Warszawa nieodbudowana: Kamienica za figurką świętej

Jerzy S. Majewski
12.02.2010 aktualizacja: 2010-02-11 19:50
A A A Drukuj
Figura św. Barbary w zbiegu Ludnej i Solca. Tu, gdzie jest placyk z billboardem, stała kamienica - Solec 67
Trzeba powiedzieć, że pan Kot przypominał kota. W Szkole nr 123 na Powiślu był kierownikiem rannej zmiany. Gdy zaczynała się zmiana popołudniowa, władzę obejmował pan Drozd. Wysoki i szczupły - stanowił przeciwieństwo Kota.
Szkoła nr 123 w latach międzywojennych mieściła się przy Solcu 22. Panów Kota i Drozda dobrze zapamiętały chyba wszystkie dzieci z najbliższej okolicy. W każdym razie te, które mieszkały w pobliżu narożników Solca z Ludną. - Chłopcy kredą rysowali okrąglutkiego kota na nowym budynku poczty przy Ludnej 4. Dorysowywali mu wielkie wąsy i zaśmiewali się. Gdy widział to policjant - udawał, że ich goni. Ale tak naprawdę tylko ich straszył i zajmował się dalej regulowaniem ruchu. Miał masę pracy, chociaż z dzisiejszej perspektywy tamten ruch wydaje się być śmieszny - wspomina pani Zofia.

Tuż obok w narożnym domu przy Solcu 67 mieszkała pani Felicja Bylicka. I ona w swoim liście wspomina obydwu charakterystycznych nauczycieli Kota i Drozda. Wspomina też swoją wychowawczynię Marią Siedlecką: "Oddała mnie w rękę znakomitych pedagogów Gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej".

Jakub i Ajzyk

Ludna nie przecinała ulicy Solec tak jak dziś, lecz jedynie dochodziła do niej od zachodu. By dostać się na brzeg Wisły, trzeba było skręcić do uliczki Przystaniowej biegnącej obok kościoła św. Trójcy. Można też było skręcić w lewo, by dojść do ulicy Karpia. Ta druga uliczka była właściwie wąskim przejściem wciśniętym między rzeźnią na Solcu (dziś to Muzeum Azji i Pacyfiku) a domem przy ul. Solec 30. W latach 30. uliczkę Karpia zlikwidowano.

U zbiegu Solca i Ludnej wznosiła się kamienica z adresem Solec 67. Przed nią stałą figura Świętej Barbary otoczona metalowym ogrodzeniem. I dziś św. Barbara spogląda z postumentu na skrzyżowanie. Nie jest już jednak ogrodzona.

Kamienica przez kilkadziesiąt lat należała do rodziny Rozenweinów. Najpierw do Ajzyka, potem Jakuba. Miała trzy piętra i mieszkalne poddasze. W głębi znajdowało się mroczne, niemal kwadratowe podwórko studnia.

Kamienica powstała około 1900 r. i miała dość ozdobną, eklektyczną fasadę z przewagą form renesansowych.. Parter był boniowany. Okna pierwszego i drugiego piętra ujmowały obramienia o trójkątnych i półkolistych naczółkach. Poszczególne kondygnacje dzieliły pasy gzymsów. Dach ożywiały lukarny mieszkań na poddaszu.

Dziób lepszy od Dzioba

Wnętrza budynku zapewne prezentowały się znacznie skromniej. W przyziemiu ulokowało się wiele sklepów.

Na rogu kamienicy znajdował się skład apteczny Makulskiego, za nim skład nabiałowy Jadwigi Makowskiej i kolonialny Kazimierza Dzióba. "Córkom właściciela nie podobało się nazwisko Dziob i zmieniły je na Dziób. Jak to było w dokumentach, nie wiem" - pisała pani Felicja Bylicka. W każdym razie w spisach z końca lat 30. figuruje już nazwisko Kazimierz Dziób przez "ó". Żona właściciela nosiła panieńskie nazwisko Paryczko. Jerzy Kasprzycki, który w końcu lat 30. zamieszkał w nowej kamienicy po drugiej stronie Solca, wspomina, że dzieciarnia przezywała ją "Pareczką".

Z drugiej strony bramy ulokowała się m.in. pasmanteria. Prowadziła ją panna Gienia. "Pamiętam, jaki porządek panował w tym malutkim sklepiku. Panna Gienia odkładała papierki, sznurki według wielkości i przydatności, zapisywała, co należy zamówić, by zadowolić klientów. Dalej pracował krawiec Nitka. Nie mogę nic o nim powiedzieć, bo i nie interesowało mnie wtedy krawiectwo" - notowała pani Bylicka.

Według Kasprzyckiego był tu też sklep artykułów piśmienniczych Januszów. "Za nim restauracja z ciemnymi pokojami od podwórka, w których raczyli się miejscowi piwosze, a pewnie i ci, którzy woleli mocniejszy trunek". Była to knajpa pana Harysia, który przeniósł potem swój lokal na przeciwległy narożnik, do kamienicy przy ul. Ludnej 1. Jego miejsce zajęła cukiernia Jana Tabaczyńskiego.

Warto wspomnieć, że również po drugiej stronie ulicy, przy Solcu 65, była piwiarnia. Prowadził ją Icek Zylberholc, który nie przejmował się ograniczeniami dotyczącymi godzin sprzedaży alkoholi, więc w lipcu 1901 r. władze zamknęły mu lokal.

Córki pani Grzymałowej

Ostatnim sklepem w kamienicy przy Solcu 67 była wędliniarnia, którą prowadziła pani Grzymałowa. Nie udało mi się ustalić, jaki związek miała ona z firmą "J. Grzymała" działającą w pobliżu przy Dobrej 1 i zajmującą się tą samą branżą.

"Pamiętam, że pani Grzymałowa miała dwie córki, które uczyły się na prywatnej pensji. Mama dobrze zarabiała i mogła pozwolić sobie na wysokie opłaty za szkołę" - wspominała Felicja Bylicka. Solec był ulicą ludzi ubogich.

Gdy w maju 1926 r. doszło do zamachu stanu, narożnik Ludnej i Solca opanowali żołnierze. "Nie wiem, po czyjej byli stronie: rządowej czy Piłsudskiego. Dla chłopaków to była sensacja. Dla dorosłych lęk o życie" - pisze pani Bylicka.

Powoli w latach międzywojennych oblicze dzielnicy zmieniało się. Między starymi kamienicami, na pustych placach, w miejscu rozebranych zakładów przemysłowych budowano nowe kamienice. Takie domy stanęły wzdłuż Ludnej, przy Solcu, ulicy 3 Maja.

Po 1935 r. tuż obok przy Ludnej 4 nowoczesną kamienicę wzniosła dyrekcja poczt i telegrafów. Budynek zasłonił stojące w głębi posesji zabudowania przemysłowe. Miał trzy piętra i efektowna fasadę o horyzontalnych podziałach. Przyziemie obłożone zostało cegłą klinkierową, która odcinała się od wyższych partii elewacji. Środkową partię budowli architekt wyróżnił rytmem filarów - dźwigających niewielki gzyms i kryjących główne wejście do umieszczonego tu urzędu pocztowego. W siedzibie urzędu znalazła się też publiczna rozmównica telefoniczna nr 230, z której chętnie korzystali mieszkańcy Powiśla.

Jak wspomina pani Bylicka, nowy budynek od kamienicy Rozenweinów oddzielony był wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym.

Poczta w filmie

Kamienica przy Solcu 67 została zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego, dziś w jej miejscu znajduje się pusty plac otoczony płotem i zastawiony istnym lasem billboardów.

Gmach poczty przetrwał do dziś. Niestety, już chyba w latach 70. XX w. został ohydnie otynkowany. Pod tynkiem znikł klinkier przyziemia. Przepadł subtelny detal wyższych partii elewacji i fasada utraciła swój pierwotny wyraz. Tak oszpecony budynek przeszedł jednak do historii. Zagrał w filmie Stanisława Barei "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" (1978 r.). Oglądamy w nim tasiemcową kolejkę do okienka na poczcie, w którym korpulentna urzędniczka zajada się truskawkami. Przy okazji słychać niezapomniane dialogi: "Proszę pana, tu nie można palić!" - zwraca się kobieta do stojącego przed nią mieszkańca Powiśla. "Wiem, ale ja się nie zaciągam" - słyszy w odpowiedzi. Pani o wyglądzie zdradzającym pociąg do napojów wysokoprocentowych próbuje pobrać wypłatę z książeczki na dowód szwagra: "Chociaż pięćset złotych. Co?" - prosi. "Dwieście mogę wypłacić" - słyszy w odpowiedzi. Gdy zaś starszy pan awanturuje się na urzędniczkę zajadającą się truskawkami, krzycząc: "Co jest! Albo jedzenie, albo praca!- Ta zamyka okienko, stawiając tabliczkę z napisem "Okienko nieczynne".

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się