W mieszkaniu pana Puchatka przy Elektoralnej
29.01.2010
aktualizacja: 2010-01-28 18:41
Kilkuletnia Wiktoria siadała na kiju od froterki. Podkurczała nogi, a jej ojciec, polerując parkiet, śpiewał rosyjskie szlagiery Wertyskiego: "Ja wam skażu odin siekriet, kogo ja lublu, togo zdieś niet" - Kolejny odcinek cyklu Warszawa nieodbudowana. Dziś ul. Elektoralna 5/7
Tak było przed wrześniem 1939 r., ale też później, gdy kamienica przy Elektoralnej 3/5 znalazła się w getcie.
W świecie książek
"Elektoralna zawsze kojarzy mi się z tym porannym nuceniem i staromodną froterką. Te dźwięki wpływały kojąco chyba na wszystkich, rozlegały się w najtrudniejszych chwilach. Do ostatnich dni lipca 1942 r. podłogi w naszym domu lśniły jak za najlepszych czasów. I nie tylko podłogi. Nie wiem, w jaki sposób zdobywano mydło" - wspomina Wiktoria Śliwowska w książce "Pan Puchatek" opublikowanej kilka lat temu przez wydawnictwo Iskry. Jej ojcem i tytułowym panem Puchatkiem był Wacław Józef Zawadzki - działacz PPS-u, bibliofil, antykwariusz, a w czasach nam bliższych działacz opozycji i członek KOR-u. W domu przy Elektoralnej prowadził antykwariat wysyłkowy, a po wojnie stał się znaną postacią z czwartej kolonii WSM na Żoliborzu. "Książki były wszędzie, zajmowały całą przestrzeń trójpokojowego mieszkania w oficynie na czwartym piętrze bez windy" - czytamy.
Zawadzki tak opisuje mieszkanie z czasów swego wczesnego dzieciństwa: "Z przedpokoju wchodziło się do jadalni z okrągłym stołem i krzesłami dookoła. Na półkach na każdej ścianie do sufitu ustawione były książki, do nich przylegał tapczan, a między dwoma oknami wychodzącymi na podwórze stało biurko. Na nim portret jednej z przyjaciółek mamy i pośmiertna maska Beethovena. Z jadalni wchodziło się do pokoju z moim łóżeczkiem i książkami oraz do trzeciego pokoju, w którym zawsze mieszkali jacyś sublokatorzy. Wszystkie pomieszczenia były jasne, słoneczne, wesołe. Mieszkanie opalano węglem, w tym także łazienkę i sporą kuchnię - królestwo kolejnych służących. Jedna z nich, Stasia, tak przywykła do lektur i rozmów z rodzicami, że po wojnie pracowała w Bibliotece Narodowej" - wspomina.
Słodki interes Bersohnów
Kamienica przy Elektoralnej była budowlą klasycystyczną. Zabytkiem z epoki konstytucyjnego Królestwa Kongresowego, gdy na Elektoralnej, ulicy romantyków, mieszkali m.in. Juliusz Słowacki i Antoni Malczewski.
Jak na początek XIX w. budynek wyglądał bardzo okazale. Wprawdzie miał tylko dwa piętra, tak jak większość ówczesnej zabudowy mieszkalnej, był za to bardzo długi. Jego fasada otrzymała aż 23 osie. Ożywiały ją dwa płytkie ryzality z bramami i boniowane przyziemia. Nad bramami zawieszono balkony. Tutaj też znalazły się okna weneckie ujęte po bokach pilastrami. Nieznany projektant kamienicy wprowadził też efektowne obramienia okien pierwszego piętra. Prof. Marek Kwiatkowski nie wyklucza, że tym projektantem mógł być sam Antonio Corazzi. W chwili powstania zapewne był to dom luksusowy. Zbudował go w 1829 r. Samuel Reschke, kupiec i właściciel sklepu żelaznego przy ul. Senatorskiej 10. Reschke piastował jednocześnie godność sędziego Trybunału Handlowego.
Kilka lat po upadku powstania listopadowego w 1836 r. dom nabył Majer Bersohn, kupiec i przemysłowiec, właściciel licznych dóbr w okolicach Błonia i Grójca. Jak pisze Mateusz Miesses w książce "Z rodu żydowskiego", to protoplasta burżuazyjnego rodu Bersonów, a jego synami byli Mathias, przemysłowiec, filantrop, publicysta i naukowiec, prezes zarządu Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów przy Śliskiej, oraz ziemianin Jan, prezes zarządu cukrowni Czersk i Michałów, m.in. właściciel Leszna na skraju Puszczy Kampinoskiej. Wszyscy oni pozostali wierni wierze żydowskiej. Majer Bersohn, kupując zaledwie kilkuletnią kamienicę, zapewne jej nie modernizował. Wiadomo jednak, że na jego zlecenie w głębi dziedzińca wystawił budynek spichrza na cukier. W roku 1850 podwórko kamienicy przedstawiało się dość intrygująco. Na tyłach domu frontowego pośrodku ciągnęła się prostopadła do niego oficyna. Przecinała podwórko na dwie części, ale nie łączyła się z tylną oficyną. Pośrodku utworzonych przez nią dwóch części podwórka stały kwadratowe budyneczki. Jednym z nich był spichlerz na cukier.
W połowie XIX w. podwórko miało już charakter nieomal przemysłowy. Działały tu rozmaite warsztaty nazywane wówczas fabrykami. W 1869 r. były to m.in. fabryka fortepianów Antoniego Hofera produkująca zarówno fortepiany, jak i pianina.
Obok mieściła się fabryka powozów Józefa Zwolińskiego. Zważywszy na charakter produkcji obydwu fabryk, zapewne musiały zajmować one spore pomieszczenia. Łatwo też sobie wyobrazić nowiutkie powozy stojące na podwórku. Na tym jednak nie koniec. Stanisław Bauman prowadził tu skład cegły, cementu i węgla, a Majer Bersohn i jego syn Mathias - skład cukru. Parter kamienicy zajmowały sklepy. Hofer sprzedawał tu fortepiany. Obok zaś w 1848 r. znajdowała się piwiarnia, w której reklamowano piwo na kufle z browaru Lentzkiego.
W stronę komunizmu
Niedługo przed drugą wojną światową zabytkowa kamienica została nadbudowana o dwa piętra. Dwie nowe kondygnacje cofały się schodkowo, a dawną wysokość budynku nadal wyznaczał gzyms. Elewacje nowych pięter miały okna dostosowane rytmiką do niższych pięter. Były jednak gładkie o neutralnych formach.
To właśnie w oficynie tak przebudowanego domu mieszkał z rodziną Wacław J. Zawadzki. Był jednym z czterech synów Izaaka Lewina, wytwórcy akcesoriów do mundurów urzędniczych i wojskowych. Lewin uciekł przed prześladowaniami z Kazania. Ożenił się z warszawianką Gustawą (Gołdą). "Ojciec prowadził w domu antykwariat. Wysyłał książki na zamówienie krajowe i zagraniczne: od czego nauczyłam się je pakować, rozwiązywać najbardziej zaplątane supły oraz troskliwie przechowywać papier pakunkowy, tudzież wszelkiego rodzaju sznurki i sznureczki" - wspomina Wiktoria Śliwowska i dodaje, że dzień zaczynał się obrządkiem mycia i golenia jej ojca, co obwieszczał dochodzący z łazienki głośny śpiew.
Pół piętra wyżej od Zawadzkich mieszkała siostra „Puchatka” Teofila Wichowa (Tetka). Zaangażowała się w komunizm. Zdążyła już przesiedzieć w kobiecym więzieniu na Pawiaku. „Obok niej pojawił się Władek, wysoki mężczyzna, jak dziś pojmuję, bardzo przystojny, o którym nic nie wiedziałam. Oschły, nie umiejący nawiązać kontaktu z dziećmi, milkliwy; prawdę powiedziawszy, nie darzyłam go sympatią. Kiedy znikł (znalazł się w Berezie), miałam podobno, patrząc na jego fotografię, powiedzieć zimno: »Pamiętam te stalowe oczy «” - wspomina Wiktoria Śliwowska.
Władek, czyli Władysław Wicha, w 1938 r. uciekł do Belgii. W Polsce groziła mu rozprawa za udział w Komunistycznej Partii Polski. Po wojnie wrócił do Polski. Związał się z Gomułką i stał wielką szychą w partii i rządzie. W latach 1950-52 objął funkcję I sekretarza PZPR w Warszawie, zaś od 1954 r. po likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został ministrem spraw wewnętrznych. Na tym stanowisku pozostawał do 1964 r., kiedy to jego miejsce zajął Mieczysław Moczar.
Innym z przedwojennych sąsiadów Zawadzkich był Leopold Lewin, nazywany "Poldziem". Poeta-grafoman, tłumacz poezji niemieckiej, rosyjskiej i radzieckiej. Lewin debiutował w 1929 r., dwa lata później wydał tomik "Wyrąb lasu", pracował jako aplikant sadowy i dziennikarz Warszawskiej Informacji Prasowej. W czasie okupacji znalazł się we Lwowie, gdzie znalazło się mnóstwo uciekinierów z Warszawy. Tak jak wielu innych polskich literatów (współpracujących zresztą z władzami sowieckimi) został w 1940 r. aresztowany i wywieziony na wschód. Trafił do Kazachstanu, co być może uratowało mu życie. Po wojnie stał się prominentnym działaczem Związku Literatów Polskich, którego był sekretarzem. Zaś socrealistyczne poezje, w których wychwala Republikę Rad (pisał "Ojczyzno mojej wiary. Kraino radziecka!"), nie przynoszą mu dziś chwały. Lepiej sprawdzał się jako redaktor "Kultury", a potem "Literatury na Świecie".
"Jak to bywa, kiedy ma się niewiele ponad 20 lat, nie rozumieliśmy pobłażliwości, z jaką [mój] ojciec traktował swych przyjaciół, a często znajomych. Widział doskonale ich śmiesznostki. Groszoróbstwo Poldzia, zręcznego rymoklety (...), ale kpił z nich łagodnie i niewyrozumiale" - wspominała Wiktoria Śliwowska.
Azyl w getcie
Wiktoria Śliwowska wspomina podwórko kamienicy. W czasach jej dzieciństwa było już tak poprzedzielane oficynami, że tworzyło trzy mniejsze podwórka. Na samym końcu, przy trzecim, gnieździła się nędza. Gdy dom znalazł się w getcie, dwa pierwsze podwórka były prawdziwym azylem. Nigdy nie zaglądali tam Niemcy, policjanci, rzadko trafiali żebracy. Podwórko pełne było zakamarków, tajemniczych miejsc. "Był to więc, podobnie jak nasze czwarte piętro, świat wyizolowany" - czytamy.
Tak było do końca listopada 1941 r., kiedy Niemcy przesunęli granice getta. Dom znalazł się po stronie aryjskiej, a rodzina Zawadzkiego musiała przeprowadzić się na Chłodną. Potem było już tylko gorzej. W 1943 r. udało się im wydostać na stronę aryjską. "Na mnie i kilkoro moich najbliższych, wśród nich na mego Ojca i jego siostrę Teofilę zwaną Tetką, wypadło, że ocaleliśmy" - pisze w swojej książce Wiktoria Śliwowska.
Kamienica przy Elektoralnej jednak nie ocalała. Spłonęła w 1944 r. Jej mury stały jeszcze po wojnie, a Wiktoria Śliwowska wspomina, że gdy z ZSRR wrócił po wojnie najmłodszy brat jej ojca, na murze klatki schodowej ujrzał wypisane kredą imię "Wiesia". Tak dowiedział się, że jego rodzina żyje.
Wkrótce mury zburzono. Dziś w tym miejscu stoi bunkrowaty budynek szkoły tysiąclatki mieszczącej Liceum im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.
W świecie książek
"Elektoralna zawsze kojarzy mi się z tym porannym nuceniem i staromodną froterką. Te dźwięki wpływały kojąco chyba na wszystkich, rozlegały się w najtrudniejszych chwilach. Do ostatnich dni lipca 1942 r. podłogi w naszym domu lśniły jak za najlepszych czasów. I nie tylko podłogi. Nie wiem, w jaki sposób zdobywano mydło" - wspomina Wiktoria Śliwowska w książce "Pan Puchatek" opublikowanej kilka lat temu przez wydawnictwo Iskry. Jej ojcem i tytułowym panem Puchatkiem był Wacław Józef Zawadzki - działacz PPS-u, bibliofil, antykwariusz, a w czasach nam bliższych działacz opozycji i członek KOR-u. W domu przy Elektoralnej prowadził antykwariat wysyłkowy, a po wojnie stał się znaną postacią z czwartej kolonii WSM na Żoliborzu. "Książki były wszędzie, zajmowały całą przestrzeń trójpokojowego mieszkania w oficynie na czwartym piętrze bez windy" - czytamy.
Zawadzki tak opisuje mieszkanie z czasów swego wczesnego dzieciństwa: "Z przedpokoju wchodziło się do jadalni z okrągłym stołem i krzesłami dookoła. Na półkach na każdej ścianie do sufitu ustawione były książki, do nich przylegał tapczan, a między dwoma oknami wychodzącymi na podwórze stało biurko. Na nim portret jednej z przyjaciółek mamy i pośmiertna maska Beethovena. Z jadalni wchodziło się do pokoju z moim łóżeczkiem i książkami oraz do trzeciego pokoju, w którym zawsze mieszkali jacyś sublokatorzy. Wszystkie pomieszczenia były jasne, słoneczne, wesołe. Mieszkanie opalano węglem, w tym także łazienkę i sporą kuchnię - królestwo kolejnych służących. Jedna z nich, Stasia, tak przywykła do lektur i rozmów z rodzicami, że po wojnie pracowała w Bibliotece Narodowej" - wspomina.
Słodki interes Bersohnów
Kamienica przy Elektoralnej była budowlą klasycystyczną. Zabytkiem z epoki konstytucyjnego Królestwa Kongresowego, gdy na Elektoralnej, ulicy romantyków, mieszkali m.in. Juliusz Słowacki i Antoni Malczewski.
Jak na początek XIX w. budynek wyglądał bardzo okazale. Wprawdzie miał tylko dwa piętra, tak jak większość ówczesnej zabudowy mieszkalnej, był za to bardzo długi. Jego fasada otrzymała aż 23 osie. Ożywiały ją dwa płytkie ryzality z bramami i boniowane przyziemia. Nad bramami zawieszono balkony. Tutaj też znalazły się okna weneckie ujęte po bokach pilastrami. Nieznany projektant kamienicy wprowadził też efektowne obramienia okien pierwszego piętra. Prof. Marek Kwiatkowski nie wyklucza, że tym projektantem mógł być sam Antonio Corazzi. W chwili powstania zapewne był to dom luksusowy. Zbudował go w 1829 r. Samuel Reschke, kupiec i właściciel sklepu żelaznego przy ul. Senatorskiej 10. Reschke piastował jednocześnie godność sędziego Trybunału Handlowego.
Kilka lat po upadku powstania listopadowego w 1836 r. dom nabył Majer Bersohn, kupiec i przemysłowiec, właściciel licznych dóbr w okolicach Błonia i Grójca. Jak pisze Mateusz Miesses w książce "Z rodu żydowskiego", to protoplasta burżuazyjnego rodu Bersonów, a jego synami byli Mathias, przemysłowiec, filantrop, publicysta i naukowiec, prezes zarządu Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów przy Śliskiej, oraz ziemianin Jan, prezes zarządu cukrowni Czersk i Michałów, m.in. właściciel Leszna na skraju Puszczy Kampinoskiej. Wszyscy oni pozostali wierni wierze żydowskiej. Majer Bersohn, kupując zaledwie kilkuletnią kamienicę, zapewne jej nie modernizował. Wiadomo jednak, że na jego zlecenie w głębi dziedzińca wystawił budynek spichrza na cukier. W roku 1850 podwórko kamienicy przedstawiało się dość intrygująco. Na tyłach domu frontowego pośrodku ciągnęła się prostopadła do niego oficyna. Przecinała podwórko na dwie części, ale nie łączyła się z tylną oficyną. Pośrodku utworzonych przez nią dwóch części podwórka stały kwadratowe budyneczki. Jednym z nich był spichlerz na cukier.
W połowie XIX w. podwórko miało już charakter nieomal przemysłowy. Działały tu rozmaite warsztaty nazywane wówczas fabrykami. W 1869 r. były to m.in. fabryka fortepianów Antoniego Hofera produkująca zarówno fortepiany, jak i pianina.
Obok mieściła się fabryka powozów Józefa Zwolińskiego. Zważywszy na charakter produkcji obydwu fabryk, zapewne musiały zajmować one spore pomieszczenia. Łatwo też sobie wyobrazić nowiutkie powozy stojące na podwórku. Na tym jednak nie koniec. Stanisław Bauman prowadził tu skład cegły, cementu i węgla, a Majer Bersohn i jego syn Mathias - skład cukru. Parter kamienicy zajmowały sklepy. Hofer sprzedawał tu fortepiany. Obok zaś w 1848 r. znajdowała się piwiarnia, w której reklamowano piwo na kufle z browaru Lentzkiego.
W stronę komunizmu
Niedługo przed drugą wojną światową zabytkowa kamienica została nadbudowana o dwa piętra. Dwie nowe kondygnacje cofały się schodkowo, a dawną wysokość budynku nadal wyznaczał gzyms. Elewacje nowych pięter miały okna dostosowane rytmiką do niższych pięter. Były jednak gładkie o neutralnych formach.
To właśnie w oficynie tak przebudowanego domu mieszkał z rodziną Wacław J. Zawadzki. Był jednym z czterech synów Izaaka Lewina, wytwórcy akcesoriów do mundurów urzędniczych i wojskowych. Lewin uciekł przed prześladowaniami z Kazania. Ożenił się z warszawianką Gustawą (Gołdą). "Ojciec prowadził w domu antykwariat. Wysyłał książki na zamówienie krajowe i zagraniczne: od czego nauczyłam się je pakować, rozwiązywać najbardziej zaplątane supły oraz troskliwie przechowywać papier pakunkowy, tudzież wszelkiego rodzaju sznurki i sznureczki" - wspomina Wiktoria Śliwowska i dodaje, że dzień zaczynał się obrządkiem mycia i golenia jej ojca, co obwieszczał dochodzący z łazienki głośny śpiew.
Pół piętra wyżej od Zawadzkich mieszkała siostra „Puchatka” Teofila Wichowa (Tetka). Zaangażowała się w komunizm. Zdążyła już przesiedzieć w kobiecym więzieniu na Pawiaku. „Obok niej pojawił się Władek, wysoki mężczyzna, jak dziś pojmuję, bardzo przystojny, o którym nic nie wiedziałam. Oschły, nie umiejący nawiązać kontaktu z dziećmi, milkliwy; prawdę powiedziawszy, nie darzyłam go sympatią. Kiedy znikł (znalazł się w Berezie), miałam podobno, patrząc na jego fotografię, powiedzieć zimno: »Pamiętam te stalowe oczy «” - wspomina Wiktoria Śliwowska.
Władek, czyli Władysław Wicha, w 1938 r. uciekł do Belgii. W Polsce groziła mu rozprawa za udział w Komunistycznej Partii Polski. Po wojnie wrócił do Polski. Związał się z Gomułką i stał wielką szychą w partii i rządzie. W latach 1950-52 objął funkcję I sekretarza PZPR w Warszawie, zaś od 1954 r. po likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został ministrem spraw wewnętrznych. Na tym stanowisku pozostawał do 1964 r., kiedy to jego miejsce zajął Mieczysław Moczar.
Innym z przedwojennych sąsiadów Zawadzkich był Leopold Lewin, nazywany "Poldziem". Poeta-grafoman, tłumacz poezji niemieckiej, rosyjskiej i radzieckiej. Lewin debiutował w 1929 r., dwa lata później wydał tomik "Wyrąb lasu", pracował jako aplikant sadowy i dziennikarz Warszawskiej Informacji Prasowej. W czasie okupacji znalazł się we Lwowie, gdzie znalazło się mnóstwo uciekinierów z Warszawy. Tak jak wielu innych polskich literatów (współpracujących zresztą z władzami sowieckimi) został w 1940 r. aresztowany i wywieziony na wschód. Trafił do Kazachstanu, co być może uratowało mu życie. Po wojnie stał się prominentnym działaczem Związku Literatów Polskich, którego był sekretarzem. Zaś socrealistyczne poezje, w których wychwala Republikę Rad (pisał "Ojczyzno mojej wiary. Kraino radziecka!"), nie przynoszą mu dziś chwały. Lepiej sprawdzał się jako redaktor "Kultury", a potem "Literatury na Świecie".
"Jak to bywa, kiedy ma się niewiele ponad 20 lat, nie rozumieliśmy pobłażliwości, z jaką [mój] ojciec traktował swych przyjaciół, a często znajomych. Widział doskonale ich śmiesznostki. Groszoróbstwo Poldzia, zręcznego rymoklety (...), ale kpił z nich łagodnie i niewyrozumiale" - wspominała Wiktoria Śliwowska.
Azyl w getcie
Wiktoria Śliwowska wspomina podwórko kamienicy. W czasach jej dzieciństwa było już tak poprzedzielane oficynami, że tworzyło trzy mniejsze podwórka. Na samym końcu, przy trzecim, gnieździła się nędza. Gdy dom znalazł się w getcie, dwa pierwsze podwórka były prawdziwym azylem. Nigdy nie zaglądali tam Niemcy, policjanci, rzadko trafiali żebracy. Podwórko pełne było zakamarków, tajemniczych miejsc. "Był to więc, podobnie jak nasze czwarte piętro, świat wyizolowany" - czytamy.
Tak było do końca listopada 1941 r., kiedy Niemcy przesunęli granice getta. Dom znalazł się po stronie aryjskiej, a rodzina Zawadzkiego musiała przeprowadzić się na Chłodną. Potem było już tylko gorzej. W 1943 r. udało się im wydostać na stronę aryjską. "Na mnie i kilkoro moich najbliższych, wśród nich na mego Ojca i jego siostrę Teofilę zwaną Tetką, wypadło, że ocaleliśmy" - pisze w swojej książce Wiktoria Śliwowska.
Kamienica przy Elektoralnej jednak nie ocalała. Spłonęła w 1944 r. Jej mury stały jeszcze po wojnie, a Wiktoria Śliwowska wspomina, że gdy z ZSRR wrócił po wojnie najmłodszy brat jej ojca, na murze klatki schodowej ujrzał wypisane kredą imię "Wiesia". Tak dowiedział się, że jego rodzina żyje.
Wkrótce mury zburzono. Dziś w tym miejscu stoi bunkrowaty budynek szkoły tysiąclatki mieszczącej Liceum im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
-
W mieszkaniu pana Puchatka przy Elektoralnej
andrzej_b2
29.01.10, 20:36
forum.gazeta.pl/forum/w,437,106471920,106471920,Mieszkanie_Puchatka_przy_Elektoralnej_5_7.html»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




