Coś dla marynarzy i przedwojennych gospodyń

Jerzy S. Majewski
19.02.2010 aktualizacja: 2010-02-18 20:58
A A A Drukuj
Blok przy Stępińskiej 6/8. Przed wojną wznosiły się tu dość ponure budynki fabryki Pelikan fot. Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta
W fabryce trzonków do żarówek przy Falęckiej żadna z pracownic nie miała kompletu palców u rąk. I nie był to zakład pracy chronionej. Cykl "Warszawa nieodbudowana" - Falęcka 3 i Stępińska 10/16
Wyposażenie zakładu stanowiło kilka pras mimośrodowych, automat do gwintowania trzonków, tokarka, wiertarka, a w suterenie kamienicy piec gazowy do topienia tworzywa izolacyjnego. Przy prasach pracowały kobiety. Żadna nie zachowała całej dłoni, a jedna w obu rękach miała w sumie pięć i pół palca.

Rozmowy w piasku

Warunki musiały być trudne, a utrata palca mniej przerażająca niż utrata pracy. Tak było na początku lat 30. XX w., gdy szalał wielki kryzys. Fabryka mieściła się w kamienicy Golańskich na początku maleńkiej uliczki Falęckiej na Górnym Mokotowie, tuż za narożnikiem z Różaną. Pozbawione tynków ceglane mury wielopiętrowego budynku w głębi posesji pamiętam z czasów swych chłopięcych zabaw w tej części Warszawy. Kompletnie zdewastowany budynek wywierał mroczne wrażenie i był znakomitym tłem do gier w wojnę. Na przełomie lat 60. i 70. XX w. podobnych pejzaży w okolicy zresztą nie brakowało.

Dom, a właściwie jego resztki, stały aż do lat 90., by ostatecznie ustąpić miejsca nowemu apartamentowcowi. Tej ceglanej półruiny trudno było nie zauważyć. Wyrastała ponad wille przy Różanej i była jedynym przedwojennym budynkiem przy Falęckej, w latach 50. zabudowanej domami akademickimi otynkowanymi dopiero w środku rządów Gierka.

Właścicielami kamienicy oraz fabryczki trzonków do żarówek była rodzina Golańskich. Dom należał do Bolesława, wytwórnia zaś do Czesława. Ten mieszkał tu jeszcze w połowie lat 30. XX w. (potem przeniósł się na ekskluzywną ul. Klonową), a w budynku znajdowały się też mieszkania jego siostry i brata Kazimierza.

Ponad 30 lat temu fabrykę i rodzinę Golańskich wspominał tokarz Henryk Szpryngwald w liście do varsavianisty Jerzego Kasprzyckiego. Jego zdaniem ojciec Golańskich był blacharzem. Miał zakład przy Oboźnej u zbiegu z Browarną. Miał też wóz konny. Dorobił się i na przełomie XIX i XX w. jeszcze przed 1914 r. zbudował kamienicę na Mokotowie. Stanęła w pobliżu budynków przy Lewickiej, Kwiatowej oraz Grodzkiej (dziś Madalińskiego). W tamtym czasie był to koniec świata. Ciemny, nieskanalizowany, błotnisty i pozbawiony komunikacji. „Podobno Czesław Golański, gdy przychodził jako podrostek z Mokotowa na Oboźną odwiedzić dawnych towarzyszy zabaw dziecięcych w piasku wiślanym, to mówił: »U nasz tam na Mokotowie, to nie daj Boh chodzić w nocy! Obrobią do naga i na tramwaj kopiejki nie zostawią «” - wspominał Henryk Szpryngwald.

Z sałatą na koźle

Szpryngwald jako tokarz pracował u Golińskiego. Najpierw w fabryce Pelikan na Dolnym Mokotowie, potem przez osiem miesięcy 1934 r. przy Falęckiej. Produkowano tu wyłącznie trzonki z gwintem do żarówek. Wysyłano je do warszawskiej fabryki Philipsa i Osram w Krakowie.

Mokotowski zakład nie był duży. Zajmował suterenę i parter kamienicy. „Kiedyś polecono mi zawieźć dwie skrzynie trzonków do Fabryki Lamp Elektrycznych Philips. Na ul. Karolkową. To była frajda. Ja na koźle, obok sałaty (tak nazywano dorożkarza), bo skrzynie zajęły części dorożki dla pasażerów. Podkowy przyjemnie cmokały po kocich łbach, sałata pokrzykiwał »No maluśka! « - tak z Mokotowa aż na Wolę” - wspominał Szpryngwald.

Wraz z autorem listu przenieśmy się teraz z Górnego Mokotowa pod skarpę na Sielce na ulicę Stępińską 10/16 (w tym miejscu stoją dziś domy pod adresem Stępińska 6/8). Tu pracował w Spółce Akcyjnej Fabryki Wyrobów Aluminiowych i Blaszanych "Pelikan". Zajmowała ona kompleks budynków usytuowanych za piętrowym przemysłowym gmachem frontowym. W Pelikanie wyrabiano komplety aluminiowych naczyń kuchennych. Metalowe zastawy kupowała w fabryce na Stępińskiej m.in. Marynarka Wojenna. Wyrabiano też tutaj duże konwie do mleka i mniejsze bańki, latarki naftowe do wozów i inne wyroby z blachy.

"Może jeszcze teraz w jakiejś kuchni można by znaleźć jakiś garnek czy imbryk z wybitym znakiem fabryki Pelikan" - pisał Henryk Szpryngwald. Jak wyliczał, w ramach kooperacji w Pelikanie produkowano też z blachy aluminiowej szpule dla Tomaszowskiej Fabryki Sztucznych Jedwabi oraz płyty montażowe (nazywane wówczas chyba mylnie chassis-szasi) do radioodbiorników z warszawskiej fabryki Philipsa. Na tym nie koniec. Sygnaturę firmy wciąż można odnaleźć na niektórych zachowanych przedwojennych skrzynkach pocztowych.

Czesław Golański aż do drugiej wojny światowej był udziałowcem i dyrektorem technicznym fabryki. Sam zakład należał do minikoncernu firmy Krzysztof Brun i Synowie założonej jeszcze w początku XIX w. W latach 30. głównym udziałowcem koncernu był Henryk Stanisław Brun. Tuż przed drugą wojną światową mieszkał przy tej samej ul. Klonowej co Golański.

W 1939 r. koncern obejmował kilka przedsiębiorstw. Firmę handlową Krzysztof Brun i syn mającą sieć sklepów z wyrobami metalowymi. Firmę Block-Brun sprzedającą m.in. maszyny do pisania marki Remington, drukarki, maszyny do rachowania i do krojenia wędlin, fabrykę Otis przy Białostockiej oraz Pelikan na Stępińskiej.

Próba na zaroście

Część pomieszczeń przy Stępińskiej Pelikan wynajmował innym zakładom. M.in. w budynku frontowym na piętrze ulokowała się wytwórnia żyletek - filia firmy belgijskiej. "Stąd do sklepów wychodziły żyletki pod nazwą Mem, Gom i chyba też Polo. Polskie radio wielokrotnie w ciągu dnia nadawało reklamy tych żyletek. Zachwalano je, mówiąc, że żyletki i mydło Polo idealnie golą" - wspominał Henryk Szpryngwald.

Fabryka była zautomatyzowana, a załoga niewielka. Pracowało tu dwóch kierowników, cudzoziemców porozumiewających się z Polakami po niemiecku. Mechanik - Polak oraz trzy lub cztery kobiety - Polki obsługujące automaty. Do wytwórni wchodziło się od podwórca z zewnętrznymi schodami.

„Latem, gdy robotnicy Pelikana podczas przerwy jedli na podwórzu drugie śniadanie, pojawiał się często na szczycie schodów kierownik wytwórni żyletek w białym fartuchu i wołaniem »Komm! Komm! « oraz kiwaniem palcem zapraszał nas do siebie, celem wypróbowania na naszych zarostach jakości schodzących z taśmy żyletek. Chętnie spełnialiśmy rolę królików doświadczalnych, bo za frajer nas golono, chociaż nie zawsze bezboleśnie” - pisał Szpryngwald.

Obydwa zakłady przy Falęckiej i fabryka Pelikan na Stępińskiej dotrwały do drugiej wojny światowej. Niemal równo 70 lat temu 11 kwietnia 1940 r. okupanci niemieccy aresztowali Henryka Bruna. Odmówił bowiem uczestnictwa w zbiórce pieniędzy wśród kupców ewangelickich na budowę domu SS. Dwa miesiące później został rozstrzelany w Palmirach.

"Bohater w cywilu, znany przemysłowiec warszawski. Sucho i kategorycznie odmówił dobrowolnego opodatkowania przedsiębiorstwa na rzecz partii. Został rozstrzelany" - napisała o Brunie Pola Gojawiczyńska w powieści "Krata".

Dziś nie ma po fabryce najmniejszego śladu. W latach 50. w jej miejscu stanął socrealistyczny blok osiedla na Sielcach.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Mokotów

Podziel się