Wojna w Warszawie okiem dziecka

Jerzy S. Majewski
27.08.2010 aktualizacja: 2010-08-26 19:24
A A A Drukuj
Kamienica przy Śliskiej od frontu i od podwórza, gdzie zachowały się resztki reklamy Społem Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
  • Kamienica przy Śliskiej od podwórza, gdzie zachowały się resztki reklamy Społem
Kamienica przy Śliskiej znalazła się w małym getcie. Gdy Niemcy je zmniejszyli, wyrzucili Żydów i przeprowadzili tu Polaków wysiedlonych z domu pocztowców przy Ratuszowej. Kolejny odcinek cyklu "Warszawa nieodbudowana" Dziś Śliska 52
Jednym z nowych mieszkańców kamienicy był Ryszard Nawrocki, syn pocztowców wyrzuconych z mieszkania na Pradze. O istniejącym do dziś budynku przy Ratuszowej 7/9 pisałem w tym cyklu przed tygodniem. Dziś dalsza części wojennej opowieści pana Nawrockiego.

Z policją na parterze

Cofnijmy się jednak w czasie. Kamienica przy Śliskiej 52 powstała na przełomie XIX i XX w. Przetrwała do dziś, choć pozbawiona jest jakiegokolwiek wystroju elewacji, obniżona o piętro i opustoszała. Przed 1939 r. Śliska była ulicą w zachodniej części Śródmieścia. Gęsto zabudowaną, niemal pozbawioną zieleni, za to przetykaną różnymi składami na niezabudowanych placach, warsztatami, fabryczkami. Życie toczyło się tu podobnie jak w innych rzemieślniczo-robotniczych częściach Warszawy.

Mieszkańcami domu pod nr. 52. byli zarówno Polacy, jak i Żydzi. Na przełomie XIX i XX w. kamienica należała do Edwarda Otto, w latach 20. i 30. zaś była własnością Tomasza Niemyjskiego. Miała wówczas cztery piętra, wysoki parter i suterenę oraz jedno podwórko studnię. Po przeciwnej stronie ulicy wznosiły się zabudowania szpitala Bersonów i Baumanów (obecnie zakaźny dla dzieci między Śliską a Sienną). Ponad nimi z wyższych pięter kamienicy widać było eleganckie domy dochodowe przy Siennej.

W 1932 r. kamienica Niemyjskiego trafiła do kroniki kryminalnej. Sprawa była błaha, choć charakterystyczna. Dotyczyła okradania bielizny rozwieszanej na strychu. Poddasze użytkowały lokatorki kamienicy, które suszyły tu pranie. Złodzieje bielizny działali w szajkach. Gdy pranie znikło ze strychu na Śliskiej 52, "lamentu było co niemiara. Kilka lokatorek udało się w asyście wywiadowców na pl. Kercelego i tu powiodło się przechwycić towar. Okazało się, że kradzieży dopuścili się Józef Skiba i Janina Synkalska (oboje nigdzie niezameldowani), pośredniczył w zbycie Jan Wiśniewski (Stawki 41), nabyła zaś kradzioną bieliznę Eugenia Gajek (Krochmalna 73). Wszyscy siedzą" - donosił szczegółowo "Kurier Warszawski" 20 czerwca 1932 r. Złodzieje byli wyjątkowo zuchwali, a reakcja błyskawiczna, bo na parterze kamienicy mieścił się VIII komisariat Policji Państwowej.

Istniał aż do 1944 r., także w czasie, gdy Śliska znalazła się w getcie. Była to jego "lepsza" część. To przy tej ulicy od przedwojnia do 1942 r. mieszkał z rodziną Władysław Szpilman, kompozytor wielu popularnych piosenek uwieczniony w filmie "Pianista". Po okrojeniu małego getta opróżnione budynki znalazły się po stronie aryjskiej.

Wybuchający piecyk

- Mieszkanie na Śliskiej, do którego mieliśmy się sprowadzić w drugiej połowie 1942 r., było kompletnie zaśmiecone. Ojciec musiał je wyremontować. Dom był stary, ale niezbyt zniszczony - opowiada pan Nawrocki. Pamięta, że na parterze wciąż mieścił się komisariat granatowej policji.

Jak mówi, jego rodzice zajęli spore, trzypokojowe mieszkanie od frontu. Sam dom był raczej skromny. W łazience znajdował się wybuchający piecyk gazowy. W pokojach stały kaflowe piece, kuchnia zaś była węglowa.

- Nad nami mieszkała pani Fialowa, z pochodzenia Czeszka, też była mieszkanka domu przy Ratuszowej. Uczyła moją siostrę gry na fortepianie, ja od niej pożyczałem wielkie tomisko Szekspira z tłumaczeniem. Zaczytywałem się w nim tygodniami. Chodziłem wtedy do szkoły handlowej na Krochmalną. Tam też mieliśmy tajne komplety. Wyglądało to tak, że np. oficjalnie prowadzona była lekcja z maszynopisania. Siedzieliśmy przy maszynach, a nauczyciel wykładał nam historię Polski - wspomina pan Nawrocki.

W pułapce

W sierpniu 1944 r. Ryszard Nawrocki miał 15 lat. Jednak jak wspomina, wyglądał najwyżej na 12. Jego siostra Basia skończyła lat dziesięć. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego ze Śliskiej jechali na Powiśle do wuja, by podlać kwiaty.

- Strzelanina zatrzymała nas na Górnośląskiej. To było na długo przed godz. 17 - wspomina pan Ryszard, który od 50 lat mieszka w Ameryce. Zapewne usłyszał tę strzelaninę na Zagórnej, do której doszło o godz. 15. - Jak inni wbiegliśmy do bramy i tam przesiedzieliśmy do wieczora. Dopiero po zmierzchu dotarliśmy do domu na Fabrycznej. Weszliśmy do mieszkania i znaleźliśmy się w pułapce - mówi. Ulica była polem niczyim. Dom zajmowany przez niemieckich urzędników pocztowych stał teraz pusty. Zaczęli głodować. Najpierw zjedli słoik ogórków kiszonych. Następnie marmolady. Wreszcie wyjedli resztki cukru. Później nie było już nic. Pierwszego dnia czynny był jeszcze telefon. Udało się im połączyć z rodzicami, których powstanie zastało przy ul. Madalińskiego na Mokotowie. Po tej rozmowie telefon zamilkł.

- W domu przy Fabrycznej została dozorczyni. Jak dowiedziała się, że jesteśmy, to na drugi czy trzeci dzień przyniosła nam kilka suszonych skórek z chleba przydziałowego. Odcinała je i suszyła dla kozy, którą trzymała ogródku - wspomina. Tak minęło kilka dni.

Wreszcie którejś nocy do kamienicy dotarł patrol powstańczy. - Spojrzeli na nas i powiedzieli, że tu nie mamy szans na przeżycie. I zabrali nas ze sobą - opowiada.

W paszczy wilka

Powstańcy nie mieli, co zrobić z dziećmi i postanowili przeprowadzić je kanałami na Mokotów tam, gdzie byli ich rodzice. Dołączyli je do grupy idącej kanałami pod Czerniakowską.

- To było jakieś 20 osób. Mężczyźni i kobiety. Z nami młoda łączniczka. Nie znałem dzielnicy i nie wiem, gdzie weszliśmy do kanału. Grupę prowadziła dziewczyna. Szliśmy pochyleni odcinkami. Byłem wtedy niewysoki, ale nawet dla mnie było to trudne. Mijaliśmy rozgałęzienia i wyloty kanałów z otwartymi włazami, skąd biło światło. Na szczęście ścieków było niewiele. Najwyżej po kostki - opowiada.

Doszli do punktu, w którym mieli wydostać się na powierzchnię. Powietrze przenikał gęsty dym po wybuchach granatów. Dusili się, dym gryzł im oczy.

- Ludzie mieli już dość. Ktoś krzyknął, że nie będziemy umierać tu jak szczury i wychodzi na zewnątrz - wspomina. Właz był zdjęty. Na górze oślepiło ich światło. Wokół stali Niemcy. - To było gdzieś przy Stacji Pomp Rzecznych na Czerniakowskiej u wylotu ul. Szwoleżerów. Niemcy ustawili nas pod murem i każdego zrewidowali. Jeszcze w kanale przed wyjściem padło polecenie, by ci, którzy mają jakąś broń, pozbyli się jej. Mężczyzn oddzielili od kobiet i dołączyli do innych. Ustawili trójkami w kolumnie. Łączniczka mówiąca po niemiecku pertraktowała o losie moim i siostry.

Podziel się