Stefan Elek - Węgier, który wybrał Polskę

Jerzy S. Majewski
21.11.2009 aktualizacja: 2009-11-20 20:32
A A A Drukuj
Stefan Elek, Ogród Oliwski w Gdańsku Fot. Renata Dabrowska / Agencja Gazeta
Geodeci wbili słupek w środku stodoły. Wytłumaczyli, że teraz w naszej stodole na mocy postanowienia w Wersalu schodzić się mają granice Węgier, Jugosławii i Rumunii - wspomina Stefan Elek, Węgier z urodzenia, Polak z wyboru. Wielka polityka nieraz wywracała jego losy
O parku w Oliwie Stefan Elek może opowiadać godzinami. Zna każde drzewo. Lubi patrzeć na wielką aleję grabową, która zdaje się biec w nieskończoność. - Morze widoczne na jej końcu zlewa się z linią horyzontu. Widać je dopiero wtedy, gdy w perspektywie pojawi się statek - mówi Elek, który przez 47 lat pracował przy rekonstrukcji parku.

Przybył do Polski w 1944 r. jako węgierski żołnierz, sojusznik Hitlera. Był w Warszawie ogarniętej Powstaniem, a gdy uciekał z sowieckiej niewoli, pomogli mu Kaszubi. Zakochał się w Polce, ożenił i został. Nikt by mu nie dał 92 lat. Opowiada o szczęściu, które go nie opuszczało, o przyjaźni polsko-węgierskiej. W czasie wojny nieraz ocaliła mu życie.

Nagyzsám, Banat 1920

Gdy Elek ma niespełna trzy lata, na polu jego dziadka w Nagyzsám, kilkadziesiąt kilometrów od Szegedu, pojawiają się geodeci. - Kazali opróżnić stodołę. W środku wbili słupek. Wytłumaczyli dziadkowi, że według pomiarów to w naszej stodole na mocy postanowienia w Wersalu schodzić się mają granice Węgier, Jugosławii i Rumunii - opowiada.

Staje się uchodźcą. Z rodziną wyjeżdża do Budapesztu. W wyniku traktatu podpisanego w Wersalu od Korony Węgierskiej odpadła większość ziem. Elek nie opłakuje swego losu. Jego ojcu dobrze się wiodło. Wykształcony rolniczo w Anglii administrował wielkimi majątkami ziemskimi, m.in. 25 tys. ha na wschodzie kraju. Elek: - Tam spędziłem dzieciństwo. Mieszkaliśmy we dworze, a gdy skończyłem osiem lat, przemierzałem te 25 tys. ha konno.

KótPuszta, Siedmiogród 1941

Europa płonie, a Węgry wciąż zdają się oazą spokoju. Choć są sojusznikiem Hitlera, mają poprawne stosunki z Ameryką i Anglią. Elek kończy akademię rolniczą. Ma 24 lata. Po okazyjnej cenie wydzierżawia 12 ha od opactwa w Nagyvarád (dziś Oradea). - Pierwszy raz widziałem, jakim biznesem jest wojna. Niemcom i Włochom sprzedawaliśmy ogromne ilości żywności. Niedaleko Niemcy mieli suszarnię. Kontraktowali w każdej ilości moje warzywa. Zbijali na tym kokosy, ale i mnie nieźle się wiodło. Wydzierżawiłem pałacyk, przyjmowałem gości, miałem pieniądze. Wojna była daleka i nierealna - wspomina.

W 1941 r. wojna jednak dociera do Węgier. Hitler zmusił władze do wysłania żołnierzy na wojnę ze Związkiem Radzieckim.

Budapeszt, marzec 1944

Na początku 1944 r. Niemcy w sposób "pokojowy" zajęli "neutralne" Węgry. Zaczęły się wywózki Żydów, prześladowania polskich uchodźców, dziennikarzy, opozycji. Najlepsze jednostki wojskowe wysyłane były na front wschodni. - 27 marca mój świat się rozpadł. Otrzymałem rozkaz stawienia się w 4. Pułku Huzarów im. Andrása Hadika, w którym służyłem po maturze - wspomina Elek. - Prowadzenie gospodarstwa powierzyłem sąsiadowi. Nie sądziłem, że nigdy tam nie wrócę.

W koszarach dostaje pięknego czarnego konia. Dwa tygodnie później jest już daleko od kraju. - Zapakowali nas do wagonów i wysłali na Polesie, na bagna - opowiada. - Niemcy uważali, że w podmokłym terenie kawaleria ma większe możliwości niż wojska zmechanizowane.

Polesie, kwiecień 1944

Na bagnach nie ma jak uciekać. Gdy nad drogą pojawia się sowiecki kukuruźnik, człowiek może rzucić się w moczary, ale bez konia, boby utonął. Niemcy wydają huzarom rozkaz rozbrojenia partyzantów. - To było utopijne, bo oni znali każdą ścieżkę - opowiada Elek. - My nie rozróżnialiśmy nawet partyzantki radzieckiej od polskiej.

Mają dużo szczęścia. Natykają się na Polaków. Między AK a Węgrami od chwili ich wkroczenia na teren Galicji latem 1941 r. panuje rozejm. Elek: - Nawet tu działał cud przyjaźni polsko-węgierskiej. Niby byliśmy sojusznikami Niemców, ale przyjaźniliśmy się z Polakami.

Zamiast walczyć z polskimi partyzantami, ratują rannych. Odstawiają ich do niemieckiego szpitala polowego, podleczonych zabierają z powrotem na bagna.

Justynów, Podlasie, lipiec 1944

Elek: - Od lipca 1944 r. wyłącznie się cofamy. Pierwszy postój na lewym brzegu Bugu we wsi Justynów k. Białej Podlaskiej.

Wieczorem przychodzi sołtys z prośbą o pomoc. Partyzanci mieli tu potyczkę z Niemcami. Kilku z nich poległo. Mieszkańcy dostali wiadomość, że Niemcy w odwecie spacyfikują wieś. - Dowódca krzyczał, że nie chce o niczym słyszeć. Wtedy nasz podoficer Peter Dobokos krzyknął: "Robi się!" - opowiada Elek. - Byłem przeciwny. Bałem się, że wyrżną nas za bunt przeciw sojusznikowi.

W rogach wsi ustawiają stanowiska karabinów maszynowych. O trzeciej nad ranem słyszą warkot ciężarówek. 200 metrów przed wioską auta się zatrzymują. - Ogień naszych karabinów ich zaskoczył. Odjechali. Musieli sobie zdawać sprawę, że mają przed sobą wojsko - mówi Elek.

Cztery godziny Węgrzy też ruszają ze wsi. Idą na zachód obok kolumn niemieckich. Elek: - Drżeliśmy, że nas rozpoznają, ale Dobokos przekonywał: "Nie ma się co obawiać. Niemcy ucieczką nie będą się chwalić".

Podziel się