Przed dwoma tygodniami napisaliśmy w "Gazecie", że główny plac Żoliborza wbrew licznym obietnicom władz dzielnicy staje się coraz bardziej zapyziały. Jako jeden z przykładów podaliśmy reklamowe przyczepki, które stoją tam od kilku tygodni, a urzędnicy nic w tej sprawie nie robią. Po tym tekście zareagował redaktor Daniel Passent z "Polityki", który mieszka w pobliżu. Dodał, że 11 sierpnia o "bezczelnych reklamach" osobiście informował urząd dzielnicy. "Moim zdaniem jedna interwencja gospodarzy placu lub straży miejskiej wystarczyłaby, żeby samowolę i reklamy tego typu usunąć" - dodał.
- Akurat miałem telefon z Zarządu Dróg Miejskich, że sprawa zostanie wkrótce załatwiona. Z urzędu Żoliborza nie dostałem żadnej odpowiedzi, choć dobrze znam burmistrza dzielnicy - powiedział red. Passent, gdy zadzwoniliśmy do niego w piątek w południe.
- Bo w tym przypadku jesteśmy tylko skrzynką pocztową. Sprawę natychmiast, jeszcze tego samego dnia, przekazaliśmy ZDM, bo reklamy stoją w tzw. pasie drogi - usłyszeliśmy od rzecznika urzędu dzielnicowego Andrzeja Kawki. On też oglądał nielegalne reklamy. - Gdyby te przyczepki stały chociaż na miejscu postojowym, ale właściciel pizzerii zablokował chodnik tuż obok przejść dla pieszych i zatoki autobusowej - podkreśla rzecznik Żoliborza.
- Te przyczepki z reklamami właśnie zabieram, bo już się nastały i spełniły swoją rolę - oświadczył nam Jacek Gil z pizzerii. Na uwagę, że ustawił je nielegalnie i w niedozwolonym miejscu, odpowiada tak: - A czy zaparkowane obok samochody stoją prawidłowo? Czy pan Passent ma być wyrocznią, co wygląda ładnie, a co nie? Pójdziemy mu jednak na rękę i nie będzie już musiał oglądać tych szpetnych jego zdaniem reklam. To niczyj nakaz, sam o tym zdecydowałem.
O tym, że było jednak trochę inaczej, informuje Adam Sobieraj z biura prasowego ZDM: - Nasz wydział kontroli wezwał pana z pizzerii na perswazje. Dostał od nas połajankę i 11 tys. zł kary za nielegalne zajęcie pasa drogi, żeby nie robił recydywy. Przyczepki usunął już w piątek.
Po artykule o podupadającym pl. Wilsona do „Gazety” zgłosił się też architekt i dzielnicowy radny Baltazar Brukalski: „Myślę że, przeceniacie siłę samorządu. W rozważaniach swych zanadto uwierzyliście w leninowskie hasło »Cała władza w ręce rad «” - tak odpowiada na zarzut wobec miejscowego samorządu, który okazał się bezradny wobec otwierania się przy pl. Wilsona kolejnych banków czy nieplanowanego tu kebabu (obiecywano kawiarnię z ambitnym programem kulturalnym).
Intencje radnego Brukalskiego tak wyjaśnia Andrzej Kawka: - Dopóki pl. Wilsona nie zacznie mieć jednego gospodarza, i to wyposażonego w odpowiednie kompetencje, to każda próba zmian na placu będzie się rozbijać o ścianę. Władza lokalna nazywana gospodarzem dzielnicy ma tu najmniej do gadania.