Sami wyczyścili swoją ulicę. Bo chcą lepiej żyć

Grzegorz Lisicki
21.08.2010 aktualizacja: 2010-08-20 18:48
A A A Drukuj
Oni rozruszali Racławicką (od lewej): Łukasz Rejer, Jacek Górski, Ola Turkiewicz, Sylwia Chylińska, Eliza Boron, Andrzej Cubrzyński. W tle zabazgrane (jeszcze) przez wandali elewacje Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Nie było domu, którego ścian Wariat, Zwierz i spółka nie oznaczyliby swoimi podpisami. Nie było mieszkańca, któremu chciałoby się coś z tym zrobić. A potem zdarzył się cud. A może wcale żaden cud to nie był
SERWISY
Racławicka to zła ulica. Nie ta po trzy pasy w jedną stronę z wjazdem do ekskluzywnego osiedla Marina. I nie ta wzdłuż ogródków działkowych. Prawdziwie zła Racławicka zaczyna się nieco dalej, za bazarkiem przy stacji metra. To brama do innego świata - przybyszów witają wielkie, czarne tagi wymalowane na nowiutkiej elewacji: "JLB". Tak znaczy swój teren miejscowy aktyw młodzieżowy. Wielkimi literami wypisali swoje życiowe motto: "HWDP". Z drugiej strony metrowe, czarno-srebrne bohomazy - razem tworzą bramę powitalną do zakazanych rewirów Racławickiej.

Wczoraj: Terror strasznego dworu, czyli balangi, bazgroły i "dajże pan spokój"

Andrzej Cubrzyński przy Racławickiej za bazarkiem mieszka dobre 30 lat. Dobrze zna okolicę - czteropiętrowe bloki, w których już za wczesnego socjalizmu mieszkali niżsi rangą wojskowi. Tu mieszkania mają niski standard, najczęściej po 30 metrów, mało kto ma trzy pokoje. Żołnierze mieszkali tu rok czy dwa, później wyjeżdżali. Dziś w kilku długich, załamujących się jak węże blokach mieszkają głównie emeryci. - Napływowi, nie czują się związani z okolicą, ciężko ich do czegoś namówić.

Pan Andrzej wie, co mówi, bo niedawno wszedł do zarządu wspólnoty mieszkaniowej. "Dajże pan spokój" - mówili ludzie, gdy po wyremontowaniu chodników wspólnota chciała na podwórzu urządzić "założenie parkowo-ogrodowe", czyli po prostu klomb. - Tu wszyscy czekają, aż ktoś przyjdzie i zrobi - twierdzi. - A z czekania nic nie wynika. Pewnego razu na Racławickiej tylko na jednym trawniku naliczyliśmy 36 butelek po wódce. Widać mieszkańcy już dość długo czekali, aż ktoś posprząta.

To filozofia wiecznego czekania musiała sprawić, że mieszkańcy dali się zastraszyć lokatorom "strasznego dworu", czyli zrujnowanej przedwojennej willi przy ul. Racławickiej 29b. Prawie w całości zajmuje ją kilkunastoosobowa rodzina: ojciec kryminalista (chwilowo na wolności) i niewylewająca za kołnierz matka. W domu rządzą "pociechy" - gromada wyrostków od lat kilku do "po dwudziestce". Willa jest komunalna, z małym ogródkiem. Świetne miejsce na przeciągające się do późna w nocy imprezy. - A na co dzień awantury, wrzaski, wizyty policji. I tak w kółko. Ci ludzie nie potrafią zadbać nawet o miejsce, w którym mieszkają - mówi Cubrzyński. - Zadłużyli mieszkanie. Zdewastowali wnętrze, w środku palili ogniska. Okna zalepili wlepkami, ściany zasmarowali setkami napisów. Ale na szczycie schodów wejściowych jak ponury żart tkwi biało-czerwona flaga. Znaczy - rodzina patriotyczna, która patriotyzm zgrabnie łączy z dewastowaniem okolicy.

Ludzie są przekonani, że Wariat - jeden z dewastujących elewacje domów - mieszka właśnie w tym domu. Podpisy wandali straszą w okolicy z każdej elewacji - ZETWUKA, Juri, Zwierzak. Latami nikogo nie dało się przekonać, by coś zrobić z bazgrołami. Nie było zresztą po co, bo wandale całkowicie zawłaszczyli ściany. - Jednej nawet nie dokończyliśmy malować, a zniszczyli ją na nowo - opowiadał "Gazecie" w grudniu zeszłego roku Tomasz Gawałkiewicz z Allenortu, poradni kardiologicznej z Racławickiej. Kiedyś jedna ze wspólnot odważyła się wymienić kinkiety oświetlające wejścia do domów. Na drugi dzień były zamazane czarnymi markerami.

Policja? - A daj pan spokój - mówi Cubrzyński językiem swoich sąsiadów. - Złożyliśmy kilkanaście zawiadomień o zdewastowaniu ścian odnowionych kosztem dziesiątków tysięcy złotych. Przysłali nam list: umorzenie postępowania w sprawie zgłoszeń o dewastacji. Przyczyna: niewykrycie sprawców. Złożyliśmy zażalenie. Nie może być tak, że policja zniszczenie ściany za kilkadziesiąt tysięcy wycenia na 250 zł, czyli uznaje to za wykroczenie!

Policja nie znała w okolicy nikogo, kto nosiłby ksywę "Wariat". Z okien willi na patrole leciały bluzgi. Mundurowi poradzili za to ludziom, żeby sobie postawili płot. Pseudografficiarze działali dalej.

Dziś: Dopaść Zwierza, czyli zbieranie, malowaniei skutki propagandy

Rok temu przy Racławickiej 27 otworzył się nowy sklep. Zajął lokal po barze - mordowni, w której sprzedawano narkotyki i gdzie z nożem napadnięto barmankę. W sklepie swojskie klimaty, produkty benedyktyńskie i inny "slow food".

Sklep prowadzi Jacek Górski. W latach 80. zakładał Federację Młodzieży Walczącej. Po przełomie roku 1989 założył własny biznes, przeszedł przez korporacje. W końcu to rzucił. Żonę - Aleksandrę - wakacyjną miłość z lat 80. - odnalazł po 23 latach na Naszej-klasie. Wróciła z Kanady, jest wokalistką jazzową. - Zamieszkałam na Racławickiej. Po wymuskanej Kanadzie to był szok nie do opisania. Brud. Śmieci. Butelki. Bazgroły. Krzywe chodniki. Niekoszona trawa po pachy - opowiada. - Powiedziałam Jackowi: nie chcę mieszkać w slumsach.

Do ich sklepu zaszedł jednego razu Andrzej Cubrzyński. Spodobał mu się drewniany stolik, w sam raz do pracowni - pan Andrzej jest jubilerem, złotnikiem i konserwatorem starych sprzętów, sreber i zastaw. Ze stolika szybko zeszło na brud, zabazgrane ściany i "straszny dwór". Przed Bożym Narodzeniem 2008 r. zorganizowali pierwszą akcję - rozwiesili sto ulotek z zaproszeniem mieszkańców do wspólnego zbierania śmieci. Udało się połowicznie, bo zgłosili się tylko organizatorzy akcji. Za to w mieszkańcach brudnego bloku odezwał się polski szlachcic. - Patrzyli na nas jak na głupich. Mówili: ja nie będę się schylać, bo płacę podatki? Nie zrozumieli, że robiliby to dla siebie samych, żeby nie łazić w śmieciach - wspomina Aleksandra.

Potem wymyślili akcję zamalowywania zdewastowanych elewacji "Niedziela bez bazgrołów". Połączyli ją z kulturą. Do sklepu i galerii Sudawia przyjechała poetka i malarka Magdalena Raczko-Pietraszek, a na harfie grała Małgorzata Komorowska. Tym razem udało się o wiele lepiej. Rok propagandy Górskiego wśród mieszkańców przyniósł efekt - przyszło kilkanaście osób. I dyrektor w dużej firmie, i student, i pracownik naukowy z UW, i żołnierz zawodowy, i dziennikarka kulinarna. A także 12 podopiecznych ośrodka wychowawczego z Dolnej. Właściciel pobliskiego sklepu z farbami dał rabat, dzięki czemu można było taniej kupić 100 litrów farby w trzech kolorach elewacji z lat 50.

Znów nie wszystkim się to spodobało. - W niedzielę pracują? - syczeli. Tydzień później Górski zadbał, by ksiądz z ambony zachęcił wiernych do wzięcia udziału w akcji. Choć nie posłuchali wezwań pasterza, przestali dogadywać.

W walce z bazgrołami wzięły też udział siostry, które od niedawna są właścicielkami apteki Zebra przy Racławickiej 29A. - Dużo pracy i energii włożyłyśmy w tę aptekę. Kulfony na ścianach są okropne. Dopiero co skończyłyśmy remont, a już objawili się wandale - mówi Sylwia Chylińska, jedna z właścicielek.

W trzy niedziele z rzędu udało się odnowić tysiąc metrów ścian domów wzdłuż Racławickiej. Poszło na to 300 litrów farby. A niechętni akcji mieszkańcy zobaczyli, w jakim chlewie mieszkali. Zachodzili do Sudawii i chwalili zmiany, jakie zaszły na Racławickiej.

Jednak "straszny dwór" znów uderzył. Pracowicie odnowione ściany, głównie w okolicy apteki Zebra, zamazano znanymi już, czerwonymi kulfonami. ZWK, Zwierzak, Wariat - straszyło z każdej strony. - To był chyba moment, w którym w ludziach coś pękło - mówi Jacek Górski. - Przychodzili do sklepu, pomstowali, oglądali te bazgroły, debatowali, oferowali pieniądze na farby. Ruch się zrobił na osiedlu.

Trzy tygodnie później przy Racławickiej policja złapała dwóch pseudografficiarzy. Obaj są dobrze znani mieszkańcom. Obywatel "ZWK" w ręce policji wpadł w zeszły czwartek o godz. 3 nad ranem. Tak skończyła się impreza, którą urządził z kolegami w willi. - Zamykałam sklep, patrzę, a tu w "strasznym dworze" balanga. Pomyślałam: ciekawe, co się dzisiaj stanie - wspomina Aleksandra.

Kilka godzin później ZWK, czyli Marcin P., uciekał przed policją do parku Dreszera. Może by i uciekł, gdyby nie promil alkoholu we krwi. Gdy już go dogonili, okazało się, że ma ręce uwalane czerwoną farbą. - A do nas doszła wieść, że w bardzo eksponowanym miejscu ma wytatuowany napis "ZWK" - opowiada Górski. - Tylko tej nocy zniszczył ściany odnowione farbami za 3 tys. zł.

Kilka dni wcześniej policja zamknęła innego grafficiarza, który zamalował m.in. elewację domu przy Wiktorskiej 29 i Racławickiej 29a. To najpewniej "Zwierz".

Podziel się

  • Sami wyczyścili swoją ulicę. Bo chcą lepiej żyć mokotowski.dzialkowiec 21.08.10, 19:35

    Jestem pod wrażeniem i gratuluję zapału i wytrwałości w walce z durnymi zapijmordami!! Tej tępocie to by należało na czole wielkimi literami wytatuować zwierz i wariat, i na ciężkie roboty »

Najnowsze wiadomości z Mokotowa
Najnowsze wiadomości z Warszawy