Urzędnicy nie chcą wynająć pustego pokoju w "kołchozie"

Małgorzata Zubik
22.01.2010 aktualizacja: 2010-01-21 22:07
A A A Drukuj
Rodzina w komplecie przed drzwiami zamkniętego pustego pokoju Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Pokój w dawnym kołchozie od 14 lat jest bez lokatora. Ale urzędnicy zawzięli się, by nie wynająć kilkunastu metrów rodzinie, która gnieździ się tuż obok.
SERWISY
- Nie chcę tego pokoju otwierać samowolnie, chociaż nie byłoby to trudne - mówi pan Leszek. - Nie wiem, jak dzieciom wytłumaczyć, dlaczego nie mogą tu wejść. Chcemy wszystko zrobić zgodnie z przepisami. Przyszliśmy do "Gazety", bo już więcej nie jesteśmy w stanie zdziałać.

Mieszkanie przy al. Waszyngtona ma trzy pokoje i niecałe 80 m kw. Mniejszy pokój zajmuje niepełnosprawna pani Leokadia. Większy - jej córka Katarzyna, żona pana Leszka, i ich dwie nastoletnie córki Najmniejszy stoi pusty.

Pani Leokadia wprowadziła się tu do jednego pokoju razem z córką prawie 40 lat temu. To był tzw. kołchoz. W ten sposób kiedyś nazwano przedwojenne duże mieszkania, do których kwaterunek przez lata przydzielał obcych sobie ludzi. Korzystali ze wspólnego korytarza, łazienki, czasem kuchni. Tylko w Śródmieściu takich wspólnych mieszkań jest wciąż ponad 650. Żyje w nich blisko 3 tys. osób.

- Kiedy tu zamieszkaliśmy, mieliśmy opracowany sposób dzwonków - wspomina pani Katarzyna. - Jeden sygnał do jednej sąsiadki, dwa do drugiej, trzy do nas. Był grafik korzystania ze wspólnej łazienki i ze wspólnej kuchni.

Gdy w 1985 r. wyprowadziła się z jedna z sublokatorek, pani Leokadia poprosiła o zwolniony pokój. I dostała przydział. Potem do mieszkania wprowadził się mąż pani Katarzyny. Gdy urodziła im się córka, wyprowadziła się ostatnia sublokatorka. Zostawiła pokój, ale czynsz płaciła.

- A któregoś dnia wprowadziła się do pokoju Nina z Ukrainy i znów zaczął się kołchoz - słyszymy. - Gdy zorientowaliśmy się, że nie chodzi o pobyt gościnny, ale o podnajem, zapytaliśmy urząd o wyjaśnienie stanu prawnego lokalu - słyszymy. Skończyło się wyprowadzką Ukrainki oraz eksmisją sublokatorki (która nie miała nawet umowy najmu).

W 2006 r. rodzina postanowiła poprosić o zajęcie pustostanu. Uchwała Rady Warszawy z 2004 r. dawała taką możliwość w sytuacji, gdy po zajęciu zwolnionej części powierzchnia wszystkich pokoi nie przekroczy 10 m kw. na osobę. Ten warunek jest spełniony. Mimo to urzędnicy już kilka razy z rzędu odmawiali. Proponowali za to rodzinie wyprowadzkę do innego dwupokojowego mieszkania. To nie poprawi sytuacji rodziny, która zabiega o pustostan m.in. ze względu na panią Leokadię. Osobny pokój zaleca jej Miejski Zespół ds. Orzekania o Niepełnosprawności. Prascy urzędnicy o tym wiedzą.

- Poza tym mieszkamy tutaj tyle lat, po co nas przenosić w inne miejsce? Wszystkich tu znamy, a w mieszkanie zainwestowaliśmy sporo pieniędzy - argumentują lokatorzy.

Do urzędników z Pragi-Południe to nie przemawia. Odmowę uzasadniają jeszcze jednym argumentem - pani Katarzyna miała kawalerkę (odziedziczoną po ciotce). I w 2001 r. ją sprzedała, gdyż, jak mówi, pieniądze były potrzebne na rehabilitację matki. Urzędnicy piszą, że rodzina sama sobie pogorszyła warunki mieszkaniowe. Tyle że w świetle przepisów nie ma to nic do rzeczy.

- Do tego kawalerka i tak była dla nas za mała, nigdy w niej nie mieszkaliśmy. Musimy mieszkać z mamą, bo potrzebuje naszej pomocy. Zabiegamy o niecałe 14 m kw. To, że są puste tyle czasu, nie świadczy o dobrym gospodarowaniu miejskim mieniem - mówią pani Katarzyna i jej mąż.

Z urzędem postanowili walczyć w sądzie. Skarżą do NSA postępowanie urzędników.

Dziś władze dzielnicy wypowiadają się o sprawie tak jakby nie widziały problemu. - Oczywiście pani Leokadia może złożyć wniosek o przydział pokoju jeszcze raz - zapewnia w ich imieniu Anna Rurka z urzędu dzielnicy Praga-Południe. Będzie on rozpatrzony w świetle nowych przepisów.

Przeczytaj także: Lokatorzy rozpoczęli głodówkę - bo chcą im odciąć gaz



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Pragi Południe
Najnowsze wiadomości z Warszawy