Niewielki dom odzyskany. Ale trzeba płacić tysiące
15.03.2011
aktualizacja: 2011-03-14 19:19
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja
Pan Eugeniusz po latach starań ma na własność niewielki dom zabrany po wojnie dekretem Bieruta. I jest załamany, bo grunt pod domem dostał w użytkowanie wieczyste, które będzie go kosztować niemal 13 tys. rocznie.
ZOBACZ TAKŻE
- Podwyżki opłat bezprawne: pieczątka to nie podpis (08-04-11, 11:00)
- Miasto daje 50 mln zł na wykup prywatnych działek (27-09-11, 09:00)
- Odszkodowania mogą kosztować Warszawę 15 mld złotych (17-06-11, 10:00)
- Dramat mieszkańców wilanowskich czworaków (05-08-09, 10:00)
- MPT ziemi nie odda (08-06-09, 09:00)
- Pomoc dla lokatorów z odzyskanych kamienic (08-04-09, 08:00)
- Wszystko co dziwne w reprywatyzacji (08-05-08, 21:04)
Cztery izby w parterowym domu z cegły. Niewielka działka: 332 m kw. Adres - Badowska. "Kolonia Nr 4 w Sielcach przy drodze Książęcej" - odnotowano w przedwojennej hipotece. W 1938 r. przed notariuszem odbywa się transakcja. Małżeństwo, do którego należy nieruchomość, sprzedaje pół domu i pół działki (liczonej wówczas na tysiąc łokci) teściom pana Eugeniusza. - Przeżyli tam wybuch wojny, okupację i Powstanie Warszawskie - opowiada nam starszy pan. - I mieszkali aż do śmierci. W latach 80. przepisali swoją część na wnuczkę, czyli moją córkę.
Choć dekretem Bieruta nieruchomość przeszła formalnie na własność gminy, a potem skarbu państwa, to nic się nie zmieniło. Dwie rodziny nadal mieszkały w małym zaniedbanym domku, nie pojawiła się u nich komunalna administracja. Doprowadziły gaz, dom otynkowały. Tyle tylko, że wokół niego i paru innych, które stoją tam do dziś (jeden w ruinie) w latach 50. wyrosły kilkupiętrowe bloki.
Właściciele nie złożyli na czas tzw. wniosku dekretowego. - Nie mieli do tego głowy - usprawiedliwia ich pan Eugeniusz. Prosili jednak kolejne władze o oddanie nieruchomości, a te odmawiały.
Nadzieja na jej odzyskanie pojawiła się w 1985 r., gdy weszła w życie ustawa regulująca m.in. prawa do gruntów warszawskich przejętych przez państwo dekretem Bieruta. Umożliwiła właścicielom małych domów mieszkalnych złożenie wniosku o ustanowienie użytkowania wieczystego. Tak też zrobiła w 1988 r. wnuczka właścicieli. Wniosku nikt jednak przez lata nie rozpatrzył. Poumierali pierwotni właściciele domu, udziały od spadkobiercy sąsiadów kupił pan Eugeniusz i jego druga córka. Starał się też o to, by własność wróciła do rodziny.
W 2005 r. prezydent Warszawy ustanowił dla Badowskiej prawo użytkowania wieczystego gruntu. - Nie mogłem się zgodzić na to, że prezydent zamiast dokonać zwrotu naszej własności, daje nam ją tylko w użytkowanie, za co trzeba płacić - mówi pan Eugeniusz. - Zwróciłem się więc do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które kazało ponownie rozpatrzyć sprawę.
Prezydent wydał jeszcze dwie decyzje w tej sprawie. Ostatnią w 2009 r. Każda jest taka sama. Urzędnicy uzasadniają, że przepisy nie pozwalają na to, by nieruchomość przy Badowskiej traktować jako "zwrot" zgodnie ze starym dekretem. Ich zdaniem grunt może być przekazany tylko w użytkowanie wieczyste. - Najpierw urzędnicy wyliczali je na ponad 3 tys. zł rocznie - pokazuje dokumenty pan Eugeniusz. - Ale w ostatniej decyzji mam do zapłaty już prawie 13 tys. zł. Jestem emerytem, córki są nauczycielkami. Dom wynajmujemy na przedszkole i dzięki temu jakoś można przeżyć, ale ta opłata jest horrendalna. Zastanawiam się, w jakim państwie żyję i gdzie jest sprawiedliwość? Od czasów przedwojennych rodzina jest wpisana w księdze wieczystej jako właściciel. Teraz, żeby mieć grunt na własność, będę musiał go wykupić. To 1,3 mln zł [w opisywanych ostatnio projektach poselskich pozwalających na przekształcenie użytkowania we własność mówi się m.in. o opłaceniu wszystkich rat użytkowania].
- Mamy płacić za swoje? - pyta pan Eugeniusz. Gdyby odzyskał dom z działką, jak proponuje, wtedy zapłaciłby miastu tylko czynsz symboliczny (to złotówka od metra rocznie). Choć przegrał ostatnio w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym, liczy, że wywalczy sprawiedliwość w Trybunale w Strasburgu, który przyjął sprawę z ul. Badowskiej. - To ewidentna niesprawiedliwość, tylko że w zgodzie z przepisami. Wiemy o takich ludziach. Płaczą i płacą - kwituje Aleksander Grabiński, prezes Zrzeszenia Dekretowiec.
Choć dekretem Bieruta nieruchomość przeszła formalnie na własność gminy, a potem skarbu państwa, to nic się nie zmieniło. Dwie rodziny nadal mieszkały w małym zaniedbanym domku, nie pojawiła się u nich komunalna administracja. Doprowadziły gaz, dom otynkowały. Tyle tylko, że wokół niego i paru innych, które stoją tam do dziś (jeden w ruinie) w latach 50. wyrosły kilkupiętrowe bloki.
Właściciele nie złożyli na czas tzw. wniosku dekretowego. - Nie mieli do tego głowy - usprawiedliwia ich pan Eugeniusz. Prosili jednak kolejne władze o oddanie nieruchomości, a te odmawiały.
Nadzieja na jej odzyskanie pojawiła się w 1985 r., gdy weszła w życie ustawa regulująca m.in. prawa do gruntów warszawskich przejętych przez państwo dekretem Bieruta. Umożliwiła właścicielom małych domów mieszkalnych złożenie wniosku o ustanowienie użytkowania wieczystego. Tak też zrobiła w 1988 r. wnuczka właścicieli. Wniosku nikt jednak przez lata nie rozpatrzył. Poumierali pierwotni właściciele domu, udziały od spadkobiercy sąsiadów kupił pan Eugeniusz i jego druga córka. Starał się też o to, by własność wróciła do rodziny.
W 2005 r. prezydent Warszawy ustanowił dla Badowskiej prawo użytkowania wieczystego gruntu. - Nie mogłem się zgodzić na to, że prezydent zamiast dokonać zwrotu naszej własności, daje nam ją tylko w użytkowanie, za co trzeba płacić - mówi pan Eugeniusz. - Zwróciłem się więc do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które kazało ponownie rozpatrzyć sprawę.
Prezydent wydał jeszcze dwie decyzje w tej sprawie. Ostatnią w 2009 r. Każda jest taka sama. Urzędnicy uzasadniają, że przepisy nie pozwalają na to, by nieruchomość przy Badowskiej traktować jako "zwrot" zgodnie ze starym dekretem. Ich zdaniem grunt może być przekazany tylko w użytkowanie wieczyste. - Najpierw urzędnicy wyliczali je na ponad 3 tys. zł rocznie - pokazuje dokumenty pan Eugeniusz. - Ale w ostatniej decyzji mam do zapłaty już prawie 13 tys. zł. Jestem emerytem, córki są nauczycielkami. Dom wynajmujemy na przedszkole i dzięki temu jakoś można przeżyć, ale ta opłata jest horrendalna. Zastanawiam się, w jakim państwie żyję i gdzie jest sprawiedliwość? Od czasów przedwojennych rodzina jest wpisana w księdze wieczystej jako właściciel. Teraz, żeby mieć grunt na własność, będę musiał go wykupić. To 1,3 mln zł [w opisywanych ostatnio projektach poselskich pozwalających na przekształcenie użytkowania we własność mówi się m.in. o opłaceniu wszystkich rat użytkowania].
- Mamy płacić za swoje? - pyta pan Eugeniusz. Gdyby odzyskał dom z działką, jak proponuje, wtedy zapłaciłby miastu tylko czynsz symboliczny (to złotówka od metra rocznie). Choć przegrał ostatnio w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym, liczy, że wywalczy sprawiedliwość w Trybunale w Strasburgu, który przyjął sprawę z ul. Badowskiej. - To ewidentna niesprawiedliwość, tylko że w zgodzie z przepisami. Wiemy o takich ludziach. Płaczą i płacą - kwituje Aleksander Grabiński, prezes Zrzeszenia Dekretowiec.
-
Opłaty za użytkowanie wieczyste to oszustwo
w.i.l
15.03.11, 13:38
Wyceniają grunt jakby to był pusty plac do sprzedaży.Ale w rzeczywistości na tym placu stoi czyjaś nieruchomość, której bez zgody właściciela nie da się usunąć.Dlatego plac na rynku jest nic»
Najnowsze wiadomości z Mokotowa
Najnowsze wiadomości z Warszawy



