Concordia - luksusy pod okiem Niemców

Jerzy S. Majewski
16.10.2009 aktualizacja: 2009-10-15 20:18
A A A Drukuj
Kamienica przy ul. Narbutta 17 Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Ceny mieszkań w domu spółdzielni Concordia na Mokotowie były wysokie. 186-metrowy lokal kosztował 50 tys zł. Jednak w środku antresole, nowoczesne zsypy i kuchenki gazowe
Z okien budynku usytuowanego u zbiegu ulicy Narbutta i Łomnickiej (dziś św. Szczepana) przed 1939 r. rozpościerał się piękny widok. Po drugiej stronie ulicy ciągnął się sad sąsiadujący z willą Hiszpańskich. Gdy kwitły w nim drzewa, czuło się wiosnę. Jesienią kolorowe liście tworzyły barwne kompozycje. Dziś po sadzie nie ma śladu. W jego miejscu znajduje się podjazd na parking przez wieżowcami mieszczącymi ambasady egzotycznych krajów.

Dom Concordii przetrwał jednak. Jak w wielu budynkach realizowanych przed wojną dla spółdzielni zakładanych przez urzędniczą inteligencję do dziś mieszkają w nim potomkowie pierwszych lokatorów.

Nowoczesność umiarkowana

Jak dowiadujemy się od mieszkanki domu pani Ireny Scholl - akt erekcyjny pod budowę wmurowany został 6 kwietnia 1930 r. Poświęcenia dokonał ksiądz Karol Bliziński, a w uroczystości uczestniczyli przedstawiciele władz banku Polskiego i Banku Gospodarstwa Krajowego. Kamień węgielny kładła nastolatka, Vera Lampe, córka przyszłego mieszkańca domu Karola Emila Lampego. Jak pisze badacz architektury warszawskiej Jarosław Zieliński - już wcześniej u zbiegu Narbutta i Łomnickiej kamienicę zaczęła stawiać Stefania Radomska. Działkę z rozgrzebaną budową sprzedała spółdzielni, która dokończyła realizację.

Projektantem budynku był dziś już zapomniany architekt Henryk Wąsowicz, współautor, z Juliuszem Kłosem i Stanisławem Bukowskim, prac prowadzonych do 1939 r. przy renowacji katedry w Wilnie. Architektura budynku przy Narbutta nie była nowatorska, choć współczesna, utrzymana w duchu umiarkowanego modernizmu zrywającego z obowiązującą w latach 20. stylistyką narodowego historyzmu. Paweł Wąsowski na łamach ubiegłorocznego "Kwartalnika Architektury i Urbanistyki" zwrócił uwagę na to, że międzywojenna architektura małych spółdzielni budowlano-mieszkaniowych zarówno w dziedzinie planów, rozwiązań funkcjonalnych, jak i estetyki rozpięta była między nowoczesnością a tradycją. Była czymś pośrednim pomiędzy modelem kamienicy z przełomu XIX i XX w. a typem domu modernistycznego.

Irena Scholl skrupulatnie spisała fakty związane z budową domu. Prace prowadziła łódzka firma Paweł Holc i spółka. - To dlatego, że Holc zaproponował zdecydowanie konkurencyjną cenę. O jakości robót najlepiej świadczy wojenna historia kamienicy. Mury i klatki schodowe przetrwały, choć podczas Powstania Warszawskiego, Niemcy palili dom miotaczami ognia. Spłonęły tylko wnętrza mieszkań, i to nie całkiem, a część instalacji funkcjonuje do dziś. Niektórzy posiadacze starych kaloryferów wcale nie zamierzają ich wymieniać, a część spośród tych, którzy to zrobili, żałuje - mówi Irena Scholl.

Budynek ma pięć pięter i bramę wjazdową na podwórko od strony ulicy Narbutta. Pośrodku głównej klatki schodowej, do której wejście wiedzie z bramy, znalazła się winda umieszczona w szybie z metalowej siatki. Jak dowiadujemy się od pani Ireny Scholl, w kamienicy znajdowały się 24 mieszkania. Największe miały ponad 200 metrów, a przeciętna powierzchnia pokoju to blisko 30 m kw.

Zsypy i pawlacze na skrytki

Ceny mieszkań były wysokie. 186-metrowy lokal kosztował 50 tys zł. - W owych czasach za taką kwotę można było na dalekim Mokotowie wybudować lub kupić elegancką willę z ogrodem - mówi pani Scholl. Nic dziwnego, że właścicielami mieszkań byli z reguły wyżsi urzędnicy Banku Polskiego, głównie prawnicy, którym Bank Gospodarstwa Krajowego chętnie udzielał kredytu. Wspólnie z architektem mogli zaprojektować elementy wyposażenia mieszkań. Powszechne były antresole czy też pawlacze w korytarzach lub nad drzwiami pokoi. - Służyły niekiedy dziwnym celom. Na przykład podczas okupacji tancerka Danuta Kwapiszewska, aby przeczekać "wizytę" Niemców, wskakiwała do antresoli i zwinięta w kłębek przeczekiwała, aż sobie pójdą. Gdy było na to za późno, matka wpychała ją do kredensu - słyszymy.

Synonimem nowoczesności były zsypy na śmieci z otworami umieszczonymi w kuchniach. Irena Scholl opowiada: - Otwór na śmieci był zamykany żeliwnymi, pomalowanymi na srebrno drzwiczkami, a jego ściany pokryto ceramiczną wykładziną. Zsypy były w latach 30. dosłownie na ustach wszystkich - śpiewano o nich piosenki... Podczas okupacji pełniły funkcję alarmowych sygnalizatorów. Gdy w budynku pojawiali się Niemcy, pierwszy, kto ich spostrzegł, walił w drzwiczki zsypu i wówczas mieszkańcy udawali, że ich nie ma w domu.

Żyrandol przetrwał powstanie

Irena Scholl wymienia niektórych mieszkańców domu: Jan Zarzycki, którego żona Józefa była ozdobą kamienicy. Podobna do Marleny Dietrych nie wchodziła w bramę, ale wkraczała płynnym, tanecznym krokiem. Gdy się pojawiała, milkły rozmowy. Nikt więc się nie dziwił, że przed laty zdobyła tytuł Wicemiss Polonia.

Zofia Łowieniecka nazywana ciocią Zosią urządzała dla dzieci z kamienicy z różnych okazji słodkie przyjęcia. Pracowała jako prawniczka w Banku Polskim, była też dobrą pianistką.

Kazimierz Kobylański był współwłaścicielem firmy Gerlach produkującej m.in. żyletki. „Antyreklamę ojcu robił syn Janek, który ułożył i chętnie powtarzał wierszyk: »Żyletki Gerlacha, zardzewiała blacha, kto się nimi goli, tego gęba boli «”.

Lokatorem budynku był też Władysław Jaszczołd pełniący w latach 1933-35 funkcję wojewody wileńskiego. Pani Scholl wspomina też Jerzego Łęczyckiego, Jana Pruskiego, Franciszka Wikoszewskiego nazywanego przez dzieci wujciem, Konstantego M. Wojtaszczyka.

Tutaj też zamieszkali rodzice pani Ireny Scholl - Ludwik Sander z żoną Cecylią. - Moja matka dała się poznać jako osoba praktyczna i przewidująca: szpilką do włosów wydłubała kit, którym posadzkarze zapychali szpary między klepkami. W efekcie musieli rozebrać podłogę i ułożyć od nowa. Dzięki tej superkontroli na całym Górnym Mokotowie nie było piękniejszych podłóg - przekonuje.

Ludwik Sander był naczelnikiem wydziału administracyjnego Banku Polskiego. W ich mieszkaniu wspaniała była nie tylko podłoga, ale i meble. Ponoć Maurycy Potocki (syn osławionego Gucia) popadł w długi i na aukcji wyprzedawał część wyposażenia pałacu w Jabłonie. Meble i wielki żyrandol kupił Ludwik Sander i przewiózł je do mieszkania na Mokotowie. - Ten żyrandol przetrwał nawet pożar kamienicy po Powstaniu Warszawskim. Dopiero po wyzwoleniu skradli go szabrownicy - mówi.

Przekupni Niemcy

W czasie okupacji Niemcy zamierzali przejąć budynek, aby ulokować w nim personel lazaretów i urzędów niemieckich. Mieszkańców kamienicy uratował ponoć dozorca Stefan Wiśniewski, który w wyjątkowo chłodną jesień 1939 r. uszkodził piec centralnego ogrzewania. Potem w palenisku pieca ukryty został radioodbiornik, przez który wtajemniczeni mieszkańcy słuchali wiadomości z Londynu.

Niemiecki kwaterunek wydał jednak nakaz opuszczenia w ciągu 24 godzin przez właścicieli kilku mieszkań. Mieli je teraz zająć Niemcy lub volksdeutsche. Okupanci byli jednak przekupni. - Volksdeutschka Klutsch wzięła od pani Szebeko "górala" (okupacyjny banknot 500 zł) za pozostawienie jej w mieszkaniu.

Tego rodzaju transakcje kończyły się na wpakowaniu Niemców do kilku zarekwirowanych pokoi w każdym z owych mieszkań. Resztę mogli zajmować Polacy. Niesamowite, że tuż obok Niemców prowadzono działalność konspiracyjną i ukrywano Żydów.

- W naszym mieszkaniu zamieszkiwali: niemiecka urzędniczka zatrudniona na poczcie, osiłek - volksdeutsch Szweikert, kompletny prymityw oraz ukrywająca się sublokatorka Zofia Nowicka z polsko-żydowskiej, arystokratycznej rodziny. A na dodatek - w pokoju służbowym i w kuchni - produkowane było mydło toaletowe Olimpijskie, za co groziła kara śmierci - mówi Irena Scholl. Wytwórnię prowadził chemik Bronisław Sikorski. Szweikert wykonywał najcięższe prace, przy wytapianiu ługu w ogromnym kotle. - Wolał zarobić, niż donieść na producenta mydła - twierdzi pani Scholl.

W mieszkaniu pod numerem 13., tuż pod okiem Niemców, którzy zajmowali tam dwa pokoje, ukrywał się z żoną prof. Wacław Fajans, przed wojna prezes SGH i Banku Związku Spółek Zarobkowych.

Mieszkańcami domu przy Narbutta 17 była inteligencja - konsekwentnie eksterminowana przez okupantów. Aż dziewięciu mieszkańców kamienicy zginęło w obozach koncentracyjnych: Stanisław Chrostowski, Ludwik Grzeniewski, Stefan Lewandowski, Jan Pruski, Ludwik Sander, Franciszek Sokoliński, Czesława Szudek, Stefan Wiśniewski i Konstanty Wojtaszczyk. Z kolei trzech młodych ludzi - Stefan Jan Lewandowski, Tadeusz Łęczycki i Zbigniew Zieliński poległo w walce w Powstaniu Warszawskim.

17 sierpnia Niemcy wyrzucili resztę mieszkańców z domu i podpalili go. Żelbetowe stropy sprawiły jednak, że budynek przetrwał.

Jego powojenne dzieje to temat na odrębny artykuł. Szybciej od przedwojennych mieszkańców dotarli tu szabrownicy. Niebawem wiele mieszkań zajęli dzicy lokatorzy z przedwojennych "pekinów" przy Kwiatowej i Madalińskiego. 24 przedwojenne mieszkania zamieniono na sto nowych. Luksusowy budynek zamienił się w slums. - Awantury i bijatyki były na porządku dziennym. Kiedyś podczas rodzinnej imprezy siostrzeniec zadźgał ciocię nożem. Nie było to jedyne morderstwo - wspomina pani Scholl.

Spółdzielnia Concordia wskrzeszona została dopiero po 1989 r. Podzielone mieszkania zaczęto scalać i dziś dom powoli wraca do dawnej świetności.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się