Oryginalny biurowiec: przy Prostej wyrosła krzywa wieża
16.02.2012
aktualizacja: 2012-02-16 12:03
To jeden z najoryginalniejszych polskich biurowców ostatnich lat - wieżowiec wywrócony na lewą stronę, którego elewacją frontową jest jego konstrukcja nośna
ZOBACZ TAKŻE
- "Biurowiec Bieruta" gotowy po remoncie. Zapiera dech! (17-05-12, 13:00)
- Nowy zabytek w Warszawie. Wybitne dzieło socrealizmu (15-02-12, 07:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Co widać z wysokości wieżowca przy Prostej [ZDJĘCIA] (16-02-12, 07:00)
- Wieżowiec z Prostej. Taki jest w środku [ZDJĘCIA] (16-02-11, 11:00)
Za kilka tygodni do 19-piętrowego biurowca Prosta Tower w pobliżu ronda Daszyńskiego wprowadzą się pierwsi najemcy. Trudno znaleźć w Warszawie równie charakterystyczny budynek. Jego elewacja to wysoka na 70 m, łagodnie wybrzuszona żelbetowa kratownica. Wygląda jak wydęta lekkim podmuchem wiatru sieć rybacka rozwieszona do wyschnięcia. Dopiero 60 cm za nią znajdują się klasyczne szklane tafle. Kratownica przymocowana jest do stropów pięter za pomocą długich trzpieni.
Budynek powstał na bardzo małej działce. Obrys gmachu to tylko 600 m kw., z czego połowa to niskie, czteropiętrowe skrzydło. Sama wieża jest wąska jak ołówek stolarski, zajmuje zaledwie około 300 m kw. Są domy jednorodzinne, które zabierają więcej miejsca. Jakby tego wszystkiego było mało, działka przylegała do ściany monstrualnego 31-piętrowego bloku Łucka City. Przez całe lata ta ogromna ślepa ściana kłuła w oczy ogromnym logo dewelopera - firmy J.W. Construction. Niektórzy żartują, że Prosta Tower to najlepszy biurowiec w centrum miasta - bo nie widać z niego Łuckiej.
- Piękny, bardzo oryginalny, bardzo trudny budynek - mówi Jakub Wacławek, prezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich. - Można powiedzieć: wspaniały kwiatek przy paskudnym kożuchu - dodaje półżartem.
- Doceniam wyjątkowość konstrukcji. Ale jest dostawiona do naprawdę bardzo złego budynku J.W. Construction. Razem tworzą przedziwny konglomerat - narzeka Olgierd Jagiełło, architekt pracowni JEMS. - Gdyby to był samodzielny budynek, może oceniałbym go lepiej. Ale obok tego brzydactwa może lepsza byłaby wieża mniej ekspresyjna - zastanawia się.
Budynek zaprojektowała pracownia Stefana Kuryłowicza, świetnego architekta, który w zeszłym roku zginął w katastrofie lotniczej. Gdy budowa dopiero miała się zacząć, Kuryłowicz mówił w "Gazecie Stołecznej": - Z parametrami Łucka City nie da się konkurować, jedyne wyjście to się wyróżnić. Chcieliśmy, żeby w tym miejscu stanął budynek współczesny, efektowny, podkreślający potencjał tej ulicy. To ma być znak, że wjeżdża się do Śródmieścia. Chylę czoła przed inwestorem, że zaryzykował i zgodził się na tak trudne rozwiązanie.
- Ten budynek jest eksperymentem, jego konstrukcja jest oryginalna nawet w skali świata. Powstał dzięki temu, że ograniczenia traktowaliśmy jako wyzwanie, dzięki odwadze inwestora, który nam zaufał, i Stefanowi Kuryłowiczowi, który potrafił go do tego rozwiązania przekonać - mówi Piotr Kudelski, główny projektant budynku z pracowni Kuryłowicz & Associates.
Cenny brzuszek
Kiedy działkę siedem lat temu kupiła firma Marvipol, stał na niej prowizoryczny piętrowy pawilon, w którym mieścił się sklep Cepelii. Inwestor początkowo zamierzał zbudować tu apartamentowiec. W pierwotnej wersji miał to być wieżowiec osłonięty wygiętą szklaną taflą.
Inwestor rozpoczął prace jesienią 2007 r. od budowy pięciokondygnacyjnego podziemnego garażu. Jego budowa zaledwie 50 cm od fundamentów ogromnego bloku J.W. Construction była wyzwaniem inżynieryjnym. Żeby nie naruszyć jego konstrukcji, specjalistyczna firma Soletanche osłoniła plac budowy wciskanymi w ziemię tzw. ściankami szczelinowymi. Wbiła je aż na 30 m poniżej poziomu gruntu. Garaż budowała metodą stropową, czyli podobnie jak buduje się stacje metra. Polega ona na tym, że najpierw wylewa się strop kondygnacji, pozostawiając jeden otwór, potem wybiera się spod niego ziemię, buduje się ściany i strop niższej kondygnacji, a potem operację się powtarza. Posadzka najniższej kondygnacji znajduje się ponad 16 m pod ziemią, 9 m poniżej poziomu wód gruntowych. Dla porównania - peron powstającej po sąsiedzku stacji drugiej linii metra Rondo Daszyńskiego będzie się znajdować na głębokości 15 m.
Budowa podziemnej części budynku trwała aż 14 miesięcy. I gdy miała się ku końcowi, przyszła katastrofa. Nie, nie budowlana - rynkowa. Nadszedł kryzys. Niepodobna było sprzedać mieszkań planowanych jako drogie apartamenty. A bez sprzedaży mieszkań nie było mowy o zdobyciu kredytu na budowę. Inwestycja stanęła pod znakiem zapytania. Wtedy inwestor za radą Stefana Kuryłowicza zdecydował się na zmianę funkcji budynku na biurową. A architekt przeprojektowanie budynku powierzył współpracownikowi Piotrowi Kudelskiemu.
- Wokół ronda Daszyńskiego panował totalny bałagan. Nic nie nawiązywało do sąsiedniej zabudowy. Naprzeciwko stała grzeczna mieszkaniówka firmy Acciona i bezbarwny biurowiec, w którym dziś mieści się redakcja "Rzeczpospolitej". Pomyśleliśmy, że tutaj obraz trzeba malować mocnym uderzeniem pędzla. Stąd pomysł, żeby zaprojektować budynek bardzo charakterystyczny - opowiada Kudelski. - Wiedzieliśmy, że chcemy zachować "brzuszek" budynku. Nie dla przekory, żeby budować krzywą wieżę przy ul. Prostej. Każdy metr kwadratowy powierzchni, jaki dawało się zmieścić w budynku w tym miejscu, był cenny. A "brzuch" nadwieszający się o 2,8 m nad chodnikiem dawał szansę na zwiększenie metrażu wieży - tłumaczy.
Także w pogoni za dodatkowymi metrami kwadratowymi projektanci zdecydowali, że budynek będzie mieć 19 pięter, choć przylega do niższego o dwa piętra skrzydła Łucka City.
Kabareta z zaciągniętym oczkiem
Żeby do maksimum wykorzystać powierzchnię w środku budynku, architekci chcieli usunąć z jego wnętrza tyle elementów konstrukcyjnych, ile tylko możliwe. Postanowili więc konstrukcję nośną wyrzucić na zewnątrz.
- Bo kratownica nie jest tylko elementem dekoracyjnym - zaznacza Piotr Kudelski. - Mimo że jest wygięta, pełni funkcję konstrukcji nośnej, dźwiga część ciężaru budynku. To chyba jedyne tej skali rozwiązanie na świecie.
Filarów wewnątrz budynku nie udało się całkiem wyeliminować, pozostały w dwóch miejscach. Projektanci długo szukali odpowiednich proporcji między konstrukcją zewnętrzną a wewnętrzną. Im bardziej subtelna i ażurowa była żelbetowa kratownica na zewnątrz, tym masywniejsze musiały być słupy wewnątrz, i odwrotnie.
Architekci nazwali kratownicę kabaretą - od siatkowych pończoch noszonych przez tancerki w paryskich nocnych klubach. Piotr Kudelski nie chce przyznać, że to dla spotęgowania tego skojarzenia "kabareta" w dwóch miejscach jest "zaciągnięta", tak jakby w pończosze poszło oczko. - To po prostu nadawało elewacji ciekawszy, bardziej organiczny wygląd - tłumaczy.
"Kabareta" miała jeszcze jedno zadanie. Front wieży wystawiony jest na silne południowe światło. Zwykła szklana elewacja zamieniałaby schowane za nią biura w szklarnię.
- Oczywiście, jest klimatyzacja. Ale budynki łatwo jest ogrzać, a schłodzić jest trudniej - mówi Piotr Kudelski.- Budynek grzałby się nawet zimą. Konieczność ciągłej pracy klimatyzacji podrażałaby koszty. Kratownica zacieniająca 38 proc. południowej elewacji obniża roczne wydatki na klimatyzację o ponad jedną trzecią - tłumaczy.
Inspiracji architekci szukali w krajach arabskich, w których budynki trzeba chronić przed ostrym słońcem. Bardzo podobną romboidalną żelbetową siatką osłonięty jest nowy terminal lotniska w Marrakeszu w Maroku zbudowany w latach 2006-08 według projektu szwajcarskiej pracowni E2A Architecture i francuskiego biura CR Architects. - Ale tam siatka ma tylko dwie kondygnacje i jest prosta, nie wygięta. Budowa kratownicy wysokiej na 70 m, pełniącej funkcję nośną to zupełnie coś innego - przekonuje architekt z pracowni Kuryłowicz & Associates.
Gołębie czują respekt
Żelbetowa siatka powstała z betonu architektonicznego o idealnie gładkiej powierzchni. Robotnicy z firmy Warbud wylewali ją w nasączanych olejem drewnianych formach, każda używana była tylko raz, bo każde następne wykorzystanie dawałoby element gorszej jakości.
O taką elewację trzeba dbać. Zmorą dla architektów i inwestora była myśl, że wizjonerską betonową elewację zapaskudzą gołębie. Zamontowanie na niej specjalnych kolców nie wchodziło w grę, oszpeciłyby kratownicę. Do krzyków drapieżników z magnetofonu ptaki się szybko przyzwyczajają. - Skontaktowaliśmy się z sokolnikiem z Okęcia, który powiedział, że jeżeli na szczycie budynku zostanie założone gniazdo dla sokołów i wychowa się w nim ptaki od wyklucia z jajka, będą traktowały ten budynek jak swój dom. Przygotowaliśmy na dachu miejsce na gniazdo sokołów, ale na razie nie zostało założone - mówi Piotr Kudelski. - Czekamy, na razie gołębie omijają kratownicę. Może płoszą je sokoły z pobliskiego Pałacu Kultury? - zastanawia się.
Charyzmatyczny charakter
Budowa biurowca pochłonęła ponad 100 mln zł. W 2011 r. budynek zdobył wyróżnienie w konkursie o Nagrodę im. Macieja Nowickiego dla innowacyjnych projektów architektonicznych. Jury, w którym zasiadał m.in. fiński architekt Rainer Mahlamaeki, autor wizjonerskiego Muzeum Historii Żydów Polskich, doceniło "system konstrukcyjny, który przekłada się na architektoniczną formę, nadając jej indywidualny, charyzmatyczny charakter".
- Budując w mieście architekt zawsze musi znaleźć równowagę pomiędzy chęcią wpisania się w otoczenie, a własną indywidualną ekspresją. Biuro Stefana Kuryłowicza dobrze wybrnęło z tej sprzeczności. Fasada budynku Prosta Tower ma wyrazisty charakter, odcina się od sąsiednich budynków, ale jednocześnie jest wstrzemięźliwa - mówi Rainer Mahlamaeki. Budynek wyróżniono też w ubiegłorocznym międzynarodowym konkursie CEMEX Building Award na najciekawsze budynki z betonu na świecie.
To bardzo specyficzny biurowiec. Kondygnacje w wieży mają bardzo małą powierzchnię - od 230 do 290 m kw. W warszawskich biurowcach normą są piętra oferujące powierzchnie kilkakrotnie większe. To po części dlatego biurowiec wciąż jest pusty, choć do użytku został oddany w lipcu. Innym powodem jest to, że firma Marvipol żąda dość wysokiego czynszu - 21,5 euro za metr kwadratowy miesięcznie. - To prawda, na Służewcu biura są tańsze. Nie konkurujemy z nimi. Oferujemy budynek niezwykły, widowiskowy, w którego sąsiedztwie niebawem będzie działać stacja drugiej linii metra. To ma swoją cenę - mówi Andrzej Słomka, dyrektor zarządzający Marvipolu. Zapewnia, że choć kompletowanie najemców trwało długo, kończy się pomyślne. - Budynek zacznie działać na przełomie marca i kwietnia. Powinien mieć wtedy zajęte około 70 proc. powierzchni - mówi. Wprowadzają się tu nieduże firmy, dla których kuszące jest to, że wynajmując stosunkowo niedużą powierzchnię, mogą mieć do dyspozycji całe piętro budynku i cieszyć się znakomitym widokiem na Warszawę. Jednym z najemców będzie sam Marvipol, który zajmie trzy piętra w górnej części biurowca.
Powierzchnia naziemna: 8,4 tys., w tym powierzchnia najmu 5,4 tys. Powierzchnia części podziemnej - 4,4 tys. m kw. Wysokość - 70,3 m. Posadzka najniższej kondygnacji podziemnej - 16,5 m poniżej poziomu gruntu. Zespół projektowy: prof. arch. Stefan Kuryłowicz, arch. Piotr Kuczyński, arch. Piotr Kudelski, arch. Justyna Chmielewska, arch. Karolina Miklaszewska, arch. Adam Sarnacki.
Budynek powstał na bardzo małej działce. Obrys gmachu to tylko 600 m kw., z czego połowa to niskie, czteropiętrowe skrzydło. Sama wieża jest wąska jak ołówek stolarski, zajmuje zaledwie około 300 m kw. Są domy jednorodzinne, które zabierają więcej miejsca. Jakby tego wszystkiego było mało, działka przylegała do ściany monstrualnego 31-piętrowego bloku Łucka City. Przez całe lata ta ogromna ślepa ściana kłuła w oczy ogromnym logo dewelopera - firmy J.W. Construction. Niektórzy żartują, że Prosta Tower to najlepszy biurowiec w centrum miasta - bo nie widać z niego Łuckiej.
- Piękny, bardzo oryginalny, bardzo trudny budynek - mówi Jakub Wacławek, prezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich. - Można powiedzieć: wspaniały kwiatek przy paskudnym kożuchu - dodaje półżartem.
- Doceniam wyjątkowość konstrukcji. Ale jest dostawiona do naprawdę bardzo złego budynku J.W. Construction. Razem tworzą przedziwny konglomerat - narzeka Olgierd Jagiełło, architekt pracowni JEMS. - Gdyby to był samodzielny budynek, może oceniałbym go lepiej. Ale obok tego brzydactwa może lepsza byłaby wieża mniej ekspresyjna - zastanawia się.
Budynek zaprojektowała pracownia Stefana Kuryłowicza, świetnego architekta, który w zeszłym roku zginął w katastrofie lotniczej. Gdy budowa dopiero miała się zacząć, Kuryłowicz mówił w "Gazecie Stołecznej": - Z parametrami Łucka City nie da się konkurować, jedyne wyjście to się wyróżnić. Chcieliśmy, żeby w tym miejscu stanął budynek współczesny, efektowny, podkreślający potencjał tej ulicy. To ma być znak, że wjeżdża się do Śródmieścia. Chylę czoła przed inwestorem, że zaryzykował i zgodził się na tak trudne rozwiązanie.
- Ten budynek jest eksperymentem, jego konstrukcja jest oryginalna nawet w skali świata. Powstał dzięki temu, że ograniczenia traktowaliśmy jako wyzwanie, dzięki odwadze inwestora, który nam zaufał, i Stefanowi Kuryłowiczowi, który potrafił go do tego rozwiązania przekonać - mówi Piotr Kudelski, główny projektant budynku z pracowni Kuryłowicz & Associates.
Cenny brzuszek
Kiedy działkę siedem lat temu kupiła firma Marvipol, stał na niej prowizoryczny piętrowy pawilon, w którym mieścił się sklep Cepelii. Inwestor początkowo zamierzał zbudować tu apartamentowiec. W pierwotnej wersji miał to być wieżowiec osłonięty wygiętą szklaną taflą.
Inwestor rozpoczął prace jesienią 2007 r. od budowy pięciokondygnacyjnego podziemnego garażu. Jego budowa zaledwie 50 cm od fundamentów ogromnego bloku J.W. Construction była wyzwaniem inżynieryjnym. Żeby nie naruszyć jego konstrukcji, specjalistyczna firma Soletanche osłoniła plac budowy wciskanymi w ziemię tzw. ściankami szczelinowymi. Wbiła je aż na 30 m poniżej poziomu gruntu. Garaż budowała metodą stropową, czyli podobnie jak buduje się stacje metra. Polega ona na tym, że najpierw wylewa się strop kondygnacji, pozostawiając jeden otwór, potem wybiera się spod niego ziemię, buduje się ściany i strop niższej kondygnacji, a potem operację się powtarza. Posadzka najniższej kondygnacji znajduje się ponad 16 m pod ziemią, 9 m poniżej poziomu wód gruntowych. Dla porównania - peron powstającej po sąsiedzku stacji drugiej linii metra Rondo Daszyńskiego będzie się znajdować na głębokości 15 m.
Budowa podziemnej części budynku trwała aż 14 miesięcy. I gdy miała się ku końcowi, przyszła katastrofa. Nie, nie budowlana - rynkowa. Nadszedł kryzys. Niepodobna było sprzedać mieszkań planowanych jako drogie apartamenty. A bez sprzedaży mieszkań nie było mowy o zdobyciu kredytu na budowę. Inwestycja stanęła pod znakiem zapytania. Wtedy inwestor za radą Stefana Kuryłowicza zdecydował się na zmianę funkcji budynku na biurową. A architekt przeprojektowanie budynku powierzył współpracownikowi Piotrowi Kudelskiemu.
- Wokół ronda Daszyńskiego panował totalny bałagan. Nic nie nawiązywało do sąsiedniej zabudowy. Naprzeciwko stała grzeczna mieszkaniówka firmy Acciona i bezbarwny biurowiec, w którym dziś mieści się redakcja "Rzeczpospolitej". Pomyśleliśmy, że tutaj obraz trzeba malować mocnym uderzeniem pędzla. Stąd pomysł, żeby zaprojektować budynek bardzo charakterystyczny - opowiada Kudelski. - Wiedzieliśmy, że chcemy zachować "brzuszek" budynku. Nie dla przekory, żeby budować krzywą wieżę przy ul. Prostej. Każdy metr kwadratowy powierzchni, jaki dawało się zmieścić w budynku w tym miejscu, był cenny. A "brzuch" nadwieszający się o 2,8 m nad chodnikiem dawał szansę na zwiększenie metrażu wieży - tłumaczy.
Także w pogoni za dodatkowymi metrami kwadratowymi projektanci zdecydowali, że budynek będzie mieć 19 pięter, choć przylega do niższego o dwa piętra skrzydła Łucka City.
Kabareta z zaciągniętym oczkiem
Żeby do maksimum wykorzystać powierzchnię w środku budynku, architekci chcieli usunąć z jego wnętrza tyle elementów konstrukcyjnych, ile tylko możliwe. Postanowili więc konstrukcję nośną wyrzucić na zewnątrz.
- Bo kratownica nie jest tylko elementem dekoracyjnym - zaznacza Piotr Kudelski. - Mimo że jest wygięta, pełni funkcję konstrukcji nośnej, dźwiga część ciężaru budynku. To chyba jedyne tej skali rozwiązanie na świecie.
Filarów wewnątrz budynku nie udało się całkiem wyeliminować, pozostały w dwóch miejscach. Projektanci długo szukali odpowiednich proporcji między konstrukcją zewnętrzną a wewnętrzną. Im bardziej subtelna i ażurowa była żelbetowa kratownica na zewnątrz, tym masywniejsze musiały być słupy wewnątrz, i odwrotnie.
Architekci nazwali kratownicę kabaretą - od siatkowych pończoch noszonych przez tancerki w paryskich nocnych klubach. Piotr Kudelski nie chce przyznać, że to dla spotęgowania tego skojarzenia "kabareta" w dwóch miejscach jest "zaciągnięta", tak jakby w pończosze poszło oczko. - To po prostu nadawało elewacji ciekawszy, bardziej organiczny wygląd - tłumaczy.
"Kabareta" miała jeszcze jedno zadanie. Front wieży wystawiony jest na silne południowe światło. Zwykła szklana elewacja zamieniałaby schowane za nią biura w szklarnię.
- Oczywiście, jest klimatyzacja. Ale budynki łatwo jest ogrzać, a schłodzić jest trudniej - mówi Piotr Kudelski.- Budynek grzałby się nawet zimą. Konieczność ciągłej pracy klimatyzacji podrażałaby koszty. Kratownica zacieniająca 38 proc. południowej elewacji obniża roczne wydatki na klimatyzację o ponad jedną trzecią - tłumaczy.
Inspiracji architekci szukali w krajach arabskich, w których budynki trzeba chronić przed ostrym słońcem. Bardzo podobną romboidalną żelbetową siatką osłonięty jest nowy terminal lotniska w Marrakeszu w Maroku zbudowany w latach 2006-08 według projektu szwajcarskiej pracowni E2A Architecture i francuskiego biura CR Architects. - Ale tam siatka ma tylko dwie kondygnacje i jest prosta, nie wygięta. Budowa kratownicy wysokiej na 70 m, pełniącej funkcję nośną to zupełnie coś innego - przekonuje architekt z pracowni Kuryłowicz & Associates.
Gołębie czują respekt
Żelbetowa siatka powstała z betonu architektonicznego o idealnie gładkiej powierzchni. Robotnicy z firmy Warbud wylewali ją w nasączanych olejem drewnianych formach, każda używana była tylko raz, bo każde następne wykorzystanie dawałoby element gorszej jakości.
O taką elewację trzeba dbać. Zmorą dla architektów i inwestora była myśl, że wizjonerską betonową elewację zapaskudzą gołębie. Zamontowanie na niej specjalnych kolców nie wchodziło w grę, oszpeciłyby kratownicę. Do krzyków drapieżników z magnetofonu ptaki się szybko przyzwyczajają. - Skontaktowaliśmy się z sokolnikiem z Okęcia, który powiedział, że jeżeli na szczycie budynku zostanie założone gniazdo dla sokołów i wychowa się w nim ptaki od wyklucia z jajka, będą traktowały ten budynek jak swój dom. Przygotowaliśmy na dachu miejsce na gniazdo sokołów, ale na razie nie zostało założone - mówi Piotr Kudelski. - Czekamy, na razie gołębie omijają kratownicę. Może płoszą je sokoły z pobliskiego Pałacu Kultury? - zastanawia się.
Charyzmatyczny charakter
Budowa biurowca pochłonęła ponad 100 mln zł. W 2011 r. budynek zdobył wyróżnienie w konkursie o Nagrodę im. Macieja Nowickiego dla innowacyjnych projektów architektonicznych. Jury, w którym zasiadał m.in. fiński architekt Rainer Mahlamaeki, autor wizjonerskiego Muzeum Historii Żydów Polskich, doceniło "system konstrukcyjny, który przekłada się na architektoniczną formę, nadając jej indywidualny, charyzmatyczny charakter".
- Budując w mieście architekt zawsze musi znaleźć równowagę pomiędzy chęcią wpisania się w otoczenie, a własną indywidualną ekspresją. Biuro Stefana Kuryłowicza dobrze wybrnęło z tej sprzeczności. Fasada budynku Prosta Tower ma wyrazisty charakter, odcina się od sąsiednich budynków, ale jednocześnie jest wstrzemięźliwa - mówi Rainer Mahlamaeki. Budynek wyróżniono też w ubiegłorocznym międzynarodowym konkursie CEMEX Building Award na najciekawsze budynki z betonu na świecie.
To bardzo specyficzny biurowiec. Kondygnacje w wieży mają bardzo małą powierzchnię - od 230 do 290 m kw. W warszawskich biurowcach normą są piętra oferujące powierzchnie kilkakrotnie większe. To po części dlatego biurowiec wciąż jest pusty, choć do użytku został oddany w lipcu. Innym powodem jest to, że firma Marvipol żąda dość wysokiego czynszu - 21,5 euro za metr kwadratowy miesięcznie. - To prawda, na Służewcu biura są tańsze. Nie konkurujemy z nimi. Oferujemy budynek niezwykły, widowiskowy, w którego sąsiedztwie niebawem będzie działać stacja drugiej linii metra. To ma swoją cenę - mówi Andrzej Słomka, dyrektor zarządzający Marvipolu. Zapewnia, że choć kompletowanie najemców trwało długo, kończy się pomyślne. - Budynek zacznie działać na przełomie marca i kwietnia. Powinien mieć wtedy zajęte około 70 proc. powierzchni - mówi. Wprowadzają się tu nieduże firmy, dla których kuszące jest to, że wynajmując stosunkowo niedużą powierzchnię, mogą mieć do dyspozycji całe piętro budynku i cieszyć się znakomitym widokiem na Warszawę. Jednym z najemców będzie sam Marvipol, który zajmie trzy piętra w górnej części biurowca.
Powierzchnia naziemna: 8,4 tys., w tym powierzchnia najmu 5,4 tys. Powierzchnia części podziemnej - 4,4 tys. m kw. Wysokość - 70,3 m. Posadzka najniższej kondygnacji podziemnej - 16,5 m poniżej poziomu gruntu. Zespół projektowy: prof. arch. Stefan Kuryłowicz, arch. Piotr Kuczyński, arch. Piotr Kudelski, arch. Justyna Chmielewska, arch. Karolina Miklaszewska, arch. Adam Sarnacki.
-
Kwestia gustu
asperamanka
16.02.12, 08:51
Na pewno się ten budynek wyróżnia z tłumu podobnych biurowców. I dobrze, zabudowa miejska powinna być róznorodna, a nie jak spod jednej matrycy. Niestety, tego stolca dinozaura postawionego »
-
Re: Oryginalny biurowiec: przy Prostej wyrosła kr
buj_w_chutach
16.02.12, 08:55
To ci z Marvipolu chodzą jeszcze na wolności? Przecież to firma, którą dawno powinna się zainteresować prokuratura i CBA, tylu urzędników miejskich siedzi u nich w kieszeni. Oto próbka stylu»
Najnowsze wiadomości z Woli
Najnowsze wiadomości z Warszawy








