Tu w kolejkach po wizy do USA stali już przed wojną
03.09.2010
aktualizacja: 2010-09-02 20:10
SYLWESTER BRAUN "KRIS", REPORTAŻE Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO, WARSZAWA 1983
W wielkiej i luksusowej kamienicy braci Bachrachów przed I wojną światową ulokował się konsulat niemiecki w Warszawie. W latach międzywojennych 24 pokoje pierwszego piętra zajmował konsulat generalny Stanów Zjednoczonych
ZOBACZ TAKŻE
- Zniosą wizy w zamian za poparcie START? Sikorski: USA skłonne do kompromisu (20-11-10, 16:32)
- Co Obama powie w Warszawie o zniesieniu wiz? (24-05-11, 12:10)
- Hotel Londyński nie tylko "na godzinę" (24-09-10, 15:00)
- Ukazał się album ze słynnym zdjęciem Bryana z 1939 r. (15-09-10, 09:00)
- Ewangelicy spod Warszawy (10-09-10, 15:00)
- Wojna w Warszawie okiem dziecka (27-08-10, 15:00)
- Wojenne dzieje bloku pocztowców koło ZOO (20-08-10, 15:00)
- "Wojna światów 1920": Piłsudski i Lenin oko w oko (16-08-10, 09:00)
Amerykański fotoreporter i filmowiec Julien Bryan o uderzeniach pocisków artyleryjskich w siedzibę konsulatu amerykańskiego dowiedział się przez telefon. Szybko ruszył tam z małą kamerą, którą od 7 września 1939 r. filmował walczącą Warszawę. Jak notował, w murze kamienicy zobaczył dwie wielkie dziury. Odsłaniały wnętrze konsulatu. Budynek stał, choć nie ocalała w nich chyba żadna szyba. Bryan uruchomił kamerę i uwiecznił stan zniszczenia budynku. Tę scenę możemy dziś zobaczyć w filmie "Korespondent Bryan" w reżyserii Eugeniusza Starky'ego. Jego premiera miała miejsce w ostatnią środę.
Szwajcarzy chowają głowę w piasek
To nie był pierwszy atak na amerykańską placówkę dyplomatyczną. Już o świcie 1 września niemieckie bomby przypadkowo upadły tuż obok willi zajmowanej przez ambasadora Stanów Zjednoczonych Drexela Biddle'a. Ten przeceniał swoje znaczenie. Był pewien, że to on sam stał się celem ataku Niemców. Chwycił za telefon. Wykręcił numer do radcy ambasady brytyjskiej Clifforda Nortona i zaczął krzyczeć do słuchawki: „Atakują”. Bomby padały coraz bliżej, aż jedna eksplodowała w ogrodzie ambasadora. „Jego głos zdradzał teraz absolutne zdumienie. »Oni atakują mnie! « - krzyknął do telefonu. Niepokojąc się naturalnie o bezpieczeństwo swego kolegi, Norton był po cichu zadowolony, słysząc, że Niemcy atakują posesję amerykańską. Powinno to dopomóc w skłonieniu Stanów Zjednoczonych do szybszego i aktywniejszego przejścia na stronę aliantów” - pisał Nicholas Bethell w książce „Wojna Hitlera”.
Biddle był ponownie świadkiem niemieckiego ataku bombowego 12 września w Krzemieńcu. Na Podolu znalazł się przejściowo wraz z grupą dyplomatów po opuszczeniu Warszawy 5 września (tego dnia minister spraw zagranicznych Józef Beck podjął decyzję o ewakuacji tego resortu na wschód). Niemcy zrzucili bomby w rejonie rynku w Krzemieńcu, zabijając ok. 50 osób. „Miejscowość ta, bezbronne otwarte miasteczko zostało dziś o 11 zbombardowane” - notował ambasador USA Biddle. Atak wywołał wówczas furię dyplomatów. „Natychmiast odbyli oni gniewne spotkanie pod przewodnictwem ambasadora Biddle'a. Poza Szwajcarami, których główną troską było pokazanie, jak bardzo są neutralni, szefowie misji postanowili wysłać do swych rządów telegramy protestujące przeciwko bombardowaniu ludności cywilnej. Zostały one nadane z miejscowej poczty. (...) Brytyjscy dyplomaci nie rozumieli odpowiedzi, jaka błyskawicznie nadeszła z Londynu. »Czy możecie udowodnić, że Krzemieniec nie jest węzłem kolejowym «” - pisał Bethell.
Filmy w maskach
Chociaż ambasador USA opuścił Warszawę jeszcze przed jej oblężeniem przez Niemców, to w mieście pozostała część amerykańskiego korpusu wraz z konsulem generalnym. Budynek ambasady Stanów Zjednoczonych w Al. Ujazdowskich został oznakowany flagą amerykańską rozpiętą na dachu, a w trakcie bombardowań pracownicy schodzili do schronu przeciwodłamkowego w ogrodzie. Mniej bezpiecznie było w samej siedzibie konsulatu przy Świętokrzyskiej, której rejon przez całe oblężenie Warszawy był silnie ostrzeliwany. Wystarczy wspomnieć, że w stojącym w pobliżu wieżowcu Prudential jeszcze przed 21 września Julien Bryan naliczył ponad 50 śladów po uderzeniach pocisków.
Ostatecznie pozostali w Warszawie dyplomaci amerykańscy opuścili Warszawę szosą radzymińską 21 września. Niemcy przepuścili wówczas 178 członków korpusu dyplomatycznego i 1200 osób kolonii cudzoziemskiej. Pomiędzy zasiekami przejechał wówczas sznur samochodów z chorągiewkami wielu państw. Te sceny utrwalili na taśmie filmowej reporterzy niemieckiej kroniki filmowej. W dramatycznej wersji oglądamy je m.in. w popularnym niegdyś amerykańskim serialu "Wichry wojny".
Wtedy też wraz z amerykańskimi dyplomatami wyjechał z Warszawy Julien Bryan, wywożąc materiały filmowe z oblężenia Warszawy ukryte m.in. w maskach gazowych dyplomatów.
Od braci do Kotwicy
Przenieśmy się jednak w czasie do początku XX w. i powróćmy na Świętokrzyską. Kamienica mieszcząca amerykański konsulat była ogromna. Powstała przed 1909 r. na szerokiej działce ciągnącej się wzdłuż Świętokrzyskiej od Szkolnej po Jasną. Miała chyba jeszcze tradycyjną konstrukcję z cegieł i drewnianych lub ceglanych stropów, bo gdy w 1944 r. trafił w nią pocisk z ciężkiego moździerza, rozpadła się jak domek z kart.
Uzyskała aż trzy monumentalne elewacje frontowe. Niezwykle wydłużona od strony Świętokrzyskiej i dwie krótsze od Jasnej i Szkolnej. Całość wspierała się na wyodrębnionej partii cokołowej. Aby ożywić długą elewację, architekt rozbił ją, wprowadzając pseudoryzality ujęte po bokach potężnymi półkolumnami, które dźwigały trójkątne tympanony. Te ostatnie wypełnione były płaskorzeźbami. Bardzo ozdobnie potraktowano też duże półkoliste okna w zwieńczeniu ryzalitów. Sposób ich opracowania nasuwa skojarzenia z projektami architekta Dawida Landego działającego w Warszawie i Łodzi. Trudno jednak przesądzić, kto tak naprawdę był projektantem tej kamienicy.
Szczególnie efektownie opracowane zostały jej narożniki. I one ujęte były półkolumnami oraz zwieńczone półkoliście wygiętymi attykami, na których pojawiły się secesyjne maski. Chyba jako pierwszy o kamienicy pisał Ireneusz Zalewski na łamach "Trybuny". Ustalił, że zbudowali ją bracia Aron i Izrael Bachrachowie, którzy u schyłku XIX wieku przybyli do Warszawy z Rosji. Prowadzili dom handlowy pod firmą Bracia Bachrach. Budowali też luksusowe kamienice. Wytwornością cechował się zwłaszcza dom przy ul. hr. Kotzebue, czyli późniejszej Fredry 10, o oknach apartamentów zwróconych w stronę Ogrodu Saskiego. Tam też mieściła się siedziba ich firmy.
Izrael przyjęty został w poczet członków Zgromadzenia Kupców Miasta Warszawy, obaj bracia zaś należeli do Zgromadzenia Giełdowego. Aron zmarł w roku 1920, Izrael zaś w 1929. Kamienicę odziedziczyły ich dzieci. Razem osiem osób. Dom sprzedali już w 1933 r. za ogromną sumę miliona i 200 tysięcy złotych Powszechnemu Towarzystwu Ubezpieczeń w Wiedniu "Der Anker" działającemu w Polsce pod firmą Kotwica. Kilka lat później w wyniku fuzji Kotwica połączyła się z polskim towarzystwem asekuracyjnym Vita, tworząc nową firmę Towarzystwo Ubezpieczeń Vita Kotwica.
Górale pod konsulatem
Kamienica przy Jasnej 11 znakomicie wpisywała się w klimat warszawskiego city. Parter w całości zajmowały sklepy, na pierwszym piętrze działało wiele biur, wyżej zaś znajdowały się mieszkania. Musiały być bardzo wytworne, bo jeszcze przed I wojną ulokował się tu konsulat Cesarstwa Niemieckiego. Mieścił się w narożniku budynku u zbiegu Jasnej i Świętokrzyskiej.
W latach międzywojennych od urodzenia w 1930 r. aż do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała tu nasza czytelniczka pani Jadwiga Talbierska. W liście do "Gazety" wspomina wspaniałe, reprezentacyjne klatki schodowe. Na każdym piętrze były cztery sześciopokojowe mieszkania, po dwa przy każdej z reprezentacyjnych klatek. W oficynach znalazło się po kilka mniejszych mieszkań - przypomina sobie czytelniczka.
Partia cokołowa była bardzo wysoka, a jej ściany przebiły wielkie witryny sklepów. Jednak nie tak ogromne jak w nowszych domach warszawskiego city powstającego na początku XX w. Ulokowała się tu m.in. księgarnia Zysla Frydmana, która była jednym z niezliczonych antykwariatów przy Świętokrzyskiej. Od 1909 r. działała też księgarnia Franca Englerta założona jeszcze w latach 80. XIX w., gdy wycofał się ze spółki z Wacławem Wodzuskim, i działająca początkowo przy Ordynackiej 14. Spory procent sprzedawanych tu książek stanowiły podręczniki i wydawnictwa edukacyjne.
W latach międzywojennych w kamienicy mieściły się m.in. składy artykułów kolonialnych E.K. Etienne i Nasza Praca Juszczyka oraz Borowicza. Juszczyk, już bez Borowicza, prowadził sklep także w latach II wojny światowej.
Wyżej rozgościło się mnóstwo przedstawicielstw handlowych, redakcji, a nawet pierwsze w Warszawie prywatne pogotowie. W latach międzywojennych działały tu m.in. redakcje "Głosu lokatorskiego" i "Pediatrii polskiej", Biuro Międzynarodowego Towarzystwa Budowy Okrętów i Maszyn - Stocznia Gdańska, a biuro N. Hellera prowadziło interesy przemysłu drzewnego.
Pani Jadwiga Talbierska wymienia kolejne interesy, licząc od ul Szkolnej: firma Zygmunt Orzechowski - ubrania męskie z pracownią krawiecką w suterenie, pracownia parasoli i lasek St. Molla, sklep z ubraniami Jana Błeszyńskiego, dalej z obuwiem Jana Kaczyńskiego, konfekcja męska Władysława Gajewskiego. „Sklepy sięgały do połowy całego budynku, który składał się z dwóch identycznych części tworzących odwróconą literę E. Na narożniku ul. Świętokrzyskiej i Jasnej był tzw. sklep kupiecki - kolonialny. Od Szkolnej na piętrach biura zarządu Zakładów Przemysłowych »Wuko « państwa Kohanów, fabryka papy, jakaś firma juchtowa handlująca wyprawioną skórą bydlęcą i budowlana Nawrockiego” - czytamy w liście do „Gazety”.
Wreszcie pani Talbierska wspomina konsulat amerykański. Tak jak dziś ambasada Stanów Zjednoczonych przyciągał on całe rzesze czekających na wizę. "Pamiętam grupy ludzi najczęściej górali koczujących na ulicy i czekających na otwarcie konsulatu" - pisze.
Pocisk kruszy mury
Mimo zniszczeń we wrześniu 1939 r. budynek szybko wyremontowano. Konsulat amerykański został jednak zlikwidowany tak jak wszystkie inne placówki dyplomatyczne w Warszawie. W czasie okupacji Niemcy zdegradowali miasto do stolicy dystryktu w Generalnym Gubernatorstwie. Ostatni dyplomaci amerykańscy wyjechali z Warszawy już po kapitulacji miasta.
Część lokalu od Jasnej zajęła prywatna szkoła techniczno-budowlana Jastrzębskiego. Tak budynek dotrwał do Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie poważnie uszkodzony został 28 sierpnia, gdy Niemcy ostrzeliwali z ciężkiego moździerza Thor okolice placu Napoleona (dziś Powstańców Warszawy). Kolejne ciosy spadły na kamienicę ok. 2 września. Tego dnia płonęła niemal cała Jasna. Gdy dzień później Sylwester Braun "Kris" podążał śladem nalotów, w miejscu kamienic sterczały wypalone ruiny. Dawna kamienica Bachrachów miała już w tym czasie niemal zupełnie zwalone ściany. Tylko opięte półkolumnami narożniki sterczały samotnie jak ruiny antycznego miasta. Zrujnowane mury nie stały długo. Rozebrano je tuż po wojnie. Zniknęły też resztki całej północnej (parzystej) pierzei Świętokrzyskiej. Ulica została, bowiem znacznie poszerzona, a w miejscu budynków stanęły podobne w charakterze biurowce o oszczędnej, socrealistycznej architekturze.
Szwajcarzy chowają głowę w piasek
To nie był pierwszy atak na amerykańską placówkę dyplomatyczną. Już o świcie 1 września niemieckie bomby przypadkowo upadły tuż obok willi zajmowanej przez ambasadora Stanów Zjednoczonych Drexela Biddle'a. Ten przeceniał swoje znaczenie. Był pewien, że to on sam stał się celem ataku Niemców. Chwycił za telefon. Wykręcił numer do radcy ambasady brytyjskiej Clifforda Nortona i zaczął krzyczeć do słuchawki: „Atakują”. Bomby padały coraz bliżej, aż jedna eksplodowała w ogrodzie ambasadora. „Jego głos zdradzał teraz absolutne zdumienie. »Oni atakują mnie! « - krzyknął do telefonu. Niepokojąc się naturalnie o bezpieczeństwo swego kolegi, Norton był po cichu zadowolony, słysząc, że Niemcy atakują posesję amerykańską. Powinno to dopomóc w skłonieniu Stanów Zjednoczonych do szybszego i aktywniejszego przejścia na stronę aliantów” - pisał Nicholas Bethell w książce „Wojna Hitlera”.
Biddle był ponownie świadkiem niemieckiego ataku bombowego 12 września w Krzemieńcu. Na Podolu znalazł się przejściowo wraz z grupą dyplomatów po opuszczeniu Warszawy 5 września (tego dnia minister spraw zagranicznych Józef Beck podjął decyzję o ewakuacji tego resortu na wschód). Niemcy zrzucili bomby w rejonie rynku w Krzemieńcu, zabijając ok. 50 osób. „Miejscowość ta, bezbronne otwarte miasteczko zostało dziś o 11 zbombardowane” - notował ambasador USA Biddle. Atak wywołał wówczas furię dyplomatów. „Natychmiast odbyli oni gniewne spotkanie pod przewodnictwem ambasadora Biddle'a. Poza Szwajcarami, których główną troską było pokazanie, jak bardzo są neutralni, szefowie misji postanowili wysłać do swych rządów telegramy protestujące przeciwko bombardowaniu ludności cywilnej. Zostały one nadane z miejscowej poczty. (...) Brytyjscy dyplomaci nie rozumieli odpowiedzi, jaka błyskawicznie nadeszła z Londynu. »Czy możecie udowodnić, że Krzemieniec nie jest węzłem kolejowym «” - pisał Bethell.
Filmy w maskach
Chociaż ambasador USA opuścił Warszawę jeszcze przed jej oblężeniem przez Niemców, to w mieście pozostała część amerykańskiego korpusu wraz z konsulem generalnym. Budynek ambasady Stanów Zjednoczonych w Al. Ujazdowskich został oznakowany flagą amerykańską rozpiętą na dachu, a w trakcie bombardowań pracownicy schodzili do schronu przeciwodłamkowego w ogrodzie. Mniej bezpiecznie było w samej siedzibie konsulatu przy Świętokrzyskiej, której rejon przez całe oblężenie Warszawy był silnie ostrzeliwany. Wystarczy wspomnieć, że w stojącym w pobliżu wieżowcu Prudential jeszcze przed 21 września Julien Bryan naliczył ponad 50 śladów po uderzeniach pocisków.
Ostatecznie pozostali w Warszawie dyplomaci amerykańscy opuścili Warszawę szosą radzymińską 21 września. Niemcy przepuścili wówczas 178 członków korpusu dyplomatycznego i 1200 osób kolonii cudzoziemskiej. Pomiędzy zasiekami przejechał wówczas sznur samochodów z chorągiewkami wielu państw. Te sceny utrwalili na taśmie filmowej reporterzy niemieckiej kroniki filmowej. W dramatycznej wersji oglądamy je m.in. w popularnym niegdyś amerykańskim serialu "Wichry wojny".
Wtedy też wraz z amerykańskimi dyplomatami wyjechał z Warszawy Julien Bryan, wywożąc materiały filmowe z oblężenia Warszawy ukryte m.in. w maskach gazowych dyplomatów.
Od braci do Kotwicy
Przenieśmy się jednak w czasie do początku XX w. i powróćmy na Świętokrzyską. Kamienica mieszcząca amerykański konsulat była ogromna. Powstała przed 1909 r. na szerokiej działce ciągnącej się wzdłuż Świętokrzyskiej od Szkolnej po Jasną. Miała chyba jeszcze tradycyjną konstrukcję z cegieł i drewnianych lub ceglanych stropów, bo gdy w 1944 r. trafił w nią pocisk z ciężkiego moździerza, rozpadła się jak domek z kart.
Uzyskała aż trzy monumentalne elewacje frontowe. Niezwykle wydłużona od strony Świętokrzyskiej i dwie krótsze od Jasnej i Szkolnej. Całość wspierała się na wyodrębnionej partii cokołowej. Aby ożywić długą elewację, architekt rozbił ją, wprowadzając pseudoryzality ujęte po bokach potężnymi półkolumnami, które dźwigały trójkątne tympanony. Te ostatnie wypełnione były płaskorzeźbami. Bardzo ozdobnie potraktowano też duże półkoliste okna w zwieńczeniu ryzalitów. Sposób ich opracowania nasuwa skojarzenia z projektami architekta Dawida Landego działającego w Warszawie i Łodzi. Trudno jednak przesądzić, kto tak naprawdę był projektantem tej kamienicy.
Szczególnie efektownie opracowane zostały jej narożniki. I one ujęte były półkolumnami oraz zwieńczone półkoliście wygiętymi attykami, na których pojawiły się secesyjne maski. Chyba jako pierwszy o kamienicy pisał Ireneusz Zalewski na łamach "Trybuny". Ustalił, że zbudowali ją bracia Aron i Izrael Bachrachowie, którzy u schyłku XIX wieku przybyli do Warszawy z Rosji. Prowadzili dom handlowy pod firmą Bracia Bachrach. Budowali też luksusowe kamienice. Wytwornością cechował się zwłaszcza dom przy ul. hr. Kotzebue, czyli późniejszej Fredry 10, o oknach apartamentów zwróconych w stronę Ogrodu Saskiego. Tam też mieściła się siedziba ich firmy.
Izrael przyjęty został w poczet członków Zgromadzenia Kupców Miasta Warszawy, obaj bracia zaś należeli do Zgromadzenia Giełdowego. Aron zmarł w roku 1920, Izrael zaś w 1929. Kamienicę odziedziczyły ich dzieci. Razem osiem osób. Dom sprzedali już w 1933 r. za ogromną sumę miliona i 200 tysięcy złotych Powszechnemu Towarzystwu Ubezpieczeń w Wiedniu "Der Anker" działającemu w Polsce pod firmą Kotwica. Kilka lat później w wyniku fuzji Kotwica połączyła się z polskim towarzystwem asekuracyjnym Vita, tworząc nową firmę Towarzystwo Ubezpieczeń Vita Kotwica.
Górale pod konsulatem
Kamienica przy Jasnej 11 znakomicie wpisywała się w klimat warszawskiego city. Parter w całości zajmowały sklepy, na pierwszym piętrze działało wiele biur, wyżej zaś znajdowały się mieszkania. Musiały być bardzo wytworne, bo jeszcze przed I wojną ulokował się tu konsulat Cesarstwa Niemieckiego. Mieścił się w narożniku budynku u zbiegu Jasnej i Świętokrzyskiej.
W latach międzywojennych od urodzenia w 1930 r. aż do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała tu nasza czytelniczka pani Jadwiga Talbierska. W liście do "Gazety" wspomina wspaniałe, reprezentacyjne klatki schodowe. Na każdym piętrze były cztery sześciopokojowe mieszkania, po dwa przy każdej z reprezentacyjnych klatek. W oficynach znalazło się po kilka mniejszych mieszkań - przypomina sobie czytelniczka.
Partia cokołowa była bardzo wysoka, a jej ściany przebiły wielkie witryny sklepów. Jednak nie tak ogromne jak w nowszych domach warszawskiego city powstającego na początku XX w. Ulokowała się tu m.in. księgarnia Zysla Frydmana, która była jednym z niezliczonych antykwariatów przy Świętokrzyskiej. Od 1909 r. działała też księgarnia Franca Englerta założona jeszcze w latach 80. XIX w., gdy wycofał się ze spółki z Wacławem Wodzuskim, i działająca początkowo przy Ordynackiej 14. Spory procent sprzedawanych tu książek stanowiły podręczniki i wydawnictwa edukacyjne.
W latach międzywojennych w kamienicy mieściły się m.in. składy artykułów kolonialnych E.K. Etienne i Nasza Praca Juszczyka oraz Borowicza. Juszczyk, już bez Borowicza, prowadził sklep także w latach II wojny światowej.
Wyżej rozgościło się mnóstwo przedstawicielstw handlowych, redakcji, a nawet pierwsze w Warszawie prywatne pogotowie. W latach międzywojennych działały tu m.in. redakcje "Głosu lokatorskiego" i "Pediatrii polskiej", Biuro Międzynarodowego Towarzystwa Budowy Okrętów i Maszyn - Stocznia Gdańska, a biuro N. Hellera prowadziło interesy przemysłu drzewnego.
Pani Jadwiga Talbierska wymienia kolejne interesy, licząc od ul Szkolnej: firma Zygmunt Orzechowski - ubrania męskie z pracownią krawiecką w suterenie, pracownia parasoli i lasek St. Molla, sklep z ubraniami Jana Błeszyńskiego, dalej z obuwiem Jana Kaczyńskiego, konfekcja męska Władysława Gajewskiego. „Sklepy sięgały do połowy całego budynku, który składał się z dwóch identycznych części tworzących odwróconą literę E. Na narożniku ul. Świętokrzyskiej i Jasnej był tzw. sklep kupiecki - kolonialny. Od Szkolnej na piętrach biura zarządu Zakładów Przemysłowych »Wuko « państwa Kohanów, fabryka papy, jakaś firma juchtowa handlująca wyprawioną skórą bydlęcą i budowlana Nawrockiego” - czytamy w liście do „Gazety”.
Wreszcie pani Talbierska wspomina konsulat amerykański. Tak jak dziś ambasada Stanów Zjednoczonych przyciągał on całe rzesze czekających na wizę. "Pamiętam grupy ludzi najczęściej górali koczujących na ulicy i czekających na otwarcie konsulatu" - pisze.
Pocisk kruszy mury
Mimo zniszczeń we wrześniu 1939 r. budynek szybko wyremontowano. Konsulat amerykański został jednak zlikwidowany tak jak wszystkie inne placówki dyplomatyczne w Warszawie. W czasie okupacji Niemcy zdegradowali miasto do stolicy dystryktu w Generalnym Gubernatorstwie. Ostatni dyplomaci amerykańscy wyjechali z Warszawy już po kapitulacji miasta.
Część lokalu od Jasnej zajęła prywatna szkoła techniczno-budowlana Jastrzębskiego. Tak budynek dotrwał do Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie poważnie uszkodzony został 28 sierpnia, gdy Niemcy ostrzeliwali z ciężkiego moździerza Thor okolice placu Napoleona (dziś Powstańców Warszawy). Kolejne ciosy spadły na kamienicę ok. 2 września. Tego dnia płonęła niemal cała Jasna. Gdy dzień później Sylwester Braun "Kris" podążał śladem nalotów, w miejscu kamienic sterczały wypalone ruiny. Dawna kamienica Bachrachów miała już w tym czasie niemal zupełnie zwalone ściany. Tylko opięte półkolumnami narożniki sterczały samotnie jak ruiny antycznego miasta. Zrujnowane mury nie stały długo. Rozebrano je tuż po wojnie. Zniknęły też resztki całej północnej (parzystej) pierzei Świętokrzyskiej. Ulica została, bowiem znacznie poszerzona, a w miejscu budynków stanęły podobne w charakterze biurowce o oszczędnej, socrealistycznej architekturze.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]



