Nowogrodzka 40. Luksus belle époque

Jerzy S. Majewski
19.06.2009 aktualizacja: 2009-06-18 20:29
A A A Drukuj
Wodotrysk przy Nowogrodzkiej 40 Fot. MARZENA HMIELEWICZ
Panowie w swych kawalerkach mieli obsługę kelnerską, a posadzki w mieszkaniach wzorowane były na tych z Zamku Królewskiego.
Gdy ją zbudowano, kamienica na rogu Nowogrodzkiej i Poznańskiej (niegdyś Wielkiej) uchodziła za szczyt luksusu. W latach międzywojennych była już mniej elegancka.

W berlińskim stylu

- Mój ojciec Stanisław Sarna około 1912 r. jako pierwszy wynajął tu mieszkanie. Kamienica była bardzo nowoczesna, ogromna i luksusowa. Ojciec zajął lokal na pierwszym piętrze. Początkowo miał tam być ogromny 17-pokojowy apartament. Ale właściciele doszli do wniosku, że to przesadna rozrzutność i wydzielili z pałacowego mieszkania cztery pokoje. To w nich ulokował się mój ojciec - opowiada Felicja Uniechowska.

Narożna kamienica o podwójnym numerze Nowogrodzka 40 i Poznańska 36 powstała w latach 1910-1912. Zaprojektował ją architekt Edward Zachariasz Eber specjalizujący się w budownictwie luksusowym. Właścicielami byli dwaj spekulanci budowlani Berek Seydenbeuthel i Adam Silberblast.

Ta wielka, wczesnomodernistyczna kamienica miała dwa skrzydła frontowe i początkowo dwie bramy - jedną powozy miały wjeżdżać na podwórko studnię, drugą wyjeżdżać. Budynek wyróżniały modne elewacje. Ich dekoracja w porównaniu z eklektycznymi kamienicami była oszczędna, ale imponowała skalą. Budynek opinały wystylizowane pilastry, ożywiały maleńkie, płaskie wykusze nasuwające skojarzenia z barokowymi lektykami, balkony, geometryzujący detal architektoniczny i płaskorzeźby wyobrażające małe dzieci. Całość wieńczył mansardowy dach i dwa wydatne okapy.

Zdaniem ówczesnej krytyki architektonicznej budynek nawiązywał do architektury berlińskiej i przypominał w szczegółach inne warszawskie realizacje Edwarda Ebera. W wystroju zewnętrznym, bodaj po raz pierwszy w mieście zastosowano szlachetne tynki z "terrazytu", które rozpowszechniły się w warszawskim budownictwie lat międzywojennych. Zakładała je firma Pawła Ebera.

Pokoje dla panów

Właściciele nie szczędzili kosztów, aby lokatorom zapewnić wszelkie możliwe wygody - czytamy w tygodniku "Świat" z 1912 r.

Resztki tego luksusu do dziś możemy zauważyć wewnątrz bramy kamienicy. Zamykają ją ogromne odrzwia z drewna. Jej ściany zostały wyłożone ciepłym, różowym marmurem. Znalazł się tu też maleńki wodotrysk oraz podest z balkonem o późno secesyjnej dekoracji, zapowiadającej nadejście stylu art déco. Drugi wodotrysk, o nieco tajemniczej, ceramicznej masce umieszczono na dziedzińcu kamienicy.

Klatki schodowe wyłożone zostały białym i różowym marmurem oraz wykończone coraz modniejszym w tym czasie drewnem. W obszernym holu od ul. Poznańskiej stały dwie kanapki obite skórą. Było też okienko odźwiernego i wejście do windy. Zatrudnieni byli też portierzy obsługujący windy i "odpowiednio wykwalifikowana służba (...) będąca na każde zawołanie do dyspozycji".

Na ostatniej kondygnacji znalazły się kawalerki. Każda z nich składała się z pokoju, alkowy i przedpokoju wyłożonego boazerią. Miały one charakter hotelowy, usytuowane były bowiem wzdłuż długiego korytarza z wejściem do wspólnej, komfortowo wyposażonej łazienki z piękną, porcelanową wanną.

Stoliki dla pań

W 1913 r. w kamienicy ulokował się wytworny pensjonat dla pań doktorowej Zofii Woyciechowskiej. Jak wspominała Jadwiga Waydel Dmochowska w książce "Jeszcze o dawnej Warszawie" Woyciechowska prowadziła pensjonat wspólnie z panią Zrini Szirin.

Rewolucją była rezygnacja z obiadów podawanych przy wspólnym stole na rzecz posiłków przy małych stolikach.

Interes musiał iść znakomicie, skoro właścicielka, na krótko przed pierwszą wojną światową otworzyła kolejny pensjonat przy Kredytowej 9, wyposażony w wodę bieżącą i telefon w każdym pokoju miał uchodzić za najbardziej nowoczesny w Warszawie.

Potem założyła kolejny pensjonat w kilku konstancińskich willach. Firma przetrwała pierwszą wojnę światową i działała do lat 30.

Właściciele kamienicy liczyli głównie na dochód z wynajmu apartamentów. Nawet w latach międzywojennych, gdy obok znajdowała się stacja końcowa Elektrycznej Kolejki Dojazdowej, w kamienicy było zaledwie kilka niewielkich sklepików. Jak dziś mieściły się w suterenie i schodziło się do nich po schodkach. Po uruchomieniu EKD w narożniku kamienicy znajdowały się kasy i niewielka poczekalnia kolejki.

Porzeczki drylowane szpilką

Wróćmy do wspomnień Felicji Uniechowskiej. - Moi rodzice pobrali się 3 grudnia 1918 r. Mama zamieszkała z ojcem przy Poznańskiej. Panował głód mieszkaniowy i trudno było znaleźć inne lokum - opowiada. Mieszkanie miało sporo powyżej 100 m. - Mimo to zawsze słyszałam utyskiwania mamy, że jest za małe, że dzieci rosną - wspomina pani Uniechowska. Czynsz liczony był po 100 złotych od pokoju.

Pani Felicja Uniechowska przypomina sobie kuchnię z wnęką na lodówkę. Lodówka była drewnianą szafką, obitą od środka blachą z pojemnikiem na lód i półkami powyżej. Przy ścianie kuchni zaprojektowany został też stół, który po rozsunięciu blatu odkrywał zlew do zmywania.

Podziel się