Asfalt i gęsie wątróbki na Handlowej

Jerzy S. Majewski
08.01.2010 aktualizacja: 2010-01-07 20:26
A A A Drukuj
Handlowa dziś. Bloki i nieliczne stare domki Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
Nad przedwojenną ulicą Handlową na Targówku rozbrzmiewał jazgot gęsi. Unosił się też ostry zapach smoły i lepiku.
W granicach dzisiejszej Warszawy przed wojną znajdowały się co najmniej dwie ulice Handlowe. Pierwsza w Falenicy, druga na Targówku. Handlowa falenicka była zabudowana kamieniczkami i drewnianymi domami czynszowymi. Pełna była sklepów, szyldów i ruchu, kojarząc się nieco z Schulzowską ulicą Krokodyli. Ta na Targówku - między Radzymińską a Stojanowską - miała charakter proletariacko-przemysłowy. Tu znajdowała się największa warszawska tuczarnia i ubojnia drobiu, spora fabryka papy i lepiku oraz warsztaty kolejowe. Dziś ulica ma kształt napiętego łuku i biegnie między blokami, trawnikami, dużymi parkingami oraz boiskiem. Przed wojną była prosta, zabudowana parterowymi drewniakami, małymi murowańcami i budynkami fabrycznymi.

Drób w konserwie

- Jedna duża gęś z powodzeniem wystarczy do nakarmienia ośmiu osób. Po wyjęciu podrobów, opłukaniu, osuszeniu i natarciu przyprawami odstawia się ją na godzinę przed pieczeniem. Potem już nafaszerowaną nadzieniem trzeba piec przez prawie trzy godziny, nie zapominając o jej polewaniu tłuszczem z drobiu i skraplaniu wodą - radzi pani Róża. I rozmarza się. - Ach, jak taka gęś pachnie, a jak smakuje z borówkami!

W przedwojennej Warszawie gęś była ważną potrawą na stołach żydowskich domów. Najwytrawniejsi smakosze chętnie odwiedzali też wtedy żydowskie restauracje w rodzaju Herszfinkla w Pasażu Simonsa przy Długiej, gdzie do pejsachówki podawano gęsie skwarki. Z kolei, jak opowiadał Władysław Płachciński (w książce Wiesława Wiernickiego "Wspomnienia o warszawskich knajpach"), gdy w restauracji braci Hirszfeldów przy Bielańskiej zamówił kaczkę, na okazałym półmisku postawiono przed nim całą, nierozebraną na części. Kiedy zapytał kelnera, jak ma się do niej zabrać, ten odpowiedział mu: "Jak ja bym dał któremuś z gości kaczkę podzieloną, to on by mi zaraz powiedział, że on płaci za całą kaczkę, a nie za kawałki. On musi wiedzieć, że w niej nic nie brakuje".

Skąd docierał drób do warszawskich restauracji i na stoły mieszczańskich domów? Zapewne część kupowana była na targowiskach takich jak to na pl. Mirowskim, gdzie wiejskie kobieciny taszczyły za pazuchą żywego gąsiora. Gdy nie udało się go sprzedać, wracał do domu, a wyrok nad nim był odroczony. Jednak w drugiej połowie lat 30. XX w. to nie bazar, lecz Towarzystwo Przemysłowo-Handlowe "Poldrób" prowadzone przez braci Gothelf stało się potentatem na rynku poszukiwanych przez smakoszów gęsich wątróbek i konserw drobiowych.

Nie tylko gęsi

Tuczarnia przy Handlowej zajmowała kilka placów po parzystej stronie ulicy i nosiła wspólny adres od numeru 8. Zapewne nie wyglądała pięknie. Zapewne też nie pachniała, zaś po drugiej stronie ulicy ciągnęły się drewniane domy mieszkalne dla pracowników. "Firma Poldrób i jej dział konserw na ul. Ceglanej 14 [dziś Pereca - J.S.M..] rzeczywiście nie zajmowała się produkcją perfum i niewątpliwie mieszkanie w pobliżu tuczarni drobiu, tak samo jak mieszkanie w pobliżu wielu obiektów przemysłowych i nie skanalizowanych nie należało do przyjemności" - pisał w 1992 r. w liście z Nowego Jorku dawny współwłaściciel firmy Jakub Gothelf.

Jak wspominał, firma powstała w pierwszych latach XX w. Nie była to ubojnia rytualna, jak się niekiedy pisze, ale wielki i stale unowocześniany zakład przemysłowy. Tuż przed wojną Poldrób mający też biura przy Karmelickiej na Muranowie zatrudniał 700 osób. Przy Handlowej głównie mieszkańców Targówka. "Pracowników wyznania mojżeszowego mieliśmy nie więcej jak 30" - twierdził Gothelf.

W końcu lat 30. firma wyposażona w urządzenia do produkcji konserw stała się potentatem eksportowym. "Eksportowaliśmy żywy i mrożony drób do wielu krajów całego świata. Roczna wartość eksportu przekraczała 5 mln ówczesnych dolarów - dziś równowartość co najmniej 50 mln dolarów" - czytamy w liście.

Gęsi pakowano do dużych, pięciokilogramowych puszek przypominających te z szynką. I to właśnie szynka stała się hitem eksportowym Poldrobu. Jej głównym odbiorcą była Ameryka. Produkcję konserw nadzorował Kryłow, były kucharz cara Mikołaja II. "Szynki wysyłane na eksport do USA, Anglii itd. pakowane były pod kierunkiem pana Wodkowskiego i jego zastępcy Lewandowskiego" - wspominał Jakub Gothelf i dodawał, że znaczną część załogi stanowili członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej. Mimo to jego zdaniem w firmie prawie nigdy nie dochodziło do strajków.

Wagoniki nie dla kolejki

Bliżej Radzymińskiej przy Handlowej 5 czworobok ceglanych budynków mieścił fabrykę papy i lepiku Gudronit należącą do Wł. Ciszewskiego. Tak pisał o niej Jerzy Kasprzycki w książce "Korzenie Miasta": "Gudronit, to rewelacyjna na początku XX w. masa smołowcowa do uszczelniania nawierzchni ulic i pokrycia dachów wymyślona w Niemczech i wprowadzona do Rosji wraz z jej prowincjami". Jednak na łamach miesięcznika "Architektura i Budownictwo" z lipca 1927 r. czytamy, że Gudronit będący mieszaniną węglowodorów wymyślił właśnie Wł. Ciszewski. "Jest to preparat o bardzo silnych właściwościach bakteriobójczych mający ponadto właściwości silnego przenikania drewna". Być może zatem na Handlowej wytwarzano zarówno lepik do uszczelniania ulic, jak i środki grzybobójcze do drewna pod wspólną nazwą Gudronit. Dodajmy jeszcze, że do produkcji asfaltu i papy używano gudronu będącego pozostałością po destylacji próżniowej mazutu.

Fabryka, której biuro handlowe znajdowało się przy Krakowskim Przedmieściu, w reklamach oferowała osuszanie i wentylowanie wilgotnych pomieszczeń, niszczenie zagrzybionych powierzchni drewnianych, krycie dachów papą gudronitową. Z powodzeniem działała jeszcze w czasie okupacji. Ok. 1942 r. wybuchł w niej duży pożar. Resztki zakładu dotrwały aż do lat 70.

Tuczarnia i Gudronit nie były jedynymi fabrykami przy Handlowej. Po stronie parzystej stały tu też wzniesione z czerwonej cegły budynki warsztatów kolejowych czy raczej kolejkowych pod firmą "Wolwis". Jak pisał Bogdan Pokropiński (autor książek o warszawskich wąskotorówkach) w liście do Jerzego Kasprzyckiego, firma powstała w latach 20. XX w. Założyli ją inżynierowie Wolski i Wiśniewski. Remontowano tu tabor kolejek wąskotorowych o rozstawie kół 600 mm. Takie kolejki były często wykorzystywane na różnych budowach. Przy Handlowej naprawiono głównie wózki kolebowe, szyny patentowe, parowozy wąskotorowe i ich kotły, przywożone tu na dużych platformach konnych. Zdaniem Pokropińskiego obiegowa opinia o tym, jakoby w warsztatach na Targówku remontowano też wagoniki i parowozy kolejki mareckiej, są nieprawdziwe. Kolejka, której tory biegły w pobliżu wzdłuż Radzymińskiej, miała bowiem własne warsztaty. Najpierw w Drewnicy, potem, po ich zniszczeniu w 1944 r., przeniesione na stację Warszawa-Stalowa.

Po wojnie Targówek był uważany za jedną z najbiedniejszych dzielnic Warszawy. Wszystko zmieniło się tu w latach 70., gdy podjęto budowę ogromnego osiedla mieszkaniowego. Takie ulice jak dawna Handlowa właściwie przestały istnieć. Z jej przedwojennej zabudowy prawie nic nie ocalało. Za to w trakcie wznoszenia bloków zdaniem Jerzego Kasprzyckiego budowlańcy przypomnieli sobie o fabryce asfaltu i lepiku. Jak pisał, w okolicach Radzymińskiej robotnicy znaleźli na głębokości fundamentowej pokłady masy smołowej o lepkiej konsystencji, która długo wydzielała się z gruntu pod naciskiem budynku.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się