Zimmerer, posłaniec naiwnych
16.07.2009
aktualizacja: 2009-07-15 20:02
Już od progu można było dostać zawrotu głowy: setki obrazów, rysunków, rzeźb i ani milimetra wolnej przestrzeni. I tak od piwnic (gdzie ulokowało się królestwo kiczu) aż po poddasze (tam w pokoju dziecinnym zagościły pogodne obrazy raju). Nawet w łazience i klozeciku. Na regałach wśród książek - szeregi Frasobliwych, rzędy Piet, figury wszystkich możliwych świętych, nieprzebrane ilości wyrzeźbionego pieczołowicie ptactwa.
Dom na Dąbrowieckiej 28 na Saskiej Kępie, gdzie przez blisko 20 lat mieszkał Ludwig Zimmerer, korespondent zachodnioniemieckiej prasy i radia, twórca wspaniałej kolekcji malarstwa i rzeźby nieprofesjonalnej, wydawał się trwać wbrew prawom natury: z każdym nowym zakupem wyglądało na to, że już nic nowego się w nim nie zmieści, ale w końcu się mieściło.
Kiedy zabrakło miejsca na ścianach, zagospodarowano sufity i podłogi. Można więc było, leżąc na dywanie, kontemplować jasne, wesołe pejzaże Marii Korsak albo odsłoniwszy dywan oglądać wietrzne, deszczowe krajobrazy z umieszczonych pod szkłem obrazów Władysławy Iwańskiej.
Malarze naiwni, malarze niedzielni, Nikiforzy z Bożej łaski, rzeźbiarze ludowi, świątkarze, schizofrenicy, szaleńcy, emeryci, którzy sięgnęli po pędzel lub dłuto u schyłku życia - wszyscy oni znaleźli w Zimmererze wdzięcznego wielbiciela i mądrego mecenasa. Niektórych odkrył osobiście, wielu pomagał, wszystkich inspirował swoim zainteresowaniem i przyjaźnią. Uważał się za kogoś w rodzaju ich "listonosza", którego zadaniem jest dostarczyć światu ich przesłanie: - Wielcy artyści i ich arcydzieła bronią się same - opowiadał gościom, oprowadzając ich po swoich zbiorach. - Inaczej jest z nieprofesjonalistami. Wielkość ich dzieła często widać dopiero w połączeniu z historią ich życia, cierpienia i marzeń.
Niemal każdy eksponat miał swoją historię i Zimmerer lubił je opowiadać. Wejścia do sutereny, gdzie kiedyś był garaż, ale samochód przegrał z rzeźbami i musiał wynieść się pod gołe niebo, strzegły dwa potężnej postury pingwiny na baczność (skrzydła po szwam) w czerwono-białych kamizelkach. Ich twórca rzeźbił wyłącznie ptaki, kiedy więc dostał zaproszenie, by wziąć udział w konkursie "wojsko polskie w sztuce ludowej", uznał, że organizatorzy wiedzą, co czynią. No więc przytaszczył osobiście swoje pingwiny w barwach narodowych i z generalskim otokiem na podstawce na konkurs i zdziwił się bardzo, kiedy odesłano go z kwitkiem - przecież pingwiny stały na baczność. Na szczęście wiedział o Zimmererze i tak pingwiny wylądowały na Dąbrowieckiej.
Raz w tygodniu był w kolekcji dzień otwarty dla zwiedzających, ale zdarzały się tygodnie, że dzień w dzień ktoś stukał do furtki, choć informacji o kolekcji nie było w żadnym przewodniku. Ale jak tu odesłać od drzwi wycieczkę niewidomych z RFN-u, którym ktoś opowiedział o muzeum, gdzie nikt nie zabrania dotykać rzeźb? Ludwig, jeśli tylko miał czas, sam oprowadzał gości, jeśli nie mógł, wyręczali go pracownicy kolekcji: Marcin Brykczyński, Wolfgang Reder i niżej podpisana.
Miałam wśród tych twórców swoich ulubieńców, których dzieła - wystarczy, żebym tylko zamknęła oczy - mam wciąż pod powiekami. Jak choćby fantastyczne ogrody Bazylego Albiczuka, który na białostockiej wsi wyhodował sobie wspaniałe ponadnaturalnej wielkości kwiaty ("One tak mi rosną - mówił - bo ja je kocham") i malował je o wszystkich porach dnia i roku.
Miałam też swoje ulubione historie do opowiadania. Jak na przykład tę o malarce naiwnej z Podkarpacia, którą skierowano na kurs malarstwa do domu kultury, gdzie dostała temat "Lenin". Zacukała się, bo choć znała wszystkich świętych i bezbłędnie odróżniała Jana Chrzciciela od Jana Nepomucena, o Leninie nigdy wcześniej nie słyszała. By wybrnąć, namalowała postać klęczącego mężczyzny o znanych wszystkim rysach i podpisała "Lenin modli się do Matki Boskiej".
W domu na Dąbrowieckiej poprzez sztukę, która jest wolnością, żyła i mówiła do tych, którzy mieli szczęście zwiedzać kolekcje Zimmerera, jakaś inna Polska, otwarta na piękno, nieskażona i nieprzemakalna na ideologię, zwrócona ku sprawom wiecznym i nieprzemijającym.
Kiedy zabrakło miejsca na ścianach, zagospodarowano sufity i podłogi. Można więc było, leżąc na dywanie, kontemplować jasne, wesołe pejzaże Marii Korsak albo odsłoniwszy dywan oglądać wietrzne, deszczowe krajobrazy z umieszczonych pod szkłem obrazów Władysławy Iwańskiej.
Malarze naiwni, malarze niedzielni, Nikiforzy z Bożej łaski, rzeźbiarze ludowi, świątkarze, schizofrenicy, szaleńcy, emeryci, którzy sięgnęli po pędzel lub dłuto u schyłku życia - wszyscy oni znaleźli w Zimmererze wdzięcznego wielbiciela i mądrego mecenasa. Niektórych odkrył osobiście, wielu pomagał, wszystkich inspirował swoim zainteresowaniem i przyjaźnią. Uważał się za kogoś w rodzaju ich "listonosza", którego zadaniem jest dostarczyć światu ich przesłanie: - Wielcy artyści i ich arcydzieła bronią się same - opowiadał gościom, oprowadzając ich po swoich zbiorach. - Inaczej jest z nieprofesjonalistami. Wielkość ich dzieła często widać dopiero w połączeniu z historią ich życia, cierpienia i marzeń.
Niemal każdy eksponat miał swoją historię i Zimmerer lubił je opowiadać. Wejścia do sutereny, gdzie kiedyś był garaż, ale samochód przegrał z rzeźbami i musiał wynieść się pod gołe niebo, strzegły dwa potężnej postury pingwiny na baczność (skrzydła po szwam) w czerwono-białych kamizelkach. Ich twórca rzeźbił wyłącznie ptaki, kiedy więc dostał zaproszenie, by wziąć udział w konkursie "wojsko polskie w sztuce ludowej", uznał, że organizatorzy wiedzą, co czynią. No więc przytaszczył osobiście swoje pingwiny w barwach narodowych i z generalskim otokiem na podstawce na konkurs i zdziwił się bardzo, kiedy odesłano go z kwitkiem - przecież pingwiny stały na baczność. Na szczęście wiedział o Zimmererze i tak pingwiny wylądowały na Dąbrowieckiej.
Raz w tygodniu był w kolekcji dzień otwarty dla zwiedzających, ale zdarzały się tygodnie, że dzień w dzień ktoś stukał do furtki, choć informacji o kolekcji nie było w żadnym przewodniku. Ale jak tu odesłać od drzwi wycieczkę niewidomych z RFN-u, którym ktoś opowiedział o muzeum, gdzie nikt nie zabrania dotykać rzeźb? Ludwig, jeśli tylko miał czas, sam oprowadzał gości, jeśli nie mógł, wyręczali go pracownicy kolekcji: Marcin Brykczyński, Wolfgang Reder i niżej podpisana.
Miałam wśród tych twórców swoich ulubieńców, których dzieła - wystarczy, żebym tylko zamknęła oczy - mam wciąż pod powiekami. Jak choćby fantastyczne ogrody Bazylego Albiczuka, który na białostockiej wsi wyhodował sobie wspaniałe ponadnaturalnej wielkości kwiaty ("One tak mi rosną - mówił - bo ja je kocham") i malował je o wszystkich porach dnia i roku.
Miałam też swoje ulubione historie do opowiadania. Jak na przykład tę o malarce naiwnej z Podkarpacia, którą skierowano na kurs malarstwa do domu kultury, gdzie dostała temat "Lenin". Zacukała się, bo choć znała wszystkich świętych i bezbłędnie odróżniała Jana Chrzciciela od Jana Nepomucena, o Leninie nigdy wcześniej nie słyszała. By wybrnąć, namalowała postać klęczącego mężczyzny o znanych wszystkim rysach i podpisała "Lenin modli się do Matki Boskiej".
W domu na Dąbrowieckiej poprzez sztukę, która jest wolnością, żyła i mówiła do tych, którzy mieli szczęście zwiedzać kolekcje Zimmerera, jakaś inna Polska, otwarta na piękno, nieskażona i nieprzemakalna na ideologię, zwrócona ku sprawom wiecznym i nieprzemijającym.
Przeczytaj więcej o kulturze w stolicy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]


