Przedwojenne królestwo fiołków i pomidorów

Jerzy S. Majewski
28.08.2009 aktualizacja: 2009-08-27 20:42
A A A Drukuj
Po wojnie i aresztowaniu Janusza Regulskiego do pałacu w Zarybiu dokwaterowano lokatorów komunalnych. Dziś to siedziba adwentystów Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
To bardziej pałac niż podkowiańska willa. Zarybie zbudował Janusz Regulski, przemysłowiec, entuzjasta techniki, a we wrześniu 1939 r. komendant Straży Obywatelskiej w oblężonej Warszawie.
- Dzień 1 września 1939 r. był piękny, słoneczny. I nagle na błękitnym niebie słychać warkot silników lotniczych. Bardzo wysoko leciały eskadry bombowców. Gdy od strony Warszawy usłyszeliśmy wystrzały artylerii przeciwlotniczej, szyk się rozsypał. Trzy z samolotów zakreśliły szeroki łuk. Nagle widzę, jak od jednego z nich oddzielają się czarne punkty. Staliśmy jak zaczarowani z głowami do góry. Ktoś zawołał: "To ulotki!". Chwilę potem słyszymy świst. W ostatnim momencie wpadamy do domu. Wtedy nastąpiła eksplozja. Już w drzwiach poczułem silne pchnięcie od podmuchu bomby - wspomina prof. Jerzy Regulski, syn Janusza, który miał wtedy 15 lat, a po 1989 r. był współtwórcą odrodzonego samorządu.

Gruchnął w trzy baby

„O 50 kroków od nas, w nasze srebrne świerki w ogrodzie, padły pierwsze bomby. (...) Przed oczami wytrysnęła fontanna ziemi, ognia i dymu. Nasi domownicy zbiegli się do hallu. Jurek ma powierzoną opiekę nad starszymi. Słyszę, jak wydaje komendę: »Wszyscy do schronu! «. Schronu nie ma, ale jest piwnica. Starzy i dzieci biegną do piwnicy. Czuć nieznajome zapachy. Jurek krzyczy: »Maski założyć! Czuć czosnek - iperyt! «. Wszyscy w pośpiechu nerwowo zakładają maski. (...) Za oknami coraz to nowe wybuchy bomb. Wreszcie wszystko ucisza się. Można wyjść z piwnicy. Jurek dyryguje: »Zdjąć maski! «. Matka moja jest koloru fiołkowego. Ojciec okazuje jej troskliwe zainteresowanie. (...) Wykonała bardzo dokładnie dyspozycje Jurka. Ale nie było komendy, aby odkręcić zakrętkę dopuszczającą powietrze, wiec nie otworzyła jej i po prostu dusiła się” - pisała w „Dzienniku oblężonej Warszawy” żona Janusza Regulskiego Halina.

1 września kilka bomb spadło na Zarybie. Kilka innych na Podkowę Leśną. - Sądziliśmy, że uwagę niemieckich lotników przyciągnęły dachy naszych szklarni - wspomina profesor. Mieszkańcy Podkowy, bojąc się dalszych nalotów, kazali Regulskim przykryć szklane dachy, ale szybko się okazało, że niemieccy lotnicy atakowali też ludzi pracujących na polach. Wspomina o tym Halina Regulska, a Jarosław Iwaszkiewicz mieszkający po drugiej stronie Podkowy Leśnej notował 3 września: „Stara Dworakowska kopała przedwczoraj kartofle. Opowiada: »Jak on zobaczył nas trzy baby i wóz kartofli, tak zaraz zawrócił i gruchnął tę bombę w nas «”.

Regulscy, którzy mieli kamienicę w al. Przyjaciół, do Warszawy wrócili 4 września. W Zarybiu została część najstarszych członków rodziny. Dzień później Janusz Regulski na prośbę prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego zaczął tworzenie Straży Obywatelskiej. Został jej komendantem.

Z małych domków pałac

Janusz Regulski był postacią nietuzinkową. Urodzony w 1887 r., jeszcze przed pierwszą wojną światową, studiował w Liege, potem w Hamburgu podjął pracę w koncernie AEG jako paker. Szybko awansował. Kiedy miał 25 lat, był już dyrektorem oddziału AEG w Łodzi. Gdy zaś wybuchła pierwsza wojna światowa, walczył w armii rosyjskiej, potem znalazł się w I Korpusie Polskim w Rosji (dowborczykach), aresztowany przez bolszewików cudem uniknął śmierci. Wrócił do Łodzi i podjął pracę w Siemensie, zaś w 1918 r. został współzałożycielem Siły i Światła - jednego z największych koncernów międzywojennej Polski. To właśnie Siła i Światło budowała Elektryczną Kolejkę Dojazdową (dzisiejsze WKD) i uczestniczyła w zakładaniu miasta ogrodu Podkowa Leśna w 1925 r. Dom na Zarybiu już wtedy stał.

- Zaczęło się skromnie. W 1923 r. ojciec kupił pół hektara ziemi we wsi Żółwin, na granicy lasu należącego do Lilpopa. Stały tu dwa małe domki z zabudowaniami gospodarczymi - opowiada prof. Jerzy Regulski.

Jego ojciec był entuzjastą postępu i chciał urządzić wzorcowe gospodarstwo ogrodnicze. Skupował działki w różnych miejscach Żółwina, a potem doprowadził do ich komasacji. Półhektarowa posesja zamieniła się w 40-hektarowy ogród z pięknymi zabudowaniami gospodarczymi.

Do pierwszej przebudowy doszło w latach 1924-25. Dwa małe domki zamieniły się w jeden duży. - Urodziłem w tak rozbudowanym domu, a do metryki jako miejsce urodzenia wpisano mi Zarybie, miejscowość, która nigdy nie istniała - śmieje się prof. Regulski.

Kolejna przebudowę, tym razem już na prawdziwy pałac, przeprowadzono w latach 1928-29. Projekt sporządził architekt Juliusz Dzierżanowski. Neobarokowa budowla o rozłożystych skrzydłach i łamanym dachu krytym dachówką była zapewne jednym z ostatnich pałaców o tradycyjnej architekturze wzniesionych w okolicach Warszawy w XX wieku. W kartuszu zdobiącym fasadę znalazł się herb rodzinny Regulskich Ciołek - ten sam, którym pieczętował się król Stanisław August Poniatowski. Podtrzymują go dwa pucołowate anioły.

W bezpośrednim sąsiedztwie pałacu założono park francuski z parterami i klombami. Zaprojektował go Leon Danielewicz, twórca m.in. warszawskich parków Traugutta w pobliżu Nowego Miasta i Żeromskiego na Żoliborzu.

W garażu bugatti

Jerzy Regulski ze ściany swego mieszkania zdejmuje fotografię lotniczą z 1930 r. Widać na niej pałac w Zarybiu otoczony świeżo wytyczonym ogrodem i rozległym gospodarstwem ogrodniczym. Widać też efektowne budynki gospodarcze stojące z prawej strony posesji, prostopadle do siedziby.

- Ojciec wyspecjalizował się w produkcji wczesnych pomidorów i fiołków alpejskich. To było jednak raczej hobby. Dokładał do interesu, bo fascynacja techniką kazała mu wciąż kupować nowe maszyny i stosować najnowsze technologie - wspomina Jerzy Regulski.

Wnętrze pałacu wypełniał obszerny hol z bilardem oraz mnóstwo myśliwskich trofeów właściciela, wśród których nie brakowało skór niedźwiedzi. - Ojciec jeździł na polowania. Z samochodowej wyprawy z matką do Maroka przywieźli mnóstwo orientalnych poduszek, pufów i tkanin. To wszystko znalazło się w pokoju marokańskim znajdującym się na wprost wejścia na parterze - opowiada prof. Regulski. Przypomina też sobie inne wnętrza. Dużą jadalnię na parterze o dwóch stołach i meblach w stylu art déco oraz z dwoma kredensami pełnymi szkieł zwożonych z Europy. Dalej dużą kuchnię, pokój kredensowy i pokoje dla służby.

Pomieszczenia wypełniały też puchary z rajdów samochodowych. Regulski był nie tylko prezesem Automobilklubu Polskiego, ale też wraz z żoną zapalonym automobilistą i uczestnikiem rajdów. W Zarybiu stało zawsze kilka samochodów, m.in. bugatti.

Po Niemcach władza ludowa

We wrześniu 1939 r., gdy Niemcy dotarli na przedpola Warszawy, 120 żołnierzy zajęło dom na Zarybiu. - Przez miesiąc kompletnie go rozgrabili i zdewastowali - opowiada prof. Regulski. "Zabrali wszystko, co dało się wynieść i wywieść. Pościel, bieliznę, meble, dywany, obrazy. To, czego nie zabrali, jak np. brązowe ciężkie kandelabry, porozbijali i połamane leżą na ziemi. W piwnicy szukali alkoholu. Ale na szczęście wino wypiliśmy podczas oblężenia i tam znaleźli tylko butelki z pomidorami. (...) Porozbijali je o drzewa w ogrodzie" - notowała 6 października Halina Regulska. I dodawała: "Myślałam dawniej, że tego rodzaju przyjemności (niszczenia dla przyjemności) istnieją tylko u narodów prymitywnych".

Regulscy wrócili na stałe do Zarybia w 1942 r., kiedy zostali wyrzuceni przez Niemców z domu w al. Przyjaciół. Cały teren rezydencji wraz z lasem i gospodarstwem rolniczo-hodowlanym, szklarniami i mleczarnią zajmował ok. 40 hektarów. Dziś do kompletnie przebudowanych wnętrz budynku nie warto nawet zaglądać, a park oszpecony jest betonowymi klockami z czasów PRL. Tu ukrywali się m.in. cichociemni, tu spotkania odbywał gen. Okulicki, a od sierpnia 1944 r. dom pękał w szwach od uchodźców z powstańczej Warszawy.

Po wojnie w 1948 r. Janusza Regulskiego aresztowało UB. - Już wcześniej mieliśmy ostrzeżenia, że władze uważają ojca za człowieka niebezpiecznego dla ustroju. Po latach ktoś przyniósł mi wycinek z zeznaniami, w których oskarżony w innym procesie zeznał, że w Zarybiu spotykał się gen. Okulicki - opowiada prof. Jerzy Regulski, którego też wkrótce po wojnie na kilka miesięcy aresztowało UB.

Wtedy do domu w Zarybiu władze dokwaterowały lokatorów komunalnych - po rodzinie na pokój. Dom popadł w ruinę. Gospodarstwo upadło. W 1957 r. Regulski wyszedł z więzienia. Został zrehabilitowany. - Z powodu bałagan władze nie zmieniły statusu własnościowego posesji, ale nie byliśmy w stanie jej utrzymać. Sprzedaliśmy ją w 1959 r. Nie było to łatwe, bo trzeba było znaleźć mieszkania zastępcze dla lokatorów. Nowym właścicielem został Kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Dziś w odremontowanym budynku mieści się rektorat i biblioteka Wyższej Szkoły Teologiczno-Humanistycznej prowadzonej przez adwentystów.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się