Hotel Londyński nie tylko "na godzinę"
24.09.2010
aktualizacja: 2010-09-23 20:21
W OBIEKTYWIE WROGA, DOM SPOTKAŃ Z HISTORIĄ, OFICYNA RYTM, WARSZAWA 2009
Przez ponad pół wieku na Nalewkach stał Hotel Londyński. Miał konkurentów - hotele Wileński, Wenecki. Berliński, Wrocławski, Hamburski, Kupiecki i Pasaż. Kolejny odcinek cyklu "Warszawa nieodbudowana"
Zapewne w hotelach Berlińskim czy Wrocławskim łatwo się było porozumieć po niemiecku. Czy obsługa hotelu londyńskiego równie dobrze władała angielskim, tego, niestety, nie wiemy.
Hotel na wizyty
- Pamiętam to miejsce jak przez mgłę. Jako dziecko odwiedzałem tam z ojcem jakiegoś kupca. Zabrał mnie wtedy do dzielnicy żydowskiej, która zrobiła na mnie wrażenie. Przypominam sobie, że nie był to taki hotel, jakie znamy dziś z Warszawy, raczej hotelik w kamienicy czynszowej z wejściem po klatce schodowej. Przypominał trochę współczesne hoteliki w Rzymie mieszczące się w czynszówkach i przerobione z dużych mieszkań - opowiada nasz czytelnik pan Franciszek.
Szczegółów z Londyńskiego nie zapamiętał poza samą nazwą hotelu i tapetami na ścianach w zielone kwiaty. Być może Londyński przypominał nieco żydowski hotelik z powieści kryminalnej przedwojennego pisarza Tadeusza Dołęgi Mostowicza „Prokurator Alicja Horn": „Klienci hotelu stanowiący główne źródło dochodu właściciela rekrutowali się z tych, którzy poszukiwali dachu nad głową na jedną noc albo po prostu na parę godzin, co nazywało się tu »na wizytę «" - czytamy.
Londyński nie był jednak hotelem efemerydą. Istniał już bowiem w latach 60. XIX wieku. W 1870 r. prowadził go Adam Krajterkraft. Jego rodzina zadomowiła się w Warszawie. Książka telefoniczna naszego miasta opublikowana blisko 70 lat później w 1939 r. wymienia innego Adama Krajtenkrafta, inżyniera budowlanego, mieszkańca ulicy Waliców. Czy był bezpośrednim potomkiem właściciela hotelu? Być może. Z czasem hotel zmieniał jednak właścicieli i gdy w roku 1914 posesję przy Nalewkach 27 kupił Nankiel Boćko, to właśnie on zajął się prowadzeniem Londyńskiego.
Po jego śmierci interes przejęli sukcesorzy, a w czasie okupacji - gdy ta część Nalewek znalazła się w granicach getta - Londyński reklamował się jako hotel Boćko.
Mnóstwo nazwisk
Kamienica przy Nalewkach 27 sąsiadowała z klasycystycznymi domami z pierwszej polowy XIX wieku. Była od nich młodsza. Powstała bowiem ok. 1876 r. w miejscu wcześniejszego budynku mieszczącego początkowo dom zajezdny, a potem Hotel Londyński. Ten pierwszy był ciasny i było w nim rojno. Przed budynek zajeżdżały powozy, a w środku aż gęsto było od rozmaitych firm, sklepów, fabryczek. Wymieńmy tylko niektóre z nich: fabrykę wody gazowanej Moszka Weissa, skład towarów galanteryjnych Toma Kopela, lamp Fajwela Herszledera, papieru stemplowego i kart Hersza Blajwaisa, perfum Nuty Mośka Kassyusza. Działał kantor transportu Michała Rabinowicza i spichrz zbożowy Abrama Rosenthala. Przy tym wszystkim w głębi wąskiego podwórka musiała pozostać jakaś zieleń, skoro znajdowały się tam aż dwa ogródki piwa bawarskiego Jankiela Halperna i współwłaścicielki Hotelu Angielskiego Etli Krajterkraft.
W roku 1876 prace przy wznoszeniu nowego budynku prowadził tu Adolf Mazurkiewicz. Nie oznacza to jednak, że był on projektantem. Była to wówczas dwupiętrowa kamienica o eklektycznym wystroju fasady. Zajmowała wąską i dość głęboką posesję z oficynami tworzącymi rodzaj jakże charakterystycznego dla Nalewek podwórka ulicy. Gdy w 1904 r. zadłużona kamienica - wówczas należąca do spółki Pinczewski i Kalowski - została wystawiona na licytację, za starym dwupiętrowym domem frontowym wzdłuż podwórka stało łącznie aż osiem oficyn od jednego do czterech pięter.
Pinczewski z Kalowskim zdołali spłacić jednak długi i kamienicę sprzedali dopiero przed 1911 r. Jankielowi Boćce. Ten wkrótce przystąpił do rozbudowy posesji, dokładając do części frontowej kolejne piętra. Dostał też zgodę władz na nadbudowę oficyn do sześciu kondygnacji. Dom zamienił się wówczas w prawdziwy mrówkowiec. Tak jak przed przebudową tylko częściowo zajmował go hotel. Resztę wypełniało mnóstwo sklepów, warsztatów i pracowni chałupniczych.
Te ostatnie gnieździły się też kątem w mieszkaniach. Można doznać zawrotu głowy, przeglądając długie rzędy nazwisk właścicieli. Ograniczmy się tylko do roku 1939 i tylko do tych firm, które miały telefony: wytwórnia rękawiczek Biełkina, krawatów Adlera, szelek, pasków i podwiązek Wolfa Alperna, pudeł tekturowych Janasa Rotblata. Dalej pracownie palt gumowych i kurtek skórzanych Salomona Lejzerowicza, bielizny Abrama Piernika, galanterii skórzanej Płomnika, "fabryka" bielizny Sapira, szlafroków, bluzek i płaszczy nieprzemakalnych Siekiera, pasków i getrów Ostrołęka.
I tu jak w innych domach przy Nalewkach godzinami można było myszkować po sklepikach, w których oprócz towarów chodliwych gdzieś w zakamarkach leżały przez lata przedmioty zapomniane, cierpliwie czekając na swoich nabywców. Były tu sklepy galanteryjne, m.in. Lewiego Leiba i braci Skowronków. Sklep z przędzą jedwabną i bawełnianą Sztejmana Szyłowskiego i Szpetanga, skład hurtowy win firmy Karmel i sklep z łakociami Kasnera. Kto był głodny, nie wychodząc z podwórka, mógł zjeść obiad domowy u Abrama Joska Rzetelnego. Nazwisko budziło zaufanie i posiłki cieszyły się tam powodzeniem.
Oszukany subiekt
W tak rojnej kamienicy życie toczyło się swoim rytmem. Co jakiś czas trafiała ona do kroniki kryminalnej. Zapadał już zmierzch 25 marca 1892 r., gdy do sklepu bławatnego weszły dwie wytworne damy. Sprawiały wrażenie pań z centrum miasta, które po zakupy zboczyły na Nalewki ze spaceru po eleganckiej Senatorskiej. Subiekt był wniebowzięty. Uwijał się jak w ukropie, zachwalając kolejne towary. Wyciągał bele materiału, rozwijał je, a panie komentowały deseń, sprawdzały palcami trwałość i miękkość. Potem kazały podawać sobie różne przedmioty. Kupiec był już trochę zaniepokojony, bo oglądanie trwało długo, na ladzie piętrzyło się coraz więcej towarów, a panie tylko oglądały, nie sięgając po sakiewkę. Wreszcie wyszły, niczego nie kupując. Sprzedawca zaczął coś podejrzewać i porządkując porozkładany towar, dostrzegł brak towarów na co najmniej kilkadziesiąt rubli. Szybko ruszył w pogoń. Panie skręciły już we Franciszkańską. Subiekt, pozostawiając otwarty sklep, rzucił się za nimi pędem. Krzyczał: "Łapać złodziejki!". Tłum ruszył za nim. Jedna z dam zdołała umknąć. Drugą zatrzymali przechodnie. Pod płaszczem znaleziono przy niej skradzione przedmioty.
Gdy wkrótce pojawili się reporterzy warszawskich gazet, policja pochwaliła się sukcesem. Jeszcze tego samego wieczora prasa podała nazwisko złodziejki. Była nią niejaka Róża Gordon.
Pożary i samobójstwa
W gęsto zaludnionym domu, gdzie obok siebie działały rozmaite wytwórnie, wybuchały też pożary. Na szczęście oddział straży pożarnej znajdował się tuż obok przy Nalewkach 2. Do takiego incydentu doszło m.in. 21 lipca 1910 r. na dwie godziny przed północą. "W oficynie na trzecim piętrze w mieszkaniu Młynka, który trudnił się wyrobem grzebieni celuloidowych, od przewróconej jakoby przez dzieci lampy zapaliły się grzebienie i pożar ogarnął wnętrze mieszkania tak szybko, że Młynek z rodziną zaledwie z życiem zdążył uciec. Płomienie, przepaliwszy sufit, przedostały się na poddasze, a stąd na dach, zagrażając całej posesji. Przy gaszeniu pożaru czynna była straż nalewkowska" - donosił nazajutrz "Kurier Polski".
W roku 1934 duże wrażenie na mieszkańcach kamienicy wywarło samobójstwo jej administratora Tobiasza Hofblata. Odebrał sobie życie strzałem z rewolweru w głowę. Prasa usiłowała dociec przyczyn. Jak wyjawiła policja, desperat pozostawił po sobie dwa listy. Jeden adresowany do prokuratora sądu okręgowego. Jak przypuszczano, do targnięcia się na życie skłoniło Hofblata wymówienie z pracy. Poza pełnieniem funkcji administratora pracował on jako buchalter w wytwórni bielizny Sapiera przy Lesznie.
W czasie okupacji kamienica znalazła się w obrębie getta. To z tego czasu zachowało się dość niezwykłe ogłoszenie prasowe. Hotel Londyński działał nadal, choć wydaje się to zaskakujące. Właściciele radzili sobie jak mogli, a ich klientelę stanowili mieszkańcy zamkniętej dzielnicy. W październiku 1941 r. hotel zamieścił anons w "Gazecie Żydowskiej": "Nie chcesz kłótni z gospodynią, chcesz spokój i wygodę, to wynajmij pokój w hotelu Boćko. 40 złotych miesięcznie".
Dwa lata później budynek już nie istniał. Został zburzony po upadku powstania w getcie wraz z resztą zabudowy ulicy.
Hotel na wizyty
- Pamiętam to miejsce jak przez mgłę. Jako dziecko odwiedzałem tam z ojcem jakiegoś kupca. Zabrał mnie wtedy do dzielnicy żydowskiej, która zrobiła na mnie wrażenie. Przypominam sobie, że nie był to taki hotel, jakie znamy dziś z Warszawy, raczej hotelik w kamienicy czynszowej z wejściem po klatce schodowej. Przypominał trochę współczesne hoteliki w Rzymie mieszczące się w czynszówkach i przerobione z dużych mieszkań - opowiada nasz czytelnik pan Franciszek.
Szczegółów z Londyńskiego nie zapamiętał poza samą nazwą hotelu i tapetami na ścianach w zielone kwiaty. Być może Londyński przypominał nieco żydowski hotelik z powieści kryminalnej przedwojennego pisarza Tadeusza Dołęgi Mostowicza „Prokurator Alicja Horn": „Klienci hotelu stanowiący główne źródło dochodu właściciela rekrutowali się z tych, którzy poszukiwali dachu nad głową na jedną noc albo po prostu na parę godzin, co nazywało się tu »na wizytę «" - czytamy.
Londyński nie był jednak hotelem efemerydą. Istniał już bowiem w latach 60. XIX wieku. W 1870 r. prowadził go Adam Krajterkraft. Jego rodzina zadomowiła się w Warszawie. Książka telefoniczna naszego miasta opublikowana blisko 70 lat później w 1939 r. wymienia innego Adama Krajtenkrafta, inżyniera budowlanego, mieszkańca ulicy Waliców. Czy był bezpośrednim potomkiem właściciela hotelu? Być może. Z czasem hotel zmieniał jednak właścicieli i gdy w roku 1914 posesję przy Nalewkach 27 kupił Nankiel Boćko, to właśnie on zajął się prowadzeniem Londyńskiego.
Po jego śmierci interes przejęli sukcesorzy, a w czasie okupacji - gdy ta część Nalewek znalazła się w granicach getta - Londyński reklamował się jako hotel Boćko.
Mnóstwo nazwisk
Kamienica przy Nalewkach 27 sąsiadowała z klasycystycznymi domami z pierwszej polowy XIX wieku. Była od nich młodsza. Powstała bowiem ok. 1876 r. w miejscu wcześniejszego budynku mieszczącego początkowo dom zajezdny, a potem Hotel Londyński. Ten pierwszy był ciasny i było w nim rojno. Przed budynek zajeżdżały powozy, a w środku aż gęsto było od rozmaitych firm, sklepów, fabryczek. Wymieńmy tylko niektóre z nich: fabrykę wody gazowanej Moszka Weissa, skład towarów galanteryjnych Toma Kopela, lamp Fajwela Herszledera, papieru stemplowego i kart Hersza Blajwaisa, perfum Nuty Mośka Kassyusza. Działał kantor transportu Michała Rabinowicza i spichrz zbożowy Abrama Rosenthala. Przy tym wszystkim w głębi wąskiego podwórka musiała pozostać jakaś zieleń, skoro znajdowały się tam aż dwa ogródki piwa bawarskiego Jankiela Halperna i współwłaścicielki Hotelu Angielskiego Etli Krajterkraft.
W roku 1876 prace przy wznoszeniu nowego budynku prowadził tu Adolf Mazurkiewicz. Nie oznacza to jednak, że był on projektantem. Była to wówczas dwupiętrowa kamienica o eklektycznym wystroju fasady. Zajmowała wąską i dość głęboką posesję z oficynami tworzącymi rodzaj jakże charakterystycznego dla Nalewek podwórka ulicy. Gdy w 1904 r. zadłużona kamienica - wówczas należąca do spółki Pinczewski i Kalowski - została wystawiona na licytację, za starym dwupiętrowym domem frontowym wzdłuż podwórka stało łącznie aż osiem oficyn od jednego do czterech pięter.
Pinczewski z Kalowskim zdołali spłacić jednak długi i kamienicę sprzedali dopiero przed 1911 r. Jankielowi Boćce. Ten wkrótce przystąpił do rozbudowy posesji, dokładając do części frontowej kolejne piętra. Dostał też zgodę władz na nadbudowę oficyn do sześciu kondygnacji. Dom zamienił się wówczas w prawdziwy mrówkowiec. Tak jak przed przebudową tylko częściowo zajmował go hotel. Resztę wypełniało mnóstwo sklepów, warsztatów i pracowni chałupniczych.
Te ostatnie gnieździły się też kątem w mieszkaniach. Można doznać zawrotu głowy, przeglądając długie rzędy nazwisk właścicieli. Ograniczmy się tylko do roku 1939 i tylko do tych firm, które miały telefony: wytwórnia rękawiczek Biełkina, krawatów Adlera, szelek, pasków i podwiązek Wolfa Alperna, pudeł tekturowych Janasa Rotblata. Dalej pracownie palt gumowych i kurtek skórzanych Salomona Lejzerowicza, bielizny Abrama Piernika, galanterii skórzanej Płomnika, "fabryka" bielizny Sapira, szlafroków, bluzek i płaszczy nieprzemakalnych Siekiera, pasków i getrów Ostrołęka.
I tu jak w innych domach przy Nalewkach godzinami można było myszkować po sklepikach, w których oprócz towarów chodliwych gdzieś w zakamarkach leżały przez lata przedmioty zapomniane, cierpliwie czekając na swoich nabywców. Były tu sklepy galanteryjne, m.in. Lewiego Leiba i braci Skowronków. Sklep z przędzą jedwabną i bawełnianą Sztejmana Szyłowskiego i Szpetanga, skład hurtowy win firmy Karmel i sklep z łakociami Kasnera. Kto był głodny, nie wychodząc z podwórka, mógł zjeść obiad domowy u Abrama Joska Rzetelnego. Nazwisko budziło zaufanie i posiłki cieszyły się tam powodzeniem.
Oszukany subiekt
W tak rojnej kamienicy życie toczyło się swoim rytmem. Co jakiś czas trafiała ona do kroniki kryminalnej. Zapadał już zmierzch 25 marca 1892 r., gdy do sklepu bławatnego weszły dwie wytworne damy. Sprawiały wrażenie pań z centrum miasta, które po zakupy zboczyły na Nalewki ze spaceru po eleganckiej Senatorskiej. Subiekt był wniebowzięty. Uwijał się jak w ukropie, zachwalając kolejne towary. Wyciągał bele materiału, rozwijał je, a panie komentowały deseń, sprawdzały palcami trwałość i miękkość. Potem kazały podawać sobie różne przedmioty. Kupiec był już trochę zaniepokojony, bo oglądanie trwało długo, na ladzie piętrzyło się coraz więcej towarów, a panie tylko oglądały, nie sięgając po sakiewkę. Wreszcie wyszły, niczego nie kupując. Sprzedawca zaczął coś podejrzewać i porządkując porozkładany towar, dostrzegł brak towarów na co najmniej kilkadziesiąt rubli. Szybko ruszył w pogoń. Panie skręciły już we Franciszkańską. Subiekt, pozostawiając otwarty sklep, rzucił się za nimi pędem. Krzyczał: "Łapać złodziejki!". Tłum ruszył za nim. Jedna z dam zdołała umknąć. Drugą zatrzymali przechodnie. Pod płaszczem znaleziono przy niej skradzione przedmioty.
Gdy wkrótce pojawili się reporterzy warszawskich gazet, policja pochwaliła się sukcesem. Jeszcze tego samego wieczora prasa podała nazwisko złodziejki. Była nią niejaka Róża Gordon.
Pożary i samobójstwa
W gęsto zaludnionym domu, gdzie obok siebie działały rozmaite wytwórnie, wybuchały też pożary. Na szczęście oddział straży pożarnej znajdował się tuż obok przy Nalewkach 2. Do takiego incydentu doszło m.in. 21 lipca 1910 r. na dwie godziny przed północą. "W oficynie na trzecim piętrze w mieszkaniu Młynka, który trudnił się wyrobem grzebieni celuloidowych, od przewróconej jakoby przez dzieci lampy zapaliły się grzebienie i pożar ogarnął wnętrze mieszkania tak szybko, że Młynek z rodziną zaledwie z życiem zdążył uciec. Płomienie, przepaliwszy sufit, przedostały się na poddasze, a stąd na dach, zagrażając całej posesji. Przy gaszeniu pożaru czynna była straż nalewkowska" - donosił nazajutrz "Kurier Polski".
W roku 1934 duże wrażenie na mieszkańcach kamienicy wywarło samobójstwo jej administratora Tobiasza Hofblata. Odebrał sobie życie strzałem z rewolweru w głowę. Prasa usiłowała dociec przyczyn. Jak wyjawiła policja, desperat pozostawił po sobie dwa listy. Jeden adresowany do prokuratora sądu okręgowego. Jak przypuszczano, do targnięcia się na życie skłoniło Hofblata wymówienie z pracy. Poza pełnieniem funkcji administratora pracował on jako buchalter w wytwórni bielizny Sapiera przy Lesznie.
W czasie okupacji kamienica znalazła się w obrębie getta. To z tego czasu zachowało się dość niezwykłe ogłoszenie prasowe. Hotel Londyński działał nadal, choć wydaje się to zaskakujące. Właściciele radzili sobie jak mogli, a ich klientelę stanowili mieszkańcy zamkniętej dzielnicy. W październiku 1941 r. hotel zamieścił anons w "Gazecie Żydowskiej": "Nie chcesz kłótni z gospodynią, chcesz spokój i wygodę, to wynajmij pokój w hotelu Boćko. 40 złotych miesięcznie".
Dwa lata później budynek już nie istniał. Został zburzony po upadku powstania w getcie wraz z resztą zabudowy ulicy.
-
Re: Hotel Londyński nie tylko "na godzinę"
andrzej_b2
27.09.10, 18:26
Wysyłam pusty post, aby uwolnić mój pierwszy.(Cóż, takie zasady)»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Jak jeździć w czasie Euro? Szczegóły zmian w ruchu
- Czwartek na ulicach Warszawy [NA ŻYWO]
- Zalegasz z czynszem? Trzy miesiące i pozew o eksmisję
- Auto za ponad milion rozbite w kolizji na Mokotowie
- Zamkną oddział ginekologiczny. Co zrobi 500 pacjentek?
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


