Dziś promocja książki żony legendarnego dyrektora zoo
21.04.2010
aktualizacja: 2010-04-21 10:46
materiały prasowe
W ponad 40 lat od pierwszego wydania wznowiono właśnie wspomnienia "Ludzie i zwierzęta" Antoniny Żabińskiej, żony twórcy ogrodu zoologicznego Jana Żabińskiego. Dziś wieczór promocyjny książki.
W czasie wojny w domu Żabińskich i na terenie ogrodu ukrywały się dziesiątki osób - Żydów i Polaków. Wśród nich m.in. rzeźbiarka Magdalena Gross, pisarka i dziennikarka Rachela Auerbach, Lawinia Kramsztyk, kuzynka malarza, i dr Ludwik Hirszfeld. Przewijały się całe rodziny, wielu dziś bezimiennych. Antonina dbała o ich bezpieczeństwo i wyżywienie. Jan organizował dokumenty i nową tożsamość. Obydwoje zostali uhonorowani przez Instytut Yad Vashem - w 1965 r. nadano im tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Prezydent RP Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył ich Krzyżami Komandorskimi Odrodzenia Polski.
Klika miesięcy temu ukazał się przekład książki Diane Ackerman "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo". Amerykańska przyrodniczka przypomniała w niej postać pani Antoniny, korzystając z jej zapisków. O wydarzeniach w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym w czasie wojny i tuż po niej przeczytamy teraz we wspomnieniach samej Antoniny Żabińskiej.
Beata Kęczkowska: Pani mama wyznaje w książce: "Najwyraźniej nie urodziłam się na bohaterkę". Gdy czyta się jej wspomnienia, to jednak z każdej strony wyłania się postać dzielnej, mądrej kobiety.
Teresa Żabińska-Zawadzki, córka Antoniny i Jana Żabińskich: Niekoniecznie bohaterem jest ten, kto się nie boi. Ona pisze wprost o swoich lękach. Akurat to zdanie zanotowała we wrześniu 1939 roku, w czasie bombardowań Warszawy. Była z małym dzieckiem - moim bratem, nie wiedziała, co z jej mężem, bała się panicznie. W książce są też akapity, które świadczą, że czasem zachowywała się tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Może i wiele razy w czasie wojny umierała ze strachu, ale nie okazywała tego. Nigdy nie oceniała, że ktoś był okropny, zły. Nie budowała sztucznej grozy. Ta jej ufność sprawiała, że mnóstwo rzeczy jej wychodziło. Była głównym organizatorem życia w domu, ogrodzie, tej wojennej codzienności. Ludzie byli, przychodzili, odchodzili.
Ile było tych osób?
- Nie potrafię tego powiedzieć. Byli Żydzi i Polacy związani z AK, podziemiem. Czasem dłużej, czasem krócej. Bywało, że ktoś się na chwilę przytulał, bo stracił dom albo bliskich. Kilka miesięcy temu Władysław Bartoszewski wspominał na promocji książki Diane Ackerman, że o działalności Żabińskich dowiedział się dopiero w Izraelu, od Racheli Auerbach, która też ukrywała się w ogrodzie. Rodzice byli osobami prywatnymi, sami nieśli pomoc, nawet po wojnie pozostali dyskretni.
Jakie mama miała dzieciństwo?
- Wiem o nim dużo, ale jednocześnie bardzo mało. Znam pewne punkty, ale nie wiem, co było pomiędzy nimi. Mam fragmenty jej listów, które pisała jako ośmioletnia dziewczynka do przyjaciółki. Mam zapiski, które zaczęła dość wcześnie prowadzić, jak sama twierdziła dla duchowego samodoskonalenia. Urodziła się w Petersburgu, bardzo szybko straciła matkę, która zmarła na suchoty. Jej ojciec był inżynierem kolejnictwa, budował kolej transsyberyjską. Nie było go więc w domu, małą Antoniną zajęła się siostra jej mamy - ciotka Jadwiga. Wzięła ją do Moskwy, gdzie była nauczycielką. Ale mama tęskniła, więc została zabrana przez ojca do Taszkientu. Dziadek ożenił się ponownie, z Rosjanką. Jeszcze przez chwilę udało się wieść w miarę normalne życie. Była rezolutna. Gdy miała pięć lat, złamała gałąź jabłoni, przewiązała ją niebieską wstążką, którą zdjęła z głowy. Myślała, że się nie wyda i nikt nie zauważy. Potem chodziła do szkoły, do konserwatorium, grała na fortepianie. Wszystko to skończyło się pewnej nocy, kiedy rodzice wyszli do znajomych z wizytą i już nie wrócili. Działały trójki rewolucyjne, bo właśnie zaczęła się rewolucja. Kazano dziadkom pokazać ręce, były bez odcisków. Dziadków rozstrzelano, mama została sama. Nadal chodziła do szkoły, uczyła swoich kolegów w konserwatorium, ktoś pewnie musiał też jej jakoś pomagać.
Dorastała, kochała się w chłopakach. Była piękną, wysoką blondynką, podobno nawet ktoś się jej oświadczył, proponując za nią owce i wielbłądy. Po latach mój ojciec śmiał się z tej anegdoty, żartując, że tak marnie skończyła.
Wracała do Polski transportem. Gdy pociąg stanął, wszyscy wyskakiwali, żeby się załatwić. Mama śmiertelnie się wstydziła, więc pewnego razu popruła na tył pociągu, tylko że tym razem pociąg ruszył bardzo szybko. Wskoczyła na bufor ostatniego wagonu, ale żeby się dostać do środka przedziału, już nie było mowy. Opowiadała, że ubranie przekazywano jej z okna do okna, na kijach, bo wprawdzie dni były upalne, ale noce bardzo zimne, a nikt nie wiedział, kiedy pociąg się ponownie zatrzyma. Przez pierwsze lata w Polsce pracowała jako prywatna nauczycielka, na Podolu. Miała problemy z zamieszkaniem w Warszawie, ktoś ją przygarnął, ale była bez pieniędzy i większych szans, że ta sytuacja się zmieni. Została asystentką, archiwistką u ciotki, która pracowała jako sekretarka w SGGW. Zdolna i ciekawa życia. Bardzo chciała się uczyć, grać. Brała lekcje rysunku. Z jej notatek w dzienniczku wynika, że ciągle miała do siebie pretensje, że jest niewystarczająco doskonała, że za mało w niej dobroci.
Ale też opisała swoją wizytę u chiromantki, ta wywróżyła jej dwóch mężów i dużo dzieci. Jeden z mężów miał być właścicielem ziemskim, z dużą ilością hodowlanych zwierząt. Tu się akurat trochę zgadzało - śmiała się po latach. Instynktownie umiała zająć zwierzętami, a nie kształciła się w tym kierunku, stawiała diagnozy na wyczucie. Oczywiście pomagał jej ojciec. On uważał siebie za dydaktyka, niebywale jasno potrafił przekazać wiedzę o zwierzętach. Pamiętam, jak tłumaczył wypadek, który zdarzył się mamie z tygrysami. Mama wykarmiła je w domu, potem poszły do klatki. Pewnego razu gdy ojca nie było, przyszedł ktoś, kogo trzeba było oprowadzić po ogrodzie. Mama zaprowadziła gościa do swoich pupili. Efektownie to wyglądało - podeszła do klatki, włożyła rękę, podrapała tygrysa za uchem. Tyle że natychmiast poczuła na ręce zaciskające się zęby. Na szczęście zachowała się bardzo prawidłowo: odwróciła się, palnęła drugą ręką tygrysa w łeb, stanowczo go strofując: - Tumry co robisz?! Ojciec tłumaczył, że zwierzę po raz pierwszy znalazło się w takiej sytuacji, mama była odwrócona, z kimś obcym. Tygrys próbował po prostu sprawdzić, kto go za to ucho tak bez pozwolenia chce podrapać, no i sprawdził.
Jaką była matką?
I brat, i ja zawsze musieliśmy się bardziej starać, byliśmy surowo rozliczani. Nazwisko zobowiązywało. Mama była entuzjastką systemu makarenkowskiego. To się na mnie odbiło. Już gdy byłam w liceum, na jednym z zebrań rodzicielskich dyskutowano o tym, że uczniowie palą papierosy. Mama zaproponowała, by stworzyć palarnię, twierdząc, że przecież uczniowie są już niemal dorośli, że powinni się uczyć odpowiedzialności za siebie. Proszę sobie tylko wyobrazić, jaką później cieszyłam się opinią u nauczycieli.
Mama załamała się, gdy rodzice w 1953 r. wyprowadzili się z ogrodu na Kazimierzowską. Nagle skończyło się jej całe aktywne życie. Ojciec miał jednak radio, dużo pracował. A mama? Matka straciła sens, motywację. Ona była od zwierząt - od hodowania, od opieki nad małymi. Załatwiała w ogrodzie mnóstwo spraw administracyjnych. Co miała robić? Mnie pilnować? To tylko jej zostało, a przed czym ja się potwornie buntowałam. Pisała książki, zaczęła wcześnie, bo już przed wojną, publikowała w pismach dla młodzieży. Ale to wszystko nie mogło wynagrodzić jej poprzedniego, tak czynnego życia. Zajęła się domem, trochę tłumaczyła. Przygotowywała przekłady - jej książki o zwierzętach ukazały się po rosyjsku. Nawet wiele lat już po śmierci mamy poszukiwała ją młoda Rosjanka, która chciała napisać o niej pracę.
Cieszę się, że książki mamy doczekały się wznowień, że są "Dżolly i s-ka", "Rysice", że wyjdzie "Borsunio". I teraz "Ludzie i zwierzęta ". Mama zasługuje na to, by o niej pamiętać.
Spotkanie poświęcone książce Antoniny Żabińskiej "Ludzie i zwierzęta" (Wydawnictwo Literackie) - dziś o godz. 18 w Miejskim Ogrodzie Zoologicznym (Ratuszowa 1/3, słoniarnia). W rozmowie udział wezmą dzieci autorki Teresa Żabińska-Zawadzki i Ryszard Żabiński. Fragmenty książki przeczyta Marzena Trybała
Klika miesięcy temu ukazał się przekład książki Diane Ackerman "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo". Amerykańska przyrodniczka przypomniała w niej postać pani Antoniny, korzystając z jej zapisków. O wydarzeniach w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym w czasie wojny i tuż po niej przeczytamy teraz we wspomnieniach samej Antoniny Żabińskiej.
Beata Kęczkowska: Pani mama wyznaje w książce: "Najwyraźniej nie urodziłam się na bohaterkę". Gdy czyta się jej wspomnienia, to jednak z każdej strony wyłania się postać dzielnej, mądrej kobiety.
Teresa Żabińska-Zawadzki, córka Antoniny i Jana Żabińskich: Niekoniecznie bohaterem jest ten, kto się nie boi. Ona pisze wprost o swoich lękach. Akurat to zdanie zanotowała we wrześniu 1939 roku, w czasie bombardowań Warszawy. Była z małym dzieckiem - moim bratem, nie wiedziała, co z jej mężem, bała się panicznie. W książce są też akapity, które świadczą, że czasem zachowywała się tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Może i wiele razy w czasie wojny umierała ze strachu, ale nie okazywała tego. Nigdy nie oceniała, że ktoś był okropny, zły. Nie budowała sztucznej grozy. Ta jej ufność sprawiała, że mnóstwo rzeczy jej wychodziło. Była głównym organizatorem życia w domu, ogrodzie, tej wojennej codzienności. Ludzie byli, przychodzili, odchodzili.
Ile było tych osób?
- Nie potrafię tego powiedzieć. Byli Żydzi i Polacy związani z AK, podziemiem. Czasem dłużej, czasem krócej. Bywało, że ktoś się na chwilę przytulał, bo stracił dom albo bliskich. Kilka miesięcy temu Władysław Bartoszewski wspominał na promocji książki Diane Ackerman, że o działalności Żabińskich dowiedział się dopiero w Izraelu, od Racheli Auerbach, która też ukrywała się w ogrodzie. Rodzice byli osobami prywatnymi, sami nieśli pomoc, nawet po wojnie pozostali dyskretni.
Jakie mama miała dzieciństwo?
- Wiem o nim dużo, ale jednocześnie bardzo mało. Znam pewne punkty, ale nie wiem, co było pomiędzy nimi. Mam fragmenty jej listów, które pisała jako ośmioletnia dziewczynka do przyjaciółki. Mam zapiski, które zaczęła dość wcześnie prowadzić, jak sama twierdziła dla duchowego samodoskonalenia. Urodziła się w Petersburgu, bardzo szybko straciła matkę, która zmarła na suchoty. Jej ojciec był inżynierem kolejnictwa, budował kolej transsyberyjską. Nie było go więc w domu, małą Antoniną zajęła się siostra jej mamy - ciotka Jadwiga. Wzięła ją do Moskwy, gdzie była nauczycielką. Ale mama tęskniła, więc została zabrana przez ojca do Taszkientu. Dziadek ożenił się ponownie, z Rosjanką. Jeszcze przez chwilę udało się wieść w miarę normalne życie. Była rezolutna. Gdy miała pięć lat, złamała gałąź jabłoni, przewiązała ją niebieską wstążką, którą zdjęła z głowy. Myślała, że się nie wyda i nikt nie zauważy. Potem chodziła do szkoły, do konserwatorium, grała na fortepianie. Wszystko to skończyło się pewnej nocy, kiedy rodzice wyszli do znajomych z wizytą i już nie wrócili. Działały trójki rewolucyjne, bo właśnie zaczęła się rewolucja. Kazano dziadkom pokazać ręce, były bez odcisków. Dziadków rozstrzelano, mama została sama. Nadal chodziła do szkoły, uczyła swoich kolegów w konserwatorium, ktoś pewnie musiał też jej jakoś pomagać.
Dorastała, kochała się w chłopakach. Była piękną, wysoką blondynką, podobno nawet ktoś się jej oświadczył, proponując za nią owce i wielbłądy. Po latach mój ojciec śmiał się z tej anegdoty, żartując, że tak marnie skończyła.
Wracała do Polski transportem. Gdy pociąg stanął, wszyscy wyskakiwali, żeby się załatwić. Mama śmiertelnie się wstydziła, więc pewnego razu popruła na tył pociągu, tylko że tym razem pociąg ruszył bardzo szybko. Wskoczyła na bufor ostatniego wagonu, ale żeby się dostać do środka przedziału, już nie było mowy. Opowiadała, że ubranie przekazywano jej z okna do okna, na kijach, bo wprawdzie dni były upalne, ale noce bardzo zimne, a nikt nie wiedział, kiedy pociąg się ponownie zatrzyma. Przez pierwsze lata w Polsce pracowała jako prywatna nauczycielka, na Podolu. Miała problemy z zamieszkaniem w Warszawie, ktoś ją przygarnął, ale była bez pieniędzy i większych szans, że ta sytuacja się zmieni. Została asystentką, archiwistką u ciotki, która pracowała jako sekretarka w SGGW. Zdolna i ciekawa życia. Bardzo chciała się uczyć, grać. Brała lekcje rysunku. Z jej notatek w dzienniczku wynika, że ciągle miała do siebie pretensje, że jest niewystarczająco doskonała, że za mało w niej dobroci.
Ale też opisała swoją wizytę u chiromantki, ta wywróżyła jej dwóch mężów i dużo dzieci. Jeden z mężów miał być właścicielem ziemskim, z dużą ilością hodowlanych zwierząt. Tu się akurat trochę zgadzało - śmiała się po latach. Instynktownie umiała zająć zwierzętami, a nie kształciła się w tym kierunku, stawiała diagnozy na wyczucie. Oczywiście pomagał jej ojciec. On uważał siebie za dydaktyka, niebywale jasno potrafił przekazać wiedzę o zwierzętach. Pamiętam, jak tłumaczył wypadek, który zdarzył się mamie z tygrysami. Mama wykarmiła je w domu, potem poszły do klatki. Pewnego razu gdy ojca nie było, przyszedł ktoś, kogo trzeba było oprowadzić po ogrodzie. Mama zaprowadziła gościa do swoich pupili. Efektownie to wyglądało - podeszła do klatki, włożyła rękę, podrapała tygrysa za uchem. Tyle że natychmiast poczuła na ręce zaciskające się zęby. Na szczęście zachowała się bardzo prawidłowo: odwróciła się, palnęła drugą ręką tygrysa w łeb, stanowczo go strofując: - Tumry co robisz?! Ojciec tłumaczył, że zwierzę po raz pierwszy znalazło się w takiej sytuacji, mama była odwrócona, z kimś obcym. Tygrys próbował po prostu sprawdzić, kto go za to ucho tak bez pozwolenia chce podrapać, no i sprawdził.
Jaką była matką?
I brat, i ja zawsze musieliśmy się bardziej starać, byliśmy surowo rozliczani. Nazwisko zobowiązywało. Mama była entuzjastką systemu makarenkowskiego. To się na mnie odbiło. Już gdy byłam w liceum, na jednym z zebrań rodzicielskich dyskutowano o tym, że uczniowie palą papierosy. Mama zaproponowała, by stworzyć palarnię, twierdząc, że przecież uczniowie są już niemal dorośli, że powinni się uczyć odpowiedzialności za siebie. Proszę sobie tylko wyobrazić, jaką później cieszyłam się opinią u nauczycieli.
Mama załamała się, gdy rodzice w 1953 r. wyprowadzili się z ogrodu na Kazimierzowską. Nagle skończyło się jej całe aktywne życie. Ojciec miał jednak radio, dużo pracował. A mama? Matka straciła sens, motywację. Ona była od zwierząt - od hodowania, od opieki nad małymi. Załatwiała w ogrodzie mnóstwo spraw administracyjnych. Co miała robić? Mnie pilnować? To tylko jej zostało, a przed czym ja się potwornie buntowałam. Pisała książki, zaczęła wcześnie, bo już przed wojną, publikowała w pismach dla młodzieży. Ale to wszystko nie mogło wynagrodzić jej poprzedniego, tak czynnego życia. Zajęła się domem, trochę tłumaczyła. Przygotowywała przekłady - jej książki o zwierzętach ukazały się po rosyjsku. Nawet wiele lat już po śmierci mamy poszukiwała ją młoda Rosjanka, która chciała napisać o niej pracę.
Cieszę się, że książki mamy doczekały się wznowień, że są "Dżolly i s-ka", "Rysice", że wyjdzie "Borsunio". I teraz "Ludzie i zwierzęta ". Mama zasługuje na to, by o niej pamiętać.
Spotkanie poświęcone książce Antoniny Żabińskiej "Ludzie i zwierzęta" (Wydawnictwo Literackie) - dziś o godz. 18 w Miejskim Ogrodzie Zoologicznym (Ratuszowa 1/3, słoniarnia). W rozmowie udział wezmą dzieci autorki Teresa Żabińska-Zawadzki i Ryszard Żabiński. Fragmenty książki przeczyta Marzena Trybała
Najczęściej czytane24 htydzień
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


