Prawnicze zagłębie na Kapucyńskiej

Jerzy S. Majewski
23.04.2010 aktualizacja: 2010-04-22 21:59
A A A Drukuj
Ślub prezydenta Ignacego Mościckiego z Marią Nagórną 11 października 1933 r.
Z prawej stoi kardynał Aleksander Kakowski NAC
  • Maria Mościcka
Z cyklu Warszawa Nieodbudowana: kamienice przy Kapucyńskiej. Roiło się w nich od radców, mecenasów i sędziów. Nic dziwnego - w pobliżu ulokowały się instytucje sądowe.
W pałacu Krasińskich mieścił się Sąd Najwyższy, w pałacu Badenich również przy pl. Krasińskich - apelacyjny, a w pałacu Paca przy Miodowej - sąd okręgowy. Zaś na jego tyłach przy Kapucyńskiej 6 - hipoteka.

Goldberg chłoszcze krytyką

Z panem Henrykiem umówiłem się w kawiarni Ali Baba. To było kilkanaście lat temu. Kawiarnia mieściła się wówczas na rogu Miodowej i Koziej. Pan Henryk, wskazując palcem powietrze nad wylotem Trasy W-Z, mówił: -Tu stał pałac Tepperów. A tam, przy Kapucyńskiej 3, kamienica sędziego Jarmołowicza.

Ojciec pana Henryka prowadził jakąś skomplikowaną sprawę spadkową i kilka razy zabierał go do domu przy Kapucyńskiej 3. - Nie pamiętam, czy to była kancelaria, czy może prywatne mieszkanie prawnika. Znakomicie jednak przypominam sobie widok z okna na ogród klasztorny ojców kapucynów po drugiej stronie ulicy i nastrój wnętrza - wspominał. To wnętrze wydawało mu się mroczne i staroświeckie, choć kamienica u schyłku lat 30. miała niewiele ponad 40 lat. - Skrzypiały podłogi, na ścianach wisiały obrazy, zaś pomieszczenia wypełniały masywne i ciemne meble - opowiadał.

Kamienica przy Kapucyńskiej 3 powstała w 1894 r. dla spółki Kossakowski i Szuch. "Fasada utrzymana w formach renesansowych, skromna, bez pretensji do jakiejkolwiek bądź kompozycji, uornamentowana została zwykłym wieńczącym gzymsem, takimiż obramieniami okien i boniowaniem parteru" - pisał Goldberg na łamach "Kuriera Warszawskiego" w 1895 r. Krytykował Kossakowskiego i Szucha za to, że poskąpili kasy, zapłacili architektowi minimalną stawkę honorarium i w rezultacie fasada pod względem artystycznym nie była jego zdaniem wysokich lotów, choć dziś pewnie ocenialibyśmy ją zupełnie inaczej.

Kamienica miała trzy piętra, dom frontowy zwrócony w stronę ogrodu klasztornego i dwa podwórka. To położone dalej od ulicy nie miało tylnej oficyny pałacu Krasińskich, tylko niski parterowy domek wynajmowany przed 1939 r. na magazyn bawełny. Przylegał on do oficyny pałacu Teppera.

W domu niemal od razu zamieszkali prawnicy. Część z nich otworzyła kancelarie. W pierwszych latach XX w. przyjmowali tu mecenasi Adolf Finkelhaus, Bukowiecki, Pawłowski, Życki. W latach międzywojennych dom był własnością Jana Jarmołowicza, sędziego Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Mieszkał tu też jeden z jego kolegów po fachu - Wacław Borkowski, sędzia tego samego trybunału.

Pan Henryk nie bardzo mógł sobie przypomnieć wygląd bramy kamienicy i marmurowej klatki schodowej, bo - jak mówił - jego pamięć zatarło całkiem inne wspomnienie. W bramie zobaczył ładną i elegancko ubraną kobietę. Jak się okazało, była to pani prezydentowa - druga żona Ignacego Mościckiego.

- Jako nastolatkowi nie wydała mi się jakoś szczególnie młoda, chociaż cała Warszawa plotkowała, że prezydent po śmierci swej pierwszej żony Michaliny ożenił się z kobietą dużo, dużo od siebie młodszą. Maria Mościcka była jednak naprawdę ładna. No i budziła zawiść. Pamiętam, jak ktoś szeptał potem do ojca: "Ta to się urządziła" - mówił pan Henryk i dodawał, że choć widział ją tylko przez chwilę, wspomnienie to utkwiło mu na całe życie.

Warszawa huczy od plotek

Co nowa prezydentowa Mościcka robiła w kamienicy sędziego Jarmołowicza? Z kim się tam spotykała? Czy przyszła z Zamku Królewskiego pieszo? - tego się już pewnie nigdy nie dowiemy. Panią Marię wspominała nieżyczliwa jej zdecydowanie Janina Dunin-Wąsowiczowa związana z marszałkową Aleksandrą Piłsudską. Jak pisze, Maria Nagórna, rozwiedziona żona kpt. Nagórnego, należała do "fraucymeru" "starej" prezydentowej Michaliny Mościckiej. "Kiedy to panią Marię porzucił piękny mąż, przygarnęła ją prezydentowa, dając jej stanowisko osobistej sekretarki. (...) Była poważna, swoje obowiązki wypełniała sumiennie z wielkim taktem. Wydawała się jakaś szara, niezwracająca na siebie uwagi. Dopiero gdy po śmierci swej protektorki została żoną prezydenta, zakwitła pełnią urody, w odpowiednim otoczeniu, ubraniu i w całych tych wspaniałych ramach, jakie dawało jej stanowisko" - pisała Janina Dunin-Wąsowiczowa.

Zgodę na rozwód Maria Nagórna otrzymała ze Stolicy Apostolskiej, co wywołało duże oburzenie kręgów konserwatywnych. Potem Maria Mościcka była celem niezliczonych plotek. Zarzucano jej, że z szarej myszki przeobraziła się w wielką panią. "Nikt nie umie wyjaśnić, od jak dawna Mościcki darzył Marię uczuciem, od kiedy łączył ich i czy łączył jakiś bliższy stosunek jeszcze podczas choroby pani Michaliny" - zastanawiała się.

O planach małżeństwa Mościcki miał powiadomić marszałka Piłsudskiego kilkanaście miesięcy po śmierci żony w 1932 r. Jak głosiła plotka, marszałek na tę wiadomość wybuchnął śmiechem. „Jakoby Piłsudski miał powiedzieć: »Gdy chcesz wypić szklankę piwa, po co masz kupować browar! «. Jednak potem wybuchła w całej Warszawie wiadomość, że Mościcki żeni się z Nagórną. Wtedy przypomnieli sobie ludzie, że już następnego lata po śmierci pani Michaliny Mościckiej prezydent spędził uroczy urlop w Juracie razem z Nagórną. Ale mogła być ona wtedy jedną więcej osobą z otoczenia prezydenta” - przypominała sobie Janina Dunin-Wąsowiczowa. Aleksandra Piłsudska uważała, że to plotki, które z oburzeniem dementowały także panie z jej otoczenia.

Czystki na Zamku

Nie były to jednak plotki i jak pisze Dunin-Wąsowiczowa, na Zamku Królewskim szybko zaczęły się rządy pani Marii. "Usunęła z Zamku wszystkich jej nieżyczliwych, wszystkich, którzy ją tam może jeszcze jako sekretarkę gorzej potraktowali. Odszedł major Jurgielewicz, długoletni adiutant - piękny mężczyzna reprezentacyjny - mocno związany z Zamkiem. Poszli i inni, przyszedł natomiast nowy dyrektor kancelarii cywilnej prezydenta, a także nowy kapelan, młody i piękny ksiądz Jan Humpola".

Pani Maria urządziła na nowo apartamenty na drugim piętrze Zamku, dokąd prowadziły kręcone schody z jednego z salonów. Zjednała sobie Aleksandrę Piłsudską zaangażowaniem w "pracę społeczną". Założyła m.in. przedszkole dla dzieci ze Starego Miasta i Podzamcza. Zdaniem pani Dunin-Wąsowiczowej początkowy zapał nowej pani prezydentowej przeszedł, gdy otrzymała nową willę na Mokotowie. Skupiła się wówczas na jej urządzaniu.

Zdaniem autorki pamiętnika Marii Mościckiej zapamiętano incydent z pogrzebu marszałka Piłsudskiego w maju 1935 r. Podczas mszy w katedrze na Wawelu jego trumna stanęła tuż obok konfesji św. Stanisława. "Wdowa i córki siedziały na krzesłach przed św. Stanisławem, nie widząc trumny Marszałka. Ja siedziałam w katedrze w ławkach, skąd mogłam widzieć cały kościół i oto przed wielkim ołtarzem ustawiony był klęcznik na środku kościoła, a na nim klęczała postać kobieca w żałobnych welonach z zasłoniętą twarzą. Wiele osób myślało, że to wdowa, a to była pani prezydentowa, która nie mogła siedzieć z boku w stallach razem ze swoimi paniami z Zamku. Czyżby było nie do honoru pani Marii pozostanie tutaj z paniami? (...) To wyróżnienie pani prezydentowej w kościele podczas nabożeństwa żałobnych przed trumną Marszałka nikomu się nie podobało" - czytamy.

Płonąca bawełna

Wróćmy jednak z Zamku do kamienicy przy Kapucyńskiej. W domu pod trójką w 1939 r. mieszkała z rodziną dr Hanna Petrynowska, siostra Jana Żabińskiego, dyrektora warszawskiego zoo. Była lekarzem medycyny, tak jak jej mąż Marian. Gdy wybuchła wojna, na Kapucyńskiej schroniła się z dzieckiem żona dyrektora Antonina Żabińska. Podczas ostrzeliwania miasta schodziła na parter do pracowni abażurów pań Caderskiej i Sokołowskiej. Małego synka układała na materacu w przedpokoju, a sama kładła się na nim, by przykryć go swym ciałem. "Trafiał mi do przekonania rozpowszechniony wówczas pogląd, że parter daje minimum szans, zwłaszcza zaś futryna drzwi, która silniej opiera się wstrząsom niż zwykła ściana i bodaj częściowo chroni przed zasypaniem gruzem. Wiele osób chowało się w piwnicach. Powstrzymywała mnie od tego myśl o pożarze" - wspomina we wznowionej w tym roku książce "Ludzie i zwierzęta". Wieczorem 26 września na budynek spadły bomby zapalające. Jedna na drugi dziedziniec i zapaliła parterową oficynę ze składem bawełny. Buchnął ogromny ogień, grożąc spaleniem całego budynku. Płomienie pełzały po ścianach oficyn aż do trzeciego piętra. "Obie siostry męża Petrynowska i Zaorska wiadrem czerpały wodę z zapasów w wannie i mokrymi ścierkami zwilżały zewnętrzne futryny okien, aby się nie zapaliły. Ja, dzieci i reszta stałyśmy w bramie gotowe do ucieczki. I nic by nas nie uratowało, gdyby pan Leon, sprzedawca gazet, nie wpadł na pomysł, by otworzyć na oścież bramę. Zdawało się, że wiatr zmieniał kierunek. Uderzył w nas silny prąd powietrza (...) przerodził się w istny huragan, wleciał na drugie podwórze tunelami obu bram, przegiął słup ognia i cisnął go przez zwalony mur ku Senatorskiej. (...) Dom był ocalony" - wspomina Antonina Żabińska.

Chwilę później rozległ się jednak potężny huk. Na kamienicę spadła bomba lotnicza. Nie eksplodowała jednak. Przebiła dach budynku frontowego, przeleciała przez czwarte piętro i utkwiła w stropie trzeciego piętra. Tak kamienica cudownie ocalała i dotrwała do Powstania Warszawskiego.

Mieszkanie dr Hanny Petrynowskiej było jednak przesiąknięte smutkiem. Jej męża Mariana Niemcy uwięzili na początku wojny, wywieźli do Mauthausen i tam rozstrzelali jeszcze przed końcem 1940 r. Kamienica spłonęła w 1944 r. wraz z sąsiednimi budynkami, a jej mury ostatecznie zburzono przed 1949 r. pod budowę wykopu Trasy W-Z.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się