Zabił prostytutkę, a potem poćwiartował jej zwłoki

Piotr Machajski
09.03.2010 aktualizacja: 2010-03-09 15:52
A A A Drukuj
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Dziś rozpoczyna się proces w sprawie makabrycznej zbrodni.
Spokojny, opanowany. Nie palił, nie pił alkoholu, nie zażywał narkotyków. Nikt z sąsiadów się na niego nie skarżył. Taką opinię o 21-letnim Jonaszu S. sporządził sądowy kurator. Biegli psychiatrzy uznali co prawda, że ma tzw. nieprawidłową osobowość (nadmierny egocentryzm, niski poziom empatii), ale nie dopatrzyli się zaburzeń psychicznych.

Coś jednak sprawiło, że w zimowy wieczór 15 lutego zeszłego roku Jonasz S. udusił warszawską prostytutkę. Później próbował pociąć na kawałki jej ciało. Prokuraturze nie udało się znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobił. Czy uda się to sądowi? Dziś rozpoczyna się proces młodego mężczyzny.

Jonasz S. pochodzi z Wyszkowa, z tzw. szanowanej rodziny. Skończył lokalne liceum społeczne. Dostał się na studia do szkoły pożarniczej w Warszawie, ale nie podjął nauki. Jego matka była szefową jednej z wyszkowskich gazet. On też dorabiał tam czasem, robiąc zdjęcia.

Telefon milczy, domofon milczy

Na początku lutego razem ze swoją dziewczyną wynajął mieszkanie w Warszawie przy ul. Chłodnej - kawalerkę z wydzieloną sypialnią. Byli razem od półtora roku, ale od przyjazdu do stolicy przestało im się układać. - Ona godziła się, by czasem korzystał z usług prostytutek - opowiada znający sprawę policjant.

Ale o tym, że 15 lutego zaprosił do siebie 41-letnią Barbarę Z., nie wiedziała. Swojej dziewczynie powiedział, że umówił się z kolegą. Późnym wieczorem miał przyjechać do Wyszkowa.

Dochodziła godz. 18, gdy prostytutkę pod blok przywiózł znajomy taksówkarz. Zostawiła mu kartkę z numerem telefonu i adresem klienta. Po 10 minutach wysłała SMS-a: "OK. Bądź za godzinę".

O 19.30 taksówkarz zaczął się niepokoić. Zadzwonił do Barbary Z., ale ta nie odebrała. Zadzwonił pod numer klienta, ale telefon był wyłączony. Domofon też milczał. Zdenerwowany wrócił do auta i pojechał na najbliższy posterunek policji.

Mundurowym też nikt nie otwierał. Poprosili więc o pomoc strażaków. Jeden z funkcjonariuszy z podnośnika zajrzał przez okno do mieszkania. Ciemno. Ale nagle otworzyły się drzwi i snop światła padający z korytarza oświetlił postać jakiegoś mężczyzny. To był właśnie Jonasz S.

- O co chodzi, ja nic nie zrobiłem - zdążył tylko powiedzieć, zanim zakuli go w kajdanki.

Wszędzie krew

Jego pokawałkowaną ofiarę znaleźli w wannie. Wszędzie była krew. Znaleźli też narzędzia: sześć kuchennych noży, nożyczki i piłę do drewna.

Oględziny na miejscu zbrodni trwały dobę. Nawet doświadczeni śledczy byli wstrząśnięci. W zsypie mundurowi odkryli ubrania kobiety, a w altance śmietnikowej jej podarte notatki, kosmetyki i biżuterię.

Z wywiadu środowiskowego wynikało, że Jonasz S. nie zażywał narkotyków. Jednak policjanci znaleźli na miejscu zbrodni marihuanę i fajkę wodną. Za jej posiadanie dostał dodatkowy zarzut.

Podczas pierwszego przesłuchania Jonasz S. twierdził, że zaprosił kobietę dla żartu. Powiedział jej, że nie ma pieniędzy, ale może jej oddać za taksówkę. Była zdenerwowana, chciała go spoliczkować, on złapał ją za rękę, ona się potknęła, upadła i uderzyła w głowę. Gdy zorientował się, że nie żyje, postanowił pozbyć się zwłok.

Czy tak właśnie było? Z sekcji zwłok (przeprowadzonej już po przesłuchaniu) wynika, że przyczyną śmierci było uduszenie łańcuchem. Co więcej, między prostytutką a jej późniejszym oprawcą doszło do zbliżenia. Potwierdziły to badania biologiczne.

Jonasz S. nie wyjaśnił jednak tych rozbieżności. Podczas kolejnego przesłuchania odmówił składania wyjaśnień.

Co dziś powie sądowi?

Przeczytaj także: Policja przekonuje, że w Warszawie jest bezpieczniej



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Woli
Najnowsze wiadomości z Warszawy