Cała Wola kupowała tu strucle. Kamienica stoi do dziś

Jerzy S. Majewski
01.01.2012 aktualizacja: 2011-12-29 18:09
A A A Drukuj
Kamienica przy Wolskiej 66 w czasie okupacji. Zwykle ta fotografia przedstawiana jest jako przedwojenna. Fot. "WARSZAWA STOLICA POLSKI"
Warszawa nieodbudowana - Wolska 66. Wzdłuż Wolskiej pomiędzy Młynarską a wiaduktem kolejowym zabudowa była mieszana. Obok fabryk modernistyczne budynki z końca lat 30. Obok parterowych i jednopiętrowych murowańców kamienice z początku XX w. o architekturze prawie śródmiejskiej.
Jednym z takich ozdobnych domów była kamienica pod numerem 66, u zbiegu z ul. Syreny. Powstała w 1911 r., przetrwała wojny i do dziś wspominana jest jako siedziba cukierni Władysława Zagoździńskiego. W czasie świąt Bożego Narodzenia cała dzielnica kupowała tu strucle.

Barok, ale skromny

W wydanym tuż po wojnie albumie "Warszawa stolica Polski" zdjęcie kamienicy opatrzono podpisem: "Dzielnica Wola, główny ośrodek robotniczej Warszawy, miała wygląd zaniedbanego, prowincjonalnego miasteczka pozbawionego wszelkiej estetyki i najprymitywniejszych urządzeń higieny". W słowach tych wiele było prawdy, ale dobór zdjęć był już manipulacją. Na fotografii oglądamy bowiem kamienice już z czasów okupacji. Od strony ul. Syreny widać nawet ruiny budynków wypalonych we wrześniu 1939 r. Przed wojną to samo miejsce prezentowało się bez porównania korzystniej, a Wolska na swym zachodnim odcinku powoli zmieniała charakter, stając się coraz bardziej uporządkowana i wielkomiejska.

Sama kamienica należąca na przełomie lat 20. i 30. do Józefa Kerlinga nosiła cechy architektury inspirowanej sztuką baroku i wczesnego klasycyzmu. Narożnik zaakcentowały dwa wąskie ryzality zwieńczone płaskimi szczytami i ozdobione klasycyzującym detalem architektonicznym. Jest to niejako mocno uproszczona wersja barokowo-klasycyzujących kamienic powstających tuż przed I wojną światową w Śródmieściu. Czteropiętrowy budynek miał też wyraźnie wyodrębnioną dwukondygnacyjną partię cokołową ze sporymi witrynami sklepów na parterze.

Butelki ze śmietnika

"Z kamienicy niewiele pamiętam. Głównie podwórko ze śmietnikiem przymkniętym drewnianą klapą, ale za to pachnące jakoś tak słodko pączkami" - pisał do mnie w liście pan Franciszek, który wczesne dzieciństwo spędził na Woli, a przez kilkanaście miesięcy mieszkał z rodzicami w oficynie kamienicy przy Wolskiej.

O takich podwórkach i całej galerii odwiedzających je domokrążców, handlarzy, żebraków i grajków pisałem już niejednokrotnie. W niektórych domach za zgodą dozorcy (a czasem i bez niej) przychodzili na podwórka też ci, którzy ze śmietników wygrzebywali stare szmaty, butelki, gazety, a nawet kości wyrzucane z kuchni.

Pisały o nich w 1934 r. prawicowe "Nowiny Codzienne": "Przychodzą z samego rana na podwórko. Jak najwcześniej. Przychodzą w brudnych, bezbarwnych, złowonnych i łachmaniastych kapotach, w starych, przepoconych, powyginanych kapeluszach. Przychodzą z kijami, z haczykiem na końcu i dopadają szybko, jak najszybciej do śmietnika. Niecierpliwie, z jakimś oczekiwaniem podnoszą klapę betonowej skrzyni, z której bucha ohydny odór. (...) Grunt, żeby coś znaleźć w śmietniku. Żeby przyjść w taki dzień, zanim przyjdą ci z wozami i zabiorą wszystko, zabiorą ze śmietnika. (...) Przychodzą różni na takie grzebanie, ale przeważnie są starzy".

Wygrzebany papier wygładzali, a potem sprzedawali w punkcie skupu. W 1934 r. po 20 groszy za kilogram. Wcześniej przed kryzysem płacono 25 gr, ale potem makulatura staniała. Butelkę sprzedawali po groszu, a czasem i za dwa od sztuki. W domach, gdzie mieszkały krawcowe, można było znaleźć całkiem nowe ścinki materiałów. I na nie znajdowali się chętni, tak samo jak na kości. Żadnego pożytku za to nie mieli zbieracze odpadków z metalowych puszek. Nikt ich nie przyjmował.

"Oszczędza naród, co lepsze na śmiecie nie wyrzuca" - żalił się "Nowinom Codziennym" zbieracz odpadków w 1933 r., jednym z ostatnich lat Wielkiego Kryzysu. Jednak w kamienicy przy Wolskiej 66 można było odnaleźć jeszcze jeden rodzaj odpadów. Pochodziły one z pracowni cukierniczej.

Najlepsze jaja w Warszawie

Cukiernia Władysława Zagoździńskiego nie była mała i zajmowała narożnik kamienicy. Przykuwała uwagę dużymi witrynami i szyldami. Jej dzieje opisał Wojciech Herbaczyński w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich". Zagoździński, przybysz z okolic Równego, praktykował w Warszawie u Rydzewskiego przy Krakowskim Przedmieściu 12, potem pracował u Moczulskiego przy Chłodnej 40, wreszcie w 1926 r. otworzył własną cukiernię przy Wolskiej 26, u zbiegu ze Skierniewicką. Cztery lata później przeniósł się do kamienicy pod nr. 66, u zbiegu z ul. Syreny.

Lokal był duży. Mieścił sklep, pomieszczenie ze stolikami dla gości, salę ze stołami bilardowymi i duże zaplecze z pracownią cukierniczą. Wystrój - jak na dzielnicę wolską przystało - był skromne, ale zdaniem Herbaczyńskiego gustowny. Ściany pomalowane na kremowo dodawały ciepła, wnętrze oświetlał żyrandol i kinkiety. Na stolikach wykładano codzienne gazety, a także tygodniki.

Produkcja słodkości nie była mała, a asortyment szeroki. "A że Zagoździński był fachowcem dobrym, zyskał rzesze kupujących i sympatię mieszkańców. W sklepie przy bufetach był tłok, a przy stolikach też gości nie brakowało" - odnotował Herbaczyński.

Nad utrzymaniem ciepłej atmosfery czuwała żona cukiernika Natalia. „W lecie firma słynęła z lodów, w okresie świąt Bożego Narodzenia - ze strucli makowych, orzechowych, migdałowych. Na Wielkanoc - z mazurków, babek i marcepanowych święconek. Te święconki stały się sławne. Według opinii cechu Zagoździński był artystą w ich wyrobie. Nikt mu nie dorównywał. Przed Wielkanocą zamawiał u stolarza kilkaset drewnianych stoliczków. Pokrywał ładnymi serwetkami z napisem: »Alleluja” i układał na nich swoje święconki. Czego tam nie było! Indyk pieczony i łeb świński, bochenek chleba i bryłka masła, i mazurki, i jajeczka, i placek, i babki z naturalnego ciasta, i karafka z kolorowym winem - syropem. Pośrodku stał baranek z białego cukru z czerwoną chorągiewką, a obok kropidełko. Wszystko w naturalnych kolorach z roślinnych farb, rozłożone estetycznie na specjalnych talerzykach z kredowej tektury” - zachwycał się Herbaczyński, twierdząc, że po te cuda przyjeżdżano aż z samego Śródmieścia.

Spec od zbrodni

Cukiernik wraz z rodziną (żoną i dwiema córkami Hanką i Danką) mieszkał w tej samej kamienicy. Zdaniem Herbaczyńskiego wieczorem lubił grać w szachy, ale nie w mieszkaniu, lecz w cukierni. Zasiadał przy stoliku ze swoim przyjacielem, też cukiernikiem, Franciszkiem Pasoniem i tak, zastanawiając się nad ruchami, siedzieli do nocy.

Innym znanym mieszkańcem kamienicy był dr Adam Ettinger, profesor kryminologii w Wolnej Wszechnicy Polskiej oraz wykładowca na innych uczelniach Warszawy i Łodzi. W mieszkaniu zebrał ogromną bibliotekę z zakresu socjologii, historii filozofii i kryminologii. Musiała imponować, skoro Edward Chwalewik wymienił ją w swoim spisie zbiorów polskich opublikowanym w 1926 r.

Ettinger sam był autorem książek, z których najgłośniejsza to wydany w 1924 r. "Zbrodniarz w świetle antropologii i psychologii". Los sprawił, że kilkadziesiąt lat później, w 2009 r., w tej samej kamienicy na klatce schodowej nieopodal mieszkania kryminologa znaleziono ciało zamordowanego mężczyzny. Ettinger zapewne przychodził do pachnącej cukierni Zagoździńskiego. Zmarł w 1934 r.

Dodajmy tu jeszcze, że kolejnym magnesem przyciągającym w pobliże narożnika Wolskiej i Syreny był sklep czeskiego koncernu obuwniczego Bata. Znajdował się już jednak nie w domu pod nr. 66, ale w jego bezpośrednim sąsiedztwie, w niepozornej, dwupiętrowej kamieniczce przy Wolskiej 64. Jednak już samo jego urządzenie w tym miejscu świadczyło o powolnej zmianie charakteru ulicy. Wolska z jej śródmiejskim przedłużeniem, czyli Chłodną, stanowiła rodzaj głównej arterii handlowej dzielnicy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się