Garbarze na Powązkach z dziada pradziada
22.01.2010
aktualizacja: 2010-01-21 19:24
Piotr Weigle pokazuje reklamówkę garbarni założonej przez jego dziadka. To skórzana packa na muchy z logo firmy, konturem Zamku Królewskiego i kolumny Zygmunta.
ZOBACZ TAKŻE
- Ależ ta baba się nie rozwija - Warszawa Nieodbudowana (05-02-10, 15:00)
- Coś dla marynarzy i przedwojennych gospodyń (19-02-10, 15:00)
- W mieszkaniu pana Puchatka przy Elektoralnej (29-01-10, 15:00)
- Dziś dzień Pamięci o Holocauście (27-01-10, 11:00)
- Przez cztery lata bronili bezwartościowych ruin (26-01-10, 11:00)
- Polak z Niemcem w rodowodzie - nowa wystawa w DSH (26-01-10, 10:00)
- Hieny cmentarne atakują. Znów kradzież na Powązkach (26-01-10, 11:00)
- Warszawa już miała swoje studio filmowe. Zobacz gdzie (15-01-10, 15:00)
- Asfalt i gęsie wątróbki na Handlowej (08-01-10, 14:00)
- Wysoka sztuka w małym browarze (11-12-09, 14:00)
- Warszawa Nieodbudowana: Ciuchcią przez Pyry z zabawkami w tle (06-11-09, 15:00)
- Na Piaskowej specjalizowano się w skórach wierzchnich - opowiada pan Piotr. Wyjmuje fotografie z albumu rodzinnego. Nie znajdziemy tu zdjęć z hal fabrycznych. Intrygują za to te z nowego domu Weiglów przy Piaskowej 4. - Na piętrze mieszkał dziadek Luis Gottolb z żoną Anną z Daabów i moim ojcem Edwardem. Na parterze w ponad 400-metrowym apartamencie - stryj Aleksander z rodziną - opowiada Piotr Weigle.
Jego pierwszym językiem był niemiecki. - Gdy w 1939 r. zaczęła się okupacja, matka pochodząca z Kemberga w Brandenburgii kazała nam rozmawiać wyłącznie po polsku - mówi.
W najbliższy wtorek w Domu Spotkań z Historią przy Karowej 20 zostanie otwarta wystawa "Polacy z wyboru. Rodziny pochodzenia niemieckiego w Warszawie w XIX i XX wieku" zorganizowana wspólnie z Fundacją Współpracy Polsko-Niemieckiej. - Przybysze z Niemiec żenili się z Polkami i asymilowali, wrastając w polską społeczność - przypomina Tomasz Markiewicz z fundacji. Jedną z takich rodzin byli garbarze z dziada pradziada Weiglowie.
Książki w skórach weiglowskich
"Kurier Warszawski" z czerwca 1901 r. poinformował, że zarząd miasta wyraził zgodę, by Luis Gottolb Weigle na własny koszt wybrukował ul. Piaskową na Powązkach do połowy jej szerokości na wysokości jego fabryki i domu mieszkalnego. Z tej informacji dowiadujemy się nie tylko, że stan nawierzchni był tu rozpaczliwy, ale też, że garbarnia musiała być już sporym zakładem.
Garbarzem był też starszy brat brat Luisa Gottolba Johann Wilhelm. Miał własną fabrykę przy Niskiej. - Johann wielkie pieniądze zarobił na dostawach dla armii carskiej, produkując twarde skóry na podeszwy do butów wojskowych - mówi Piotr Weigle.
Jego dziadek początkowo pracował u Johanna, by w końcu lat 70. XIX w. założyć własny zakład przy Burakowskiej 13. Kilka lat później przeniósł go na sąsiednią ul. Piaskową. Dom mieszkalny przez kilkadziesiąt kolejnych lat stał przy Burakowskiej, gdzie urodziły się wszystkie dzieci Gottloba.
Nas jednak bardziej interesuje rodzinny dom Weiglów, który wznosił się przy Piaskowej 4. Powstał w latach 1926-1927. Był jednopiętrowy i miał dość zaskakującą architekturę. Już na pierwszy rzut oka widać, że projektant nie bardzo potrafił się zdecydować, czy ma to być budynek nowoczesny, czy może raczej historyzujący pałacyk. Od strony ulicy dom miał charakterystyczne trójkątne wykusze, zaś nad wejściem coś w rodzaju ganku wspartego na toskańskich kolumienkach. Była to architektura typowa dla lat 20. Mało awangardowa, za to wygodna.
W albumie Piotra Weigle ocalały fotografie mieszkania jego rodziców. Oglądamy mieszczańskie wnętrze o masywnych pięknie rzeźbionych meblach. Solidnych i zachowawczych, o stylistyce z przełomu XIX i XX w. Na jednej z fotografii matka Piotra Weiglego - Elze z domu Schönstädt - siedzi w głębokim skórzanym fotelu przed kominkiem ozdobionym antykizującym fryzem z puttami. Wyżej wisi spore impresjonistyczne płótno. - To rybacy, obraz jakiegoś Holendra. Nie udało mi się jednak ustalić autora - mówi pan Weigle.
Na innej fotografii oglądamy przeszkloną neobarokową bibliotekę. Za szybą widać niewielki księgozbiór. - Wszystkie książki były oprawione w skórę weiglowską - słyszymy.
Piotr Weigle szkicuje plan fabryki. Hale produkcyjne stały za domem mieszkalnym. Tam też znajdowały się biura i garaże.
Uciec zza Uralu
Z trzech synów założyciela garbarni Gottloba najstarszy był Aleksander. Tak jak ojciec, dziad i pradziad został garbarzem (w 11. pokoleniu!). - Uważał się za najważniejszego w rodzinie. Mój ojciec, Edward, ukończył szkołę handlową Wróblewskiego. Najmłodszy z braci Bogusław to z kolei absolwent słynnej warszawskiej szkoły inżynierskiej Wawelberga i Rotwanda - słyszymy.
Przed 1914 r. zarówno Luis Gottlob, jak i jego trzej synowie byli poddanymi cesarza Niemiec. Choć mieszkali w imperium rosyjskim, wszyscy odbyli służbę w niemieckim wojsku. Gdy w 1914 r. wybuchła pierwsza wojna, Bogusław służył jako mechanik pokładowy w lotnictwie.
- Został nad Francją zestrzelony i tam trafił do niewoli - relacjonuje Piotr Weigle. Tymczasem Aleksandra i Edwarda internowali Rosjanie. Obaj bracia trafili tysiące kilometrów od Warszawy w okolice Orenburga. Sama fabryka przy Piaskowej została częściowo zdemontowana. Maszyny i towar, czyli skóry surowe i garbowane, Rosjanie wywieźli jeszcze przed opuszczeniem Warszawy w 1915 r. To, co zostało, skonfiskowali niemieccy okupanci. Żona Luisa Gottloba wydzierżawiła opustoszałe budynki i tak przetrwała wojnę.
- Aleksander za Uralem poznał jakiegoś Ormianina, który zaproponował mu uruchomienie i poprowadzenie garbarni. Mój ojciec nie miał żyłki garbarskiej. Tęsknił za Warszawą. Postanowił uciekać. Przez Kazachstan i Turkmenię dotarł aż do Persji. Tam zatrzymali go kozacy szacha Persji i odstawili do Rosji. Został osadzony w Kirgizji. Trzymano go w różnych twierdzach, skąd wciąż uciekał. Wreszcie uciekł skutecznie. Przebył Ural, północną Rosję, dotarł do Finlandii, skąd przez Szwecję wrócił do Warszawy - opowiada jego syn.
Po wojnie garbarnia przy Piaskowej została odtworzona. Wszyscy mężczyźni wrócili do Warszawy. Kupili nowoczesne maszyny i całkowicie zmodernizowali produkcję, przechodząc z garbowania roślinnego na chromowe. Dzięki temu przetrwali kryzys 1929 r. i potem w latach 30. firma dobrze sobie radziła.
Luis Gottlob zmarł w 1934 r. Edward - po nieudanej operacji żołądka w Berlinie w 1938 r. - Po śmierci ojca wyprowadziliśmy się z Piaskowej do Młocin. Do domu, który ojciec wybudował niedługo przed śmiercią. Tam urodził się mój młodszy brat Michał Edward.
Z Warszawy do Budapesztu
W Młocinach w 1939 r. zobaczyli po raz pierwszy żołnierzy niemieckich, którzy oblegali stolicę. - Matka była oburzona ich zachowaniem. Poszła na skargę do ich dowódcy, ale pułkownik von Cottwitza wyśmiał ją, mówiąc, że nie każdy żołnierz jest intelektualistą - opowiada.
W 1940 r. pani Weiglowa wyjechała do Wiednia. Chciała się dostać do Budapesztu, gdzie od września 1939 r. znajdował się z rodziną przyjaciel domu, wdowiec Karol Prochnau. Wzięła z nim ślub. Do Generalnego Gubernatorstwa wrócili w różnym czasie.
- Okupację spędziliśmy między Młocinami a Świdrem i Konstancinem, co uchroniło nas przed pójściem do niemieckiej szkoły. Tymczasem na Piaskowej pozostał Aleksander. Podpisał volkslistę. Fabryce narzucono niemieckiego komisarza Treuhändera. Mimo to firma zaopatrywała podziemie. Starano się też chronić pracowników. Aleksander wspierał przedwojennych żydowskich odbiorców. To uratowało go po wojnie. Gdy został aresztowany w Legnicy przez urząd bezpieczeństwa, w wydostaniu się z opresji pomogli mu uratowani przez niego Żydzi - mówi Piotr Weigle.
Sam dom mieszkalny przy Piaskowej został poważnie zniszczony już w 1942 r. podczas radzieckiego bombardowania. Odbudowano go po wojnie, dodając drugie piętro i pozbawiając budynek jakiegokolwiek uroku. Fabrykę zamkniętą jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego w lipcu 1944 r., po wojnie upaństwowiono. Stała się garbarnią nr 4 Zakładów Garbarskich "Syrena". Resztki zabudowań fabrycznych rozebrano kilka lat temu pod budowę neomodernistycznego kompleksu mieszkalnego zaprojektowanego przez architektów z Grupy 5.
Jego pierwszym językiem był niemiecki. - Gdy w 1939 r. zaczęła się okupacja, matka pochodząca z Kemberga w Brandenburgii kazała nam rozmawiać wyłącznie po polsku - mówi.
W najbliższy wtorek w Domu Spotkań z Historią przy Karowej 20 zostanie otwarta wystawa "Polacy z wyboru. Rodziny pochodzenia niemieckiego w Warszawie w XIX i XX wieku" zorganizowana wspólnie z Fundacją Współpracy Polsko-Niemieckiej. - Przybysze z Niemiec żenili się z Polkami i asymilowali, wrastając w polską społeczność - przypomina Tomasz Markiewicz z fundacji. Jedną z takich rodzin byli garbarze z dziada pradziada Weiglowie.
Książki w skórach weiglowskich
"Kurier Warszawski" z czerwca 1901 r. poinformował, że zarząd miasta wyraził zgodę, by Luis Gottolb Weigle na własny koszt wybrukował ul. Piaskową na Powązkach do połowy jej szerokości na wysokości jego fabryki i domu mieszkalnego. Z tej informacji dowiadujemy się nie tylko, że stan nawierzchni był tu rozpaczliwy, ale też, że garbarnia musiała być już sporym zakładem.
Garbarzem był też starszy brat brat Luisa Gottolba Johann Wilhelm. Miał własną fabrykę przy Niskiej. - Johann wielkie pieniądze zarobił na dostawach dla armii carskiej, produkując twarde skóry na podeszwy do butów wojskowych - mówi Piotr Weigle.
Jego dziadek początkowo pracował u Johanna, by w końcu lat 70. XIX w. założyć własny zakład przy Burakowskiej 13. Kilka lat później przeniósł go na sąsiednią ul. Piaskową. Dom mieszkalny przez kilkadziesiąt kolejnych lat stał przy Burakowskiej, gdzie urodziły się wszystkie dzieci Gottloba.
Nas jednak bardziej interesuje rodzinny dom Weiglów, który wznosił się przy Piaskowej 4. Powstał w latach 1926-1927. Był jednopiętrowy i miał dość zaskakującą architekturę. Już na pierwszy rzut oka widać, że projektant nie bardzo potrafił się zdecydować, czy ma to być budynek nowoczesny, czy może raczej historyzujący pałacyk. Od strony ulicy dom miał charakterystyczne trójkątne wykusze, zaś nad wejściem coś w rodzaju ganku wspartego na toskańskich kolumienkach. Była to architektura typowa dla lat 20. Mało awangardowa, za to wygodna.
W albumie Piotra Weigle ocalały fotografie mieszkania jego rodziców. Oglądamy mieszczańskie wnętrze o masywnych pięknie rzeźbionych meblach. Solidnych i zachowawczych, o stylistyce z przełomu XIX i XX w. Na jednej z fotografii matka Piotra Weiglego - Elze z domu Schönstädt - siedzi w głębokim skórzanym fotelu przed kominkiem ozdobionym antykizującym fryzem z puttami. Wyżej wisi spore impresjonistyczne płótno. - To rybacy, obraz jakiegoś Holendra. Nie udało mi się jednak ustalić autora - mówi pan Weigle.
Na innej fotografii oglądamy przeszkloną neobarokową bibliotekę. Za szybą widać niewielki księgozbiór. - Wszystkie książki były oprawione w skórę weiglowską - słyszymy.
Piotr Weigle szkicuje plan fabryki. Hale produkcyjne stały za domem mieszkalnym. Tam też znajdowały się biura i garaże.
Uciec zza Uralu
Z trzech synów założyciela garbarni Gottloba najstarszy był Aleksander. Tak jak ojciec, dziad i pradziad został garbarzem (w 11. pokoleniu!). - Uważał się za najważniejszego w rodzinie. Mój ojciec, Edward, ukończył szkołę handlową Wróblewskiego. Najmłodszy z braci Bogusław to z kolei absolwent słynnej warszawskiej szkoły inżynierskiej Wawelberga i Rotwanda - słyszymy.
Przed 1914 r. zarówno Luis Gottlob, jak i jego trzej synowie byli poddanymi cesarza Niemiec. Choć mieszkali w imperium rosyjskim, wszyscy odbyli służbę w niemieckim wojsku. Gdy w 1914 r. wybuchła pierwsza wojna, Bogusław służył jako mechanik pokładowy w lotnictwie.
- Został nad Francją zestrzelony i tam trafił do niewoli - relacjonuje Piotr Weigle. Tymczasem Aleksandra i Edwarda internowali Rosjanie. Obaj bracia trafili tysiące kilometrów od Warszawy w okolice Orenburga. Sama fabryka przy Piaskowej została częściowo zdemontowana. Maszyny i towar, czyli skóry surowe i garbowane, Rosjanie wywieźli jeszcze przed opuszczeniem Warszawy w 1915 r. To, co zostało, skonfiskowali niemieccy okupanci. Żona Luisa Gottloba wydzierżawiła opustoszałe budynki i tak przetrwała wojnę.
- Aleksander za Uralem poznał jakiegoś Ormianina, który zaproponował mu uruchomienie i poprowadzenie garbarni. Mój ojciec nie miał żyłki garbarskiej. Tęsknił za Warszawą. Postanowił uciekać. Przez Kazachstan i Turkmenię dotarł aż do Persji. Tam zatrzymali go kozacy szacha Persji i odstawili do Rosji. Został osadzony w Kirgizji. Trzymano go w różnych twierdzach, skąd wciąż uciekał. Wreszcie uciekł skutecznie. Przebył Ural, północną Rosję, dotarł do Finlandii, skąd przez Szwecję wrócił do Warszawy - opowiada jego syn.
Po wojnie garbarnia przy Piaskowej została odtworzona. Wszyscy mężczyźni wrócili do Warszawy. Kupili nowoczesne maszyny i całkowicie zmodernizowali produkcję, przechodząc z garbowania roślinnego na chromowe. Dzięki temu przetrwali kryzys 1929 r. i potem w latach 30. firma dobrze sobie radziła.
Luis Gottlob zmarł w 1934 r. Edward - po nieudanej operacji żołądka w Berlinie w 1938 r. - Po śmierci ojca wyprowadziliśmy się z Piaskowej do Młocin. Do domu, który ojciec wybudował niedługo przed śmiercią. Tam urodził się mój młodszy brat Michał Edward.
Z Warszawy do Budapesztu
W Młocinach w 1939 r. zobaczyli po raz pierwszy żołnierzy niemieckich, którzy oblegali stolicę. - Matka była oburzona ich zachowaniem. Poszła na skargę do ich dowódcy, ale pułkownik von Cottwitza wyśmiał ją, mówiąc, że nie każdy żołnierz jest intelektualistą - opowiada.
W 1940 r. pani Weiglowa wyjechała do Wiednia. Chciała się dostać do Budapesztu, gdzie od września 1939 r. znajdował się z rodziną przyjaciel domu, wdowiec Karol Prochnau. Wzięła z nim ślub. Do Generalnego Gubernatorstwa wrócili w różnym czasie.
- Okupację spędziliśmy między Młocinami a Świdrem i Konstancinem, co uchroniło nas przed pójściem do niemieckiej szkoły. Tymczasem na Piaskowej pozostał Aleksander. Podpisał volkslistę. Fabryce narzucono niemieckiego komisarza Treuhändera. Mimo to firma zaopatrywała podziemie. Starano się też chronić pracowników. Aleksander wspierał przedwojennych żydowskich odbiorców. To uratowało go po wojnie. Gdy został aresztowany w Legnicy przez urząd bezpieczeństwa, w wydostaniu się z opresji pomogli mu uratowani przez niego Żydzi - mówi Piotr Weigle.
Sam dom mieszkalny przy Piaskowej został poważnie zniszczony już w 1942 r. podczas radzieckiego bombardowania. Odbudowano go po wojnie, dodając drugie piętro i pozbawiając budynek jakiegokolwiek uroku. Fabrykę zamkniętą jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego w lipcu 1944 r., po wojnie upaństwowiono. Stała się garbarnią nr 4 Zakładów Garbarskich "Syrena". Resztki zabudowań fabrycznych rozebrano kilka lat temu pod budowę neomodernistycznego kompleksu mieszkalnego zaprojektowanego przez architektów z Grupy 5.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
Najczęściej czytane24 htydzień
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]





