Gdy napisaliśmy w "Gazecie": "Stacja Marymont, nasza Włoszczowa", zaczęły się żarty na całego. Bo Włoszczowa, a raczej tamtejszy peron, który poseł PiS Przemysław Gosiewski otworzył dla kilku pasażerów dziennie, to dziś symbol największego obciachu. W piątek obciach marymoncki pokazywała w głównym wydaniu "Faktów" telewizja TVN. Zobaczyliśmy pojedyncze osoby, które zapuszczają się na nową stację głównie w celach turystycznych. Wcześniej muszą się przesiąść na stacji Plac Wilsona do jedynego pociągu, który tam dociera. Początkowo jeździł tylko co kwadrans, teraz co 12 minut. Reporter pokazał, że 800-metrową odległość między oboma przystankami szybciej można pokonać piechotą. Skutek jest taki, że z otwartej przed Nowym Rokiem stacji Marymont korzysta może nawet i mniej osób, niż jednego dnia przychodzi do dużego multipleksu.
Co gorsza, taka sytuacja może potrwać jeszcze rok. W piątek ujawniliśmy, że do trzech miesięcy wzrosło opóźnienie na budowie następnej stacji Słodowiec. Gdyby została otwarta razem z Marymontem, jak planowano, nie byłoby żadnych problemów. Bo dopiero na Słodowcu będzie miejsce do zawracania pociągów.
Władzom Metra wytknęliśmy, że o problemie wiedziały już co najmniej rok temu. I mogły zlecić taką przebudowę torów przy stacji Plac Wilsona, żeby wszystkie składy dojeżdżały do Marymontu. Dlaczego nie zdecydowano się na taki krok? Na polecenie nowych władz Warszawy dyrekcja Metra musi się z tego wytłumaczyć w specjalnym raporcie. Już jednak słyszymy tłumaczenia, że na tymczasowe rozwiązanie szkoda było wyrzucać kilka milionów złotych i że byłoby to technicznie niemożliwe. Po prostu nie da się.
Trudno w to uwierzyć, bo nie takie operacje przeprowadza się w naszych czasach. W dodatku Metro zbyt łatwo lubi zrzucać winę na wszystkich dookoła. Stacji Słodowiec "nie dało się" otworzyć razem z Marymontem, bo według urzędników z powodu zawiłych przepisów jej budowę blokowała odrzucona w przetargu firma. Tyle tylko że przetarg był fatalnie przygotowany, a gdy zaczynała się budowa Marymontu, Metro jeszcze go nawet nie ogłosiło. W naszym metrze "nie da się" jeszcze budować stacji w dogodnych dla pasażerów punktach przesiadkowych i "nie da się" ich otwierać w terminie.
Najgorsze w tym bałaganie jest to, że nowa stacja wychodzi bokiem także tym, którzy wcale nie zamierzają z niej korzystać. Na Placu Wilsona pasażerowie omyłkowo wsiadają do pociągu, który zamiast do centrum wywozi ich na Marymont. Do redakcji docierają skargi, że wahadłowy skład zakłócił ruch na dotychczasowym odcinku do Kabat. Zdarza się, że w godzinach szczytu pociągi zamiast co 2 min i 50 s podjeżdżają tylko co 4 minuty.
Dlatego ratusz powinien się dziś mocno zastanowić: czy nadal utrzymywać nową stację-protezę, z której pożytek mamy niewielki, czy zamknąć ją do przyszłego roku. Choćby znowu trzeba się było narazić na śmieszność.