Warszawa nieodbudowana: Kamienica za figurką świętej
12.02.2010
aktualizacja: 2010-02-11 19:50
Trzeba powiedzieć, że pan Kot przypominał kota. W Szkole nr 123 na Powiślu był kierownikiem rannej zmiany. Gdy zaczynała się zmiana popołudniowa, władzę obejmował pan Drozd. Wysoki i szczupły - stanowił przeciwieństwo Kota.
ZOBACZ TAKŻE
- Końska historia w Teatrze Syrena - Warszawa Nieodbudowana (05-03-10, 14:00)
- Ależ ta baba się nie rozwija - Warszawa Nieodbudowana (05-02-10, 15:00)
- Sanktuarium w Rokitnie kiedyś oblegane, dziś zapomniane (02-07-10, 16:00)
- Narbutta 29, czyli krótka historia pierwszego radia (25-06-10, 16:00)
- Dyskretny urok burżuazji przy Królewskiej (11-06-10, 15:00)
- Warszawa Nieodbudowana: ten kościół zna każdy w Polsce (04-06-10, 16:00)
- Modlińska 35: Synagoga w wodzie i ogniu (21-05-10, 16:00)
- Serce Chopina trzymała w słoju na Podwalu (26-02-10, 15:00)
- Coś dla marynarzy i przedwojennych gospodyń (19-02-10, 15:00)
- Druh "Świst" ma swoje rondo w Sulejówku (17-02-10, 11:00)
- Jest program dla stołecznych zabytków. Zobacz szczegóły (16-02-10, 10:00)
- W mieszkaniu pana Puchatka przy Elektoralnej (29-01-10, 15:00)
Szkoła nr 123 w latach międzywojennych mieściła się przy Solcu 22. Panów Kota i Drozda dobrze zapamiętały chyba wszystkie dzieci z najbliższej okolicy. W każdym razie te, które mieszkały w pobliżu narożników Solca z Ludną. - Chłopcy kredą rysowali okrąglutkiego kota na nowym budynku poczty przy Ludnej 4. Dorysowywali mu wielkie wąsy i zaśmiewali się. Gdy widział to policjant - udawał, że ich goni. Ale tak naprawdę tylko ich straszył i zajmował się dalej regulowaniem ruchu. Miał masę pracy, chociaż z dzisiejszej perspektywy tamten ruch wydaje się być śmieszny - wspomina pani Zofia.
Tuż obok w narożnym domu przy Solcu 67 mieszkała pani Felicja Bylicka. I ona w swoim liście wspomina obydwu charakterystycznych nauczycieli Kota i Drozda. Wspomina też swoją wychowawczynię Marią Siedlecką: "Oddała mnie w rękę znakomitych pedagogów Gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej".
Jakub i Ajzyk
Ludna nie przecinała ulicy Solec tak jak dziś, lecz jedynie dochodziła do niej od zachodu. By dostać się na brzeg Wisły, trzeba było skręcić do uliczki Przystaniowej biegnącej obok kościoła św. Trójcy. Można też było skręcić w lewo, by dojść do ulicy Karpia. Ta druga uliczka była właściwie wąskim przejściem wciśniętym między rzeźnią na Solcu (dziś to Muzeum Azji i Pacyfiku) a domem przy ul. Solec 30. W latach 30. uliczkę Karpia zlikwidowano.
U zbiegu Solca i Ludnej wznosiła się kamienica z adresem Solec 67. Przed nią stałą figura Świętej Barbary otoczona metalowym ogrodzeniem. I dziś św. Barbara spogląda z postumentu na skrzyżowanie. Nie jest już jednak ogrodzona.
Kamienica przez kilkadziesiąt lat należała do rodziny Rozenweinów. Najpierw do Ajzyka, potem Jakuba. Miała trzy piętra i mieszkalne poddasze. W głębi znajdowało się mroczne, niemal kwadratowe podwórko studnia.
Kamienica powstała około 1900 r. i miała dość ozdobną, eklektyczną fasadę z przewagą form renesansowych.. Parter był boniowany. Okna pierwszego i drugiego piętra ujmowały obramienia o trójkątnych i półkolistych naczółkach. Poszczególne kondygnacje dzieliły pasy gzymsów. Dach ożywiały lukarny mieszkań na poddaszu.
Dziób lepszy od Dzioba
Wnętrza budynku zapewne prezentowały się znacznie skromniej. W przyziemiu ulokowało się wiele sklepów.
Na rogu kamienicy znajdował się skład apteczny Makulskiego, za nim skład nabiałowy Jadwigi Makowskiej i kolonialny Kazimierza Dzióba. "Córkom właściciela nie podobało się nazwisko Dziob i zmieniły je na Dziób. Jak to było w dokumentach, nie wiem" - pisała pani Felicja Bylicka. W każdym razie w spisach z końca lat 30. figuruje już nazwisko Kazimierz Dziób przez "ó". Żona właściciela nosiła panieńskie nazwisko Paryczko. Jerzy Kasprzycki, który w końcu lat 30. zamieszkał w nowej kamienicy po drugiej stronie Solca, wspomina, że dzieciarnia przezywała ją "Pareczką".
Z drugiej strony bramy ulokowała się m.in. pasmanteria. Prowadziła ją panna Gienia. "Pamiętam, jaki porządek panował w tym malutkim sklepiku. Panna Gienia odkładała papierki, sznurki według wielkości i przydatności, zapisywała, co należy zamówić, by zadowolić klientów. Dalej pracował krawiec Nitka. Nie mogę nic o nim powiedzieć, bo i nie interesowało mnie wtedy krawiectwo" - notowała pani Bylicka.
Według Kasprzyckiego był tu też sklep artykułów piśmienniczych Januszów. "Za nim restauracja z ciemnymi pokojami od podwórka, w których raczyli się miejscowi piwosze, a pewnie i ci, którzy woleli mocniejszy trunek". Była to knajpa pana Harysia, który przeniósł potem swój lokal na przeciwległy narożnik, do kamienicy przy ul. Ludnej 1. Jego miejsce zajęła cukiernia Jana Tabaczyńskiego.
Warto wspomnieć, że również po drugiej stronie ulicy, przy Solcu 65, była piwiarnia. Prowadził ją Icek Zylberholc, który nie przejmował się ograniczeniami dotyczącymi godzin sprzedaży alkoholi, więc w lipcu 1901 r. władze zamknęły mu lokal.
Córki pani Grzymałowej
Ostatnim sklepem w kamienicy przy Solcu 67 była wędliniarnia, którą prowadziła pani Grzymałowa. Nie udało mi się ustalić, jaki związek miała ona z firmą "J. Grzymała" działającą w pobliżu przy Dobrej 1 i zajmującą się tą samą branżą.
"Pamiętam, że pani Grzymałowa miała dwie córki, które uczyły się na prywatnej pensji. Mama dobrze zarabiała i mogła pozwolić sobie na wysokie opłaty za szkołę" - wspominała Felicja Bylicka. Solec był ulicą ludzi ubogich.
Gdy w maju 1926 r. doszło do zamachu stanu, narożnik Ludnej i Solca opanowali żołnierze. "Nie wiem, po czyjej byli stronie: rządowej czy Piłsudskiego. Dla chłopaków to była sensacja. Dla dorosłych lęk o życie" - pisze pani Bylicka.
Powoli w latach międzywojennych oblicze dzielnicy zmieniało się. Między starymi kamienicami, na pustych placach, w miejscu rozebranych zakładów przemysłowych budowano nowe kamienice. Takie domy stanęły wzdłuż Ludnej, przy Solcu, ulicy 3 Maja.
Po 1935 r. tuż obok przy Ludnej 4 nowoczesną kamienicę wzniosła dyrekcja poczt i telegrafów. Budynek zasłonił stojące w głębi posesji zabudowania przemysłowe. Miał trzy piętra i efektowna fasadę o horyzontalnych podziałach. Przyziemie obłożone zostało cegłą klinkierową, która odcinała się od wyższych partii elewacji. Środkową partię budowli architekt wyróżnił rytmem filarów - dźwigających niewielki gzyms i kryjących główne wejście do umieszczonego tu urzędu pocztowego. W siedzibie urzędu znalazła się też publiczna rozmównica telefoniczna nr 230, z której chętnie korzystali mieszkańcy Powiśla.
Jak wspomina pani Bylicka, nowy budynek od kamienicy Rozenweinów oddzielony był wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym.
Poczta w filmie
Kamienica przy Solcu 67 została zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego, dziś w jej miejscu znajduje się pusty plac otoczony płotem i zastawiony istnym lasem billboardów.
Gmach poczty przetrwał do dziś. Niestety, już chyba w latach 70. XX w. został ohydnie otynkowany. Pod tynkiem znikł klinkier przyziemia. Przepadł subtelny detal wyższych partii elewacji i fasada utraciła swój pierwotny wyraz. Tak oszpecony budynek przeszedł jednak do historii. Zagrał w filmie Stanisława Barei "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" (1978 r.). Oglądamy w nim tasiemcową kolejkę do okienka na poczcie, w którym korpulentna urzędniczka zajada się truskawkami. Przy okazji słychać niezapomniane dialogi: "Proszę pana, tu nie można palić!" - zwraca się kobieta do stojącego przed nią mieszkańca Powiśla. "Wiem, ale ja się nie zaciągam" - słyszy w odpowiedzi. Pani o wyglądzie zdradzającym pociąg do napojów wysokoprocentowych próbuje pobrać wypłatę z książeczki na dowód szwagra: "Chociaż pięćset złotych. Co?" - prosi. "Dwieście mogę wypłacić" - słyszy w odpowiedzi. Gdy zaś starszy pan awanturuje się na urzędniczkę zajadającą się truskawkami, krzycząc: "Co jest! Albo jedzenie, albo praca!- Ta zamyka okienko, stawiając tabliczkę z napisem "Okienko nieczynne".
Tuż obok w narożnym domu przy Solcu 67 mieszkała pani Felicja Bylicka. I ona w swoim liście wspomina obydwu charakterystycznych nauczycieli Kota i Drozda. Wspomina też swoją wychowawczynię Marią Siedlecką: "Oddała mnie w rękę znakomitych pedagogów Gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej".
Jakub i Ajzyk
Ludna nie przecinała ulicy Solec tak jak dziś, lecz jedynie dochodziła do niej od zachodu. By dostać się na brzeg Wisły, trzeba było skręcić do uliczki Przystaniowej biegnącej obok kościoła św. Trójcy. Można też było skręcić w lewo, by dojść do ulicy Karpia. Ta druga uliczka była właściwie wąskim przejściem wciśniętym między rzeźnią na Solcu (dziś to Muzeum Azji i Pacyfiku) a domem przy ul. Solec 30. W latach 30. uliczkę Karpia zlikwidowano.
U zbiegu Solca i Ludnej wznosiła się kamienica z adresem Solec 67. Przed nią stałą figura Świętej Barbary otoczona metalowym ogrodzeniem. I dziś św. Barbara spogląda z postumentu na skrzyżowanie. Nie jest już jednak ogrodzona.
Kamienica przez kilkadziesiąt lat należała do rodziny Rozenweinów. Najpierw do Ajzyka, potem Jakuba. Miała trzy piętra i mieszkalne poddasze. W głębi znajdowało się mroczne, niemal kwadratowe podwórko studnia.
Kamienica powstała około 1900 r. i miała dość ozdobną, eklektyczną fasadę z przewagą form renesansowych.. Parter był boniowany. Okna pierwszego i drugiego piętra ujmowały obramienia o trójkątnych i półkolistych naczółkach. Poszczególne kondygnacje dzieliły pasy gzymsów. Dach ożywiały lukarny mieszkań na poddaszu.
Dziób lepszy od Dzioba
Wnętrza budynku zapewne prezentowały się znacznie skromniej. W przyziemiu ulokowało się wiele sklepów.
Na rogu kamienicy znajdował się skład apteczny Makulskiego, za nim skład nabiałowy Jadwigi Makowskiej i kolonialny Kazimierza Dzióba. "Córkom właściciela nie podobało się nazwisko Dziob i zmieniły je na Dziób. Jak to było w dokumentach, nie wiem" - pisała pani Felicja Bylicka. W każdym razie w spisach z końca lat 30. figuruje już nazwisko Kazimierz Dziób przez "ó". Żona właściciela nosiła panieńskie nazwisko Paryczko. Jerzy Kasprzycki, który w końcu lat 30. zamieszkał w nowej kamienicy po drugiej stronie Solca, wspomina, że dzieciarnia przezywała ją "Pareczką".
Z drugiej strony bramy ulokowała się m.in. pasmanteria. Prowadziła ją panna Gienia. "Pamiętam, jaki porządek panował w tym malutkim sklepiku. Panna Gienia odkładała papierki, sznurki według wielkości i przydatności, zapisywała, co należy zamówić, by zadowolić klientów. Dalej pracował krawiec Nitka. Nie mogę nic o nim powiedzieć, bo i nie interesowało mnie wtedy krawiectwo" - notowała pani Bylicka.
Według Kasprzyckiego był tu też sklep artykułów piśmienniczych Januszów. "Za nim restauracja z ciemnymi pokojami od podwórka, w których raczyli się miejscowi piwosze, a pewnie i ci, którzy woleli mocniejszy trunek". Była to knajpa pana Harysia, który przeniósł potem swój lokal na przeciwległy narożnik, do kamienicy przy ul. Ludnej 1. Jego miejsce zajęła cukiernia Jana Tabaczyńskiego.
Warto wspomnieć, że również po drugiej stronie ulicy, przy Solcu 65, była piwiarnia. Prowadził ją Icek Zylberholc, który nie przejmował się ograniczeniami dotyczącymi godzin sprzedaży alkoholi, więc w lipcu 1901 r. władze zamknęły mu lokal.
Córki pani Grzymałowej
Ostatnim sklepem w kamienicy przy Solcu 67 była wędliniarnia, którą prowadziła pani Grzymałowa. Nie udało mi się ustalić, jaki związek miała ona z firmą "J. Grzymała" działającą w pobliżu przy Dobrej 1 i zajmującą się tą samą branżą.
"Pamiętam, że pani Grzymałowa miała dwie córki, które uczyły się na prywatnej pensji. Mama dobrze zarabiała i mogła pozwolić sobie na wysokie opłaty za szkołę" - wspominała Felicja Bylicka. Solec był ulicą ludzi ubogich.
Gdy w maju 1926 r. doszło do zamachu stanu, narożnik Ludnej i Solca opanowali żołnierze. "Nie wiem, po czyjej byli stronie: rządowej czy Piłsudskiego. Dla chłopaków to była sensacja. Dla dorosłych lęk o życie" - pisze pani Bylicka.
Powoli w latach międzywojennych oblicze dzielnicy zmieniało się. Między starymi kamienicami, na pustych placach, w miejscu rozebranych zakładów przemysłowych budowano nowe kamienice. Takie domy stanęły wzdłuż Ludnej, przy Solcu, ulicy 3 Maja.
Po 1935 r. tuż obok przy Ludnej 4 nowoczesną kamienicę wzniosła dyrekcja poczt i telegrafów. Budynek zasłonił stojące w głębi posesji zabudowania przemysłowe. Miał trzy piętra i efektowna fasadę o horyzontalnych podziałach. Przyziemie obłożone zostało cegłą klinkierową, która odcinała się od wyższych partii elewacji. Środkową partię budowli architekt wyróżnił rytmem filarów - dźwigających niewielki gzyms i kryjących główne wejście do umieszczonego tu urzędu pocztowego. W siedzibie urzędu znalazła się też publiczna rozmównica telefoniczna nr 230, z której chętnie korzystali mieszkańcy Powiśla.
Jak wspomina pani Bylicka, nowy budynek od kamienicy Rozenweinów oddzielony był wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym.
Poczta w filmie
Kamienica przy Solcu 67 została zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego, dziś w jej miejscu znajduje się pusty plac otoczony płotem i zastawiony istnym lasem billboardów.
Gmach poczty przetrwał do dziś. Niestety, już chyba w latach 70. XX w. został ohydnie otynkowany. Pod tynkiem znikł klinkier przyziemia. Przepadł subtelny detal wyższych partii elewacji i fasada utraciła swój pierwotny wyraz. Tak oszpecony budynek przeszedł jednak do historii. Zagrał w filmie Stanisława Barei "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" (1978 r.). Oglądamy w nim tasiemcową kolejkę do okienka na poczcie, w którym korpulentna urzędniczka zajada się truskawkami. Przy okazji słychać niezapomniane dialogi: "Proszę pana, tu nie można palić!" - zwraca się kobieta do stojącego przed nią mieszkańca Powiśla. "Wiem, ale ja się nie zaciągam" - słyszy w odpowiedzi. Pani o wyglądzie zdradzającym pociąg do napojów wysokoprocentowych próbuje pobrać wypłatę z książeczki na dowód szwagra: "Chociaż pięćset złotych. Co?" - prosi. "Dwieście mogę wypłacić" - słyszy w odpowiedzi. Gdy zaś starszy pan awanturuje się na urzędniczkę zajadającą się truskawkami, krzycząc: "Co jest! Albo jedzenie, albo praca!- Ta zamyka okienko, stawiając tabliczkę z napisem "Okienko nieczynne".
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
-
Warszawa nieodbudowana: Kamienica za figurką św...
sibeliuss
12.02.10, 15:11
W czasach gdy buduje się nowe osiedla pod lasem czas chyba takie place jak ten przy Solcu 67 wreszcie zabudować?»
-
Warszawa nieodbudowana: Kamienica za figurką św...
szlakuls
12.02.10, 17:20
Warszawa należała przez II WŚ do najgęściej zabudowanych miast Europy. Powszechne w kamienicach budowanych w latach 1880-1930 były podwórka studnie mające często nie więcej niż 500 m2. »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


