Nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że
Żoliborz to kulinarna pustynia (teza z listu do "Gazety" 28 kwietnia w dyskusji o kebabie na pl. Wilsona). Daleko nam do mekki taniego i dobrego jedzenia, jakim jest Berlin. W granicach 10 zł nie można właściwie zjeść niczego innego niż buła wypełniona produktem mięsopodobnym w godnych i higienicznych warunkach. Abstrahując od piekielnej wizji, jaką jest jedzenie kebabu na śniadanie (czym chwaliła się autorka), nakreślę małą mapę kulinarną pl. Wilsona.
W jego bezpośrednim sąsiedztwie są dwie pizzerie, w podobnej odległości znajdują się dwie kawiarnie oraz Blikle na samym placu, a także zdecydowanie lepszy kebab Asad. Znana pracującym w pobliżu stołówka w urzędzie dzielnicy zwana potocznie Marianem. Trochę dalej, na Suzina, znajdują się nowo powstała restauracja chorwacka oraz sushi z dostawą do domu. Najbliższy fast food jest w Arkadii, a nieogrzewany bar chiński - na Marymoncie.
Uważam, że problem z kebabem Amrit, potocznie zwanym również Arialem ze względu na karygodne użycie tej czcionki w przydużym szyldzie, nie tkwi w tym, że jest na placu Wilsona, ale w tym, jak na nim jest. Lokal ten to po prostu wandalizm estetyczny, społeczny i kulinarny. Począwszy od przerażającego szyldu widocznego chyba z kosmosu, przez pseudo-bliskowschodni wystrój, przyciąganie nieciekawego elementu i tragiczne ustawienie stolików, które powoduje agresję u stojących w bezkierunkowej kolejce, a u jedzących otępienie podobne do tego z zakładowej stołówki. Jest to przestrzeń ewidentnie aspołeczna. Czekam tylko, aż pojawi się tam jednoręki bandyta.
Kebab Arial nie wadziłby nikomu, gdyby był po prostu inny, miał lepszy szyld, wystrój i wentylację. Powstające obok Kawa i Buty (nazwa chyba robocza) wspaniale by koegzystowały. I na koniec - kebab na śniadanie to naprawdę smutne. Notabene żoliborski Żywiciel przy pl. Inwalidów jest jednym z niewielu miejsc w stolicy, gdzie podaje się normalne śniadania.
Przeczytaj także: Na placu Wilsona kebab smrodzi a kawiarni nadal brak