Imponujący gmach z XIX wieku. Inspirowany Wenecją

Jerzy S. Majewski
27.01.2012 aktualizacja: 2012-01-26 21:05
A A A Drukuj
Wnętrza gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego
  • Wnętrza gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego
  • Pisarka Maria Kuncewiczowa
  • Pisarka Maria Kuncewiczowa
Na tyłach reprezentacyjnego gmachu mieścił się Rój, jedno z najciekawszych wydawnictw międzywojennej Polski. Popularyzowało arcydzieła mało znanych autorów, a po wojnie wprowadziło na rynek amerykański więcej polskich książek niż ktokolwiek inny. W cyklu Warszawa nieodbudowana - Kredytowa 1.
Monumentalny gmach Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego u zbiegu Mazowieckiej i Kredytowej, dziś siedziba Muzeum Etnograficznego, to bodaj najpiękniejszy warszawski budynek użyteczności publicznej z połowy XIX w. Już współcześni podkreślali inspirację jego architektury sztuką Wenecji, zwłaszcza biblioteką św. Marka.

Projektantami warszawskiej siedziby Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego powstałego w latach 1854-58 byli Henryk Marconi i Józef Górecki. Przed 150 laty w dość smutnej Warszawie budowla imponowała rozmiarami i bogactwem wystroju wnętrz. Dekoracje malarskie, rzeźbiarskie i jakość architektury sprawiały, że budynek postrzegany był jako reprezentacyjny pałac służący jednej z najważniejszych instytucji finansowych Królestwa Kongresowego.

Obszerny szkic poświęcony architekturze budynku napisał przed kilku laty historyk sztuki dr Tomasz Grygiel. Zauważył m.in., że wystrój reprezentacyjnej sali posiedzeń nawiązywał m.in. do rzymskich term Karakali. My jednak skupmy się nie na odbudowanej architekturze zewnętrznej gmachu, lecz oficynie mieszczącej przed wojną Towarzystwo Wydawnicze "Rój".

Egzaltacje na Mazowieckiej

Gmach Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego powstał na rzucie litery E z dłuższym ze skrzydełek od Kredytowej i ówczesnego placu Ewangelickiego (dziś Małachowskiego) oraz oficynami. Elewacje od dziedzińców zaprojektowane zostały bez porównania skromniej niż frontowe. Do siedziby wydawnictwa mieszczącej się w oficynie wchodziło się właśnie przez podwórko. Samo wnętrze było mało przytulne i przypominało ogromne składy handlowe.

Pisarka Maria Kuncewiczowa ponad 20 lat po wojnie wspominała Rój i jego właściciela Mariana Kistera. Porównywała też całkowicie odmienną atmosferę panująca w Roju i usytuowanym zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, przy Mazowieckiej 12, wydawnictwie Mortkowicza, gdzie opublikowała dwie pierwsze książki. Do Roju udała się dopiero z trzecią - "Dwoma księżycami". "Obie firmy niemal sąsiadowały ze sobą, a jednak z Mazowieckiej na Kredytową było prawie tak daleko jak z jednej planety na drugą. Na Mazowieckiej u Mortkowiczów był salon literacki, Parnas, krygi poetów, szelesty poetek, ozdobne plotki Nałkowskiej, romantyka postępu, socjalistyczne peleryny, święty Korczak, Cyprianowy Kamilowy Miriam w zielonej peruczce, nawracanie faszystów, kokietowanie komunistów, Berek Joselewicz, reprodukcja van Gogha, ale Uroda Życia tylko nad Wierną Rzeką; w sumie szlachetne Noce i Dnie. Uwielbiałam to wszystko, zachłystywałam się tym. Do księgarni na Mazowieckiej wchodziłam z sercem w podskokach, z nadzieją na wielki los. Samobójczą śmierć Jakuba Mortkowicza przebolałam jak cios zupełnie osobisty" - pisała Maria Kuncewiczowa.

Jej zdaniem usytuowany niemal po sąsiedzku Rój nie miał nic z tej nieco snobistycznej, intelektualno-artystycznej atmosfery wydawnictwa Motkowicza: "Rój nie był ani salonem ani Parnasem. Już sam fakt wtłoczenia go do oficyn, braku wspaniałych witryn jak w sklepie przy Mazowieckiej, braku księgarni z efektownie eksponowanymi wydawnictwami - sprawiał, że wkraczało się tu bez bicia serca".

Na wódkę z panią Marysią

W Roju nie było kaplicy, gdzie by modne bóstwa dawały się podziwiać intelektualnym snobom. W "Roju nikt nikogo nie podziwiał. Rozmowy nie miały charakteru konwersacji, tylko targów. Targów o honorarium, o wysokość nakładu, o recenzję, o opinie, o prestiż. Ale targów żartobliwych, raczej podobnych do dręczenia się kota wydawcy z autorską myszą, której kot wydawca właściwie wcale nie chce wykończyć, bo jest w niej zakochany" - wspominała Maria Kuncewiczowa.

W redakcji Roju nie było tłumów. Wiedzieli o niej chyba tylko wtajemniczeni - autorzy, którzy przychodzili tu do wydawcy. Nawet Juliusz Wiktor Gomulicki, który znał każdy zakątek w "dorzeczu" ulicy Mazowieckiej i w swojej książce "Aleje Czarów" pisze o niej jak o ulicy magicznej i literackiej, nawet jednym słowem nie wspomina o Roju i Marianie Kisterze.

Dla Marii Kuncewiczowej, która w Roju opublikowała swe najsłynniejsze powieści, Kister był postacią ważną, kimś w rodzaju przepustki do sławy i wieczności.

Wspominała go jako kogoś skrajnie odmiennego od Mortkowicza i różniącego się od typowych przedwojennych warszawiaków. Ale też wydawca nie pochodził ze stolicy, tylko z miasta nad Płetwią. Mówił nieco śmiesznie z lwowskim akcentem.

Gdy w 1937 r. Marii Kuncewiczowej przyznano Nagrodę Miasta Stołecznego Warszawy za całokształt działalności literackiej, podekscytowany Kister zadzwonił do niej do domu. "Ledwie zdjęłam kapelusz, zadzwonił telefon i usłyszałam w tubce gesty lwowski głos Kistera. - Pani Maria, czyli Marysia? - z niewiadomych powodów uważał akcent na ostatniej sylabie mego imienia za doskonały dowcip. - Tak - burknęłam. Chwila ciszy. - No to może pani Marysia włoży kapelusik, bo trzeba jechać na wódę. - Dlaczego? - nie dowierzałam. - A dlatego, że miała pani nosa: K to dobra litera. Mąż Kuncewicz, wydawca Kister, w Warszawie tego roku dają nagrody tylko na Ka: Kazuro, Kossak, Kuncewiczowa... No to już, wkładać ten kapelusz".

Melacholijne zaćmienia

Kister urodził się w Mościskach na wschód od Przemyśla (dziś to już Ukraina) w 1897 r. w rodzinie żydowskiej. Gimnazjum kończył w Samborze. W wieku 17 lat wstąpił do szkoły oficerskiej w armii austriackiej. Został podporucznikiem, a w czasie pierwszej wojny światowej w mundurze austriackim walczył z Rosjanami w Galicji. Potem był w wojsku polskim i brał udział w wojnie z bolszewikami.

We Lwowie studiował matematykę, a w 1922 r., po zajęciu Wilna (w czym uczestniczył w polskim mundurze) osiadł na dłużej w tym mieście. I to właśnie tam zajął się literaturą. W 1923 r. przełożył "Moje dzieciństwo" Maksyma Gorkiego. Zauważyli go wtedy warszawscy wydawcy i w 1924 r. ściągnęli go do stolicy. To wtedy powstał Rój. Wydawnictwo zaczęło od tłumaczeń na polski Jacka Londona, a potem przekładało Marcela Prousta, Sigrid Undset, Thomasa Manna, Sinclaira Levisa, Bertranda Russela, Johna Steinbecka. Ale z czasem w Roju zaczęły ukazywać się też prawdziwe arcydzieła literatury polskiej. Nie tylko Kuncewiczowej. Tu wydawała Zofia Kossak, tu w 1937 r. opublikował "Sanatorium Pod Klepsydrą" Bruno Schulz.

Maria Kuncewiczowa uważała Kistera za człowieka pełnego sprzeczności. Prowincjała i kosmopolitę. Za z pozoru niewybrednego dowcipnisia, lenia, a w rzeczywistości zażarcie pracowitego, urzeczonego tym, co go przerastało - sztuką, wiedzą, wzniosłymi i drapieżnymi uczuciami. Był naturalny, niczego nie udawał, niczego w sobie nie starał się pielęgnować, nie naśladował autorytetów. Uśmiechał się od ucha do ucha. "Nieraz zastawałam go za tym nieporządnym biurkiem na Kredytowej, siedzącego bezczynnie i jak gdyby nieobecnego wśród interesantów. Jeżeli akurat odezwał się telefon, sięgał po słuchawkę ruchem niepewnym, jak przez sen. W takich momentach także się uśmiechał, ale to już był uśmiech zabłąkany, blady, jak gdyby zdziwiony, do nikogo nie skierowany, jakiś taki uśmiech sam w sobie. Ponieważ Kister był figurą rubaszną, te melancholijne zaćmienia nie wiadomo jak było tłumaczyć i dopiero teraz rozumiem, że to były właśnie momenty urzeczenia tym czymś, czego nie można załatwić drogą biznesową ani w Warszawie, ani nigdzie" - wspominała w 1967 r.

Do Roju przychodzili nie tylko uznani autorzy, ale też ci zupełnie nieznani; i zdolni, i pozbawieni talentów literackich. "Kister nie miał kultury literackiej, tylko instynkt do ludzi. Książki dla niego były owocami autorów, tak jak jabłka są owocami jabłoni. Przypatrując się pisarzowi, słuchając jego głosu, obserwując jego życie, domyślał się i oceniał smak książki. Bez czytania wiedział na przykład, czy autor jest pisarzem, czy grafomanem i czy ta akurat grafomania będzie chodliwym towarem" - pisała Maria Kuncewiczowa.

Kister przysiadał na chwilę w nieodległej Ziemiańskiej nie jako wydawca, lecz kumpel autorów. Opijał podpisanie umowy wydawniczej kilka kroków dalej u Wróbla, ale zaraz wracał do Roju gotowy na ubicie nowego interesu, zamykając się na kilka godzin z buchalterem, z żoną zajmującą się rachunkowością (Hanną poślubioną jeszcze we Lwowie), pędził do drukarni, do banku, uprzykrzał się kredytobiorcom, księgarzom, wyszarpując od nich pieniądze, "żeby grono pięknoduchów mogło nadal płacić za swoje koniaki u Lijewskiego i stefanki w Ziemiańskiej".

Kierunek Nowy Jork

Wojna fatalnie obeszła się z gmachem Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. We wrześniu 1939 r. całkowicie spłonęło skrzydło od ulicy Mazowieckiej. Kister zdołał jednak wyjechać do Anglii jeszcze przed 1 września 1939 r. W Warszawie pozostała jego rodzina - żona i córki. Przez jakiś czas żyły z ulicznej wyprzedaży zgromadzonych książek. Jeszcze przed powstaniem getta udało im się opuścić Polskę. Przez Portugalię parowcem dotarły do Nowego Jorku. Tam wszyscy się spotkali.

Powoli odbudowywali wydawnictwo. Już nie polski Rój, tylko amerykański Roy. Zaczęły się przekłady na angielski książek polskich autorów. Jak dziś się ocenia, w ciągu kilkunastu kolejnych lat aż do swej śmierci w 1958 r. Kister wprowadził na amerykański rynek więcej polskich autorów niż jakikolwiek dotychczasowy wydawca.

Wróćmy jeszcze na Kredytową. Gmach Towarzystwa częściowo zwalony w 1939 r. uległ dalszemu zniszczeniu w 1944 r. Po wojnie odbudowano go na siedzibę Muzeum Etnograficznego. Jednak nie odtworzono już wspaniałych wnętrz. Czas zatarł też pamięć o istniejącym tu niegdyś w oficynie wydawnictwie Rój.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się