały o wojnie. Te zaangażowane politycznie szopki powróciły też w stanie wojennym. Dziś rola szopek - instalacji rzeźbiarskich tworzonych z reguły przez artystów - zmieniła się. Nie krzepią one serc, lecz mają raczej zmuszać do refleksji, spojrzenia na siebie i otaczającą nas cywilizację.
Kołyszą tylko wybrani
Kolebka miała miejsce w dzień Bożego Narodzenia. Nie w samym kościele czy którymś z ważnych pomieszczeń sąsiadującego z nim klasztoru, lecz w niewielkich izbach tuż obok furty klasztornej. Nastrój był kameralny, wręcz rodzinny. W mroku, w drewnianej kolebce spoczywała figurka śpiącego Dzieciątka spowita w pieluszki. Obok czuwały naturalnej wielkości postaci Matki Bożej i św. Józefa. Matkę Bożą ustrojono "w suknie według mody", a starego Józefa odziano "żydowskim krojem, ale w światłe materie". Wokół kolebki klęczeli zakonnicy w białych habitach i zaproszeni. Gwardianin w towarzystwie najgodniejszej osoby kołysał kolebkę. Wszyscy śpiewali "pieśń do usypiania Dziecięcia Pana Jezusa przystojnie złożoną". Kiedy już skończono śpiewanie ckliwych kołysanek, wstawał gwardianin i śpiewnym tonem wypowiadał wierszowaną modlitwę. Ceremonia była bardzo krótka. Trwała nie dłużej niż pół godziny. Jednak tym, co wyróżniało kolebkę u warszawskich bernardynów, nie był krótki czas jej trwania, lecz jej elitarność. Poza samymi zakonnikami oraz dewotami i dewotkami, czyli członkami różnych bractw kościelnych, mało kto o niej wiedział. Schodzili się zaraz po świątecznym obiedzie.
Kim byli? Zapewne wśród owych "dewotów" nie brakowało członków bractwa św. Anny. Założyła je w 1581 r. królowa Anna Jagiellonka. Wspomagali ją przy tym kardynał Jerzy Radziwiłł i arcybiskup Jan Sokolikowski.
Kilka lat temu w archiwum kościoła św. Anny jego ówczesny rektor ks. Bogdan Bartold odkrył bullę papieża Sykstusa V z 1586 r. Dokument podnosi bractwo św. Anny przy warszawskim klasztorze bernardynów do rangi arcybractwa. W połowie XIX w. widział go Julian Bartoszewicz, a w czasie okupacji Dariusz Kaczmarzyk, autor książki o kościele. Potem bulla gdzieś się zawieruszyła i zapomniano o niej.
- Natrafiłem na nią przypadkowo. Porządkowałem archiwalia i nagle w pożółkłej ze starości teczce wciśniętej między inne dokumenty natrafiłem na akta dotyczące arcybractwa św. Anny. Jednym z nich był złożony pergamin z ołowianą pieczęcią papieską. Drugim zszyty plik dokumentów na pergaminie, który zawierał statut bractwa zatwierdzony przez nuncjusza Giovanniego Andreę Caliagariego w 1581 r. - opowiadał nam ks. Bogdan Bartołd, dziś proboszcz parafii katedralnej św. Jana.
Bulla to nie tylko cenny zabytek bezpośrednio związany z Anną Jagiellonką i królem Stefanem Batorym, ale też dzieło sztuki renesansu. O wydanie dokumentu starał się sam król Batory, a z Rzymu przywiózł go arcybiskup lwowski Jan Demetriusz Solikowski. Dziś bulla jest też pośrednio wspomnieniem po dawnych obyczajach dewocyjnych w kościele bernardynów św. Anny.
Wspomnijmy tu jeszcze, że podstawą do urządzania kolebki u warszawskich bernardynów nie były ewangelie, lecz rozmaite teksty apokryficzne. Ks. Kitowicz wymienia tu "rewelacje" w rodzaju widzeń świętych Teresy, Brygidy czy Mechtyldy, wskazuje też, że brały się "z pobożnej ojców bernardynów imaginacji".
"Kolebka" u bernardynów była tak elitarna, że z czasem zapomniano o niej zupełnie. Gdyby nie ks. Kitowicz, po obyczaju tym dziś pewnie nie pozostałby najmniejszy ślad.
Dla plebsu jasełka
Za to w XVIII w. lud powszechnie uczestniczył w jasełkach. Prekursorem wystawiania szopek czy też jasełek był św. Franciszek z Asyżu. Swoją pierwszą szopkę miał ustawić w grocie w 1223 r.
W barokowej Warszawie jasełka urządzano w większości kościołów. "Obchodzono je tak jak groby wielkopiątkowe, lubo mało co ludzie stateczni, tylko najwięcej matki, mamki i piastunki z dziećmi, studenci z dyrektorami i młodzież doroślejsza obojej płci, pospólstwo zaś drobne niemal wszystko" - wyliczał ks. Kitowicz. Tak jak dziś szopki, tak jasełka urządzano w jednej z kaplic kościelnych. Czasami kompozycja zasłaniała cały boczny ołtarz. Często przypominała dzisiejsze tradycyjne szopki, choć na barokową modłę oprawa była bogatsza, a postaci więcej. Dzieciątko w kolebce formowano z wosku, klejonego papieru, irchy lub płótna wypchanego konopiami. Pieluszki - z płatków bławatnych i płóciennych. Przy żłóbku czuwali wół i osioł "puchaniem swoim Dziecinę Jezus ogrzewające", a z drugiej strony Maria i Józef "afekt natężonego kochania i podziwienia wyrażający". Nie mogło zabraknąć aniołów o złoconych włosach, wieśniaków i pasterzy. Ale największe zainteresowanie budziły "osóbki rozmaity stan ludzi i ich zabawy wyrażające: panów w karetach jadących, szlachtę i mieszczan pieszo idących, chłopów na targ wiozących drwa, zboże, siano, prowadzących woły, orzących pługami, przedających chleby, szynkarki różne trunki szynkujące, niewiasty robiące masło, dojące krowy, Żydów różne towary do przedania na ręku trzymających".
W Boże Narodzenie obchodzono kościoły jak dziś. Od świętego Krzyża do Wizytek. Od Wizytek do Karmelitów Bosych, od Karmelitów do kościoła św. Anny bernardynów i sąsiadującej z nim świątyni bernardynek. Klasztory konkurowały ze sobą. Wszystkich przebijali kapucyni na Miodowej. Tymczasem reformaci, bernardyni i franciszkanie wprowadzali szopki ruchome.
I te spektakle opisywał ks. Jędrzej Kitowicz: "Między osóbki stojące, mieszając chwilami ruszane przez szpary, braciszkowie zakonni rozmaite figle nimi wykonywali. Tam Żyd wytrząsał futrem, pokazując go z obu stron, jakoby do sprzedania, które nadchodzący znienacka żołnierz Żydowi porywał. Żyd futra z ręki wypuścić nie chciał. Żołnierz Żyda bił. Żyd, porzuciwszy futro, uciekał. Żołnierz futro przedawał nadchodzącemu mieszczaninowi. A wtem Żyd pokazał się niespodzianie z żołnierzami i instygastorem biorącym pod wartę złodzieja i mieszczanina futro kupującego".
Biskup zakazał
Obyczaje tak uwielbiane przez lud mierziły arystokratów, a także uczonych. Uważali, że są one w złym guście. Już u schyłku średniowiecza słynny humanista Filip Kallimach pisał, jak to w 1470 r. lwowscy bernardyni przyczynili się do jego zdaniem zgorszenia w mieście. Wystawili u siebie w kościele jasełka z Dzieciątkiem w żłóbku, wołem i osłem, Marią i Józefem, pobudzając lud do lulania kołysek i radosnych śpiewów. Cóżby ten humanista powiedział dziś, gdyby znalazł się przed szopką na pl. Krasińskich. Jednak wzdraganie się przed uczestnictwem w spektaklach religijnych dla ludu można było zrozumieć. Często, zwłaszcza w epoce saskiej, kończyły się one zwykłymi rozróbami i prawie zawsze biciem Bogu ducha winnych warszawskich Żydów. W końcu stały się one tak dokuczliwe, że w 1738 r. biskup Teodor Czartoryski zakazał wystawiania jasełek w kościołach.
Urządzano je nadal, tyle że nie w kościołach, ale po karczmach i rozmaitych lokalach w mieście, a nawet po domach prywatnych. Tak jak u Zakrzeskiego na Pradze, który miał u siebie blisko tysiąc rozmaitych figurek.
Szopki polityczne
A jednak warszawiacy nie zapomnieli o jasełkach, a potem szopkach w kościołach. Kazimierz Wóycicki opisywał je w czasach Królestwa Kongresowego, kiedy w zasadzie nadal obowiązywał zakaz bp. Czartoryskiego. Szopki te nazywano teraz "Betlejem". "Przy jednym z ołtarzy bocznych urządzano zastawę szeroką z desek pokrytych mchem zielonym i na niej małe figurki przedstawiające stajenkę w Betlejem" - czytamy. "Tym figurkom towarzyszyli pasterze oraz orszak Trzech Króli poprzedzanych przez anioły". I znów najsłynniejsze takie szopki wystawiono w kościele bernardynów św. Anny.
Wyróżniały się też inne bożonarodzeniowe uroczystości w tej świątyni. I tak np. w XIX w. podczas jutrzni ministranci u bernardynów ponoć tak bili w bębny ku chwale Bożej, że głuchy odgłos uderzeń niósł się daleko po pl. Zamkowym i Krakowskim Przedmieściu.
Podczas drugiej wojny światowej w okupowanej Warszawie zarówno jasełka po domach, jak i szopki w kościele św. Anny zaczęły mieć charakter patriotyczny. W prywatnych domach jasełka jawnie szydziły z Hitlera przedstawianego jako króla Heroda i z Niemców. Aluzje umieszczane w szopkach bożonarodzeniowych w kościele św. Anny były znacznie bardziej subtelne. Czasem wiązało się to z użyciem biało-czerwonych kwiatów, które symbolizowały polskie barwy narodowe. Kiedy indziej porozbijane naczynia przypominały o wojnie. Te zaangażowane politycznie szopki powróciły też w stanie wojennym. Dziś rola szopek - instalacji rzeźbiarskich tworzonych z reguły przez artystów - zmieniła się. Nie krzepią one serc, lecz mają raczej zmuszać do refleksji, spojrzenia na siebie i otaczającą nas cywilizację.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Środa na ulicach Warszawy [23.05.2012]
- Otwarto fragment autostrady do Warszawy. Kiedy reszta?
- Nowy autobus od dziś na ulicach Warszawy [ZDJĘCIA]
- Podwójne zabójstwo na Siekierkach. "Dziwne zdarzenie"
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Zobacz 10 największych hitów sobotniej "Nocy Muzeów"
- "Biurowiec Bieruta" gotowy po remoncie. Zapiera dech!
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Cicha noc na A2
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów




