Urzędnicy nie chcą wynająć pustego pokoju w "kołchozie"
22.01.2010
aktualizacja: 2010-01-21 22:07
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Pokój w dawnym kołchozie od 14 lat jest bez lokatora. Ale urzędnicy zawzięli się, by nie wynająć kilkunastu metrów rodzinie, która gnieździ się tuż obok.
ZOBACZ TAKŻE
- Do WC pójdą tylko z kluczem. "Tak jak po wojnie" (04-11-10, 09:00)
- Przyśpieszyli pocztę, żeby wyrzucić kobietę na bruk (17-02-10, 08:00)
- Sprzedali lokatorkę razem z kamienicą (08-02-10, 10:00)
- Lokatorzy wciąż koczują w urzędzie - już ponad trzy dni (22-01-10, 10:00)
- Gazu nie ma, ludzie koczują w urzędzie (21-01-10, 09:00)
- Lokatorzy rozpoczęli głodówkę - bo chcą im odciąć gaz (20-01-10, 00:00)
SERWISY
- Nie chcę tego pokoju otwierać samowolnie, chociaż nie byłoby to trudne - mówi pan Leszek. - Nie wiem, jak dzieciom wytłumaczyć, dlaczego nie mogą tu wejść. Chcemy wszystko zrobić zgodnie z przepisami. Przyszliśmy do "Gazety", bo już więcej nie jesteśmy w stanie zdziałać.
Mieszkanie przy al. Waszyngtona ma trzy pokoje i niecałe 80 m kw. Mniejszy pokój zajmuje niepełnosprawna pani Leokadia. Większy - jej córka Katarzyna, żona pana Leszka, i ich dwie nastoletnie córki Najmniejszy stoi pusty.
Pani Leokadia wprowadziła się tu do jednego pokoju razem z córką prawie 40 lat temu. To był tzw. kołchoz. W ten sposób kiedyś nazwano przedwojenne duże mieszkania, do których kwaterunek przez lata przydzielał obcych sobie ludzi. Korzystali ze wspólnego korytarza, łazienki, czasem kuchni. Tylko w Śródmieściu takich wspólnych mieszkań jest wciąż ponad 650. Żyje w nich blisko 3 tys. osób.
- Kiedy tu zamieszkaliśmy, mieliśmy opracowany sposób dzwonków - wspomina pani Katarzyna. - Jeden sygnał do jednej sąsiadki, dwa do drugiej, trzy do nas. Był grafik korzystania ze wspólnej łazienki i ze wspólnej kuchni.
Gdy w 1985 r. wyprowadziła się z jedna z sublokatorek, pani Leokadia poprosiła o zwolniony pokój. I dostała przydział. Potem do mieszkania wprowadził się mąż pani Katarzyny. Gdy urodziła im się córka, wyprowadziła się ostatnia sublokatorka. Zostawiła pokój, ale czynsz płaciła.
- A któregoś dnia wprowadziła się do pokoju Nina z Ukrainy i znów zaczął się kołchoz - słyszymy. - Gdy zorientowaliśmy się, że nie chodzi o pobyt gościnny, ale o podnajem, zapytaliśmy urząd o wyjaśnienie stanu prawnego lokalu - słyszymy. Skończyło się wyprowadzką Ukrainki oraz eksmisją sublokatorki (która nie miała nawet umowy najmu).
W 2006 r. rodzina postanowiła poprosić o zajęcie pustostanu. Uchwała Rady Warszawy z 2004 r. dawała taką możliwość w sytuacji, gdy po zajęciu zwolnionej części powierzchnia wszystkich pokoi nie przekroczy 10 m kw. na osobę. Ten warunek jest spełniony. Mimo to urzędnicy już kilka razy z rzędu odmawiali. Proponowali za to rodzinie wyprowadzkę do innego dwupokojowego mieszkania. To nie poprawi sytuacji rodziny, która zabiega o pustostan m.in. ze względu na panią Leokadię. Osobny pokój zaleca jej Miejski Zespół ds. Orzekania o Niepełnosprawności. Prascy urzędnicy o tym wiedzą.
- Poza tym mieszkamy tutaj tyle lat, po co nas przenosić w inne miejsce? Wszystkich tu znamy, a w mieszkanie zainwestowaliśmy sporo pieniędzy - argumentują lokatorzy.
Do urzędników z Pragi-Południe to nie przemawia. Odmowę uzasadniają jeszcze jednym argumentem - pani Katarzyna miała kawalerkę (odziedziczoną po ciotce). I w 2001 r. ją sprzedała, gdyż, jak mówi, pieniądze były potrzebne na rehabilitację matki. Urzędnicy piszą, że rodzina sama sobie pogorszyła warunki mieszkaniowe. Tyle że w świetle przepisów nie ma to nic do rzeczy.
- Do tego kawalerka i tak była dla nas za mała, nigdy w niej nie mieszkaliśmy. Musimy mieszkać z mamą, bo potrzebuje naszej pomocy. Zabiegamy o niecałe 14 m kw. To, że są puste tyle czasu, nie świadczy o dobrym gospodarowaniu miejskim mieniem - mówią pani Katarzyna i jej mąż.
Z urzędem postanowili walczyć w sądzie. Skarżą do NSA postępowanie urzędników.
Dziś władze dzielnicy wypowiadają się o sprawie tak jakby nie widziały problemu. - Oczywiście pani Leokadia może złożyć wniosek o przydział pokoju jeszcze raz - zapewnia w ich imieniu Anna Rurka z urzędu dzielnicy Praga-Południe. Będzie on rozpatrzony w świetle nowych przepisów.
Mieszkanie przy al. Waszyngtona ma trzy pokoje i niecałe 80 m kw. Mniejszy pokój zajmuje niepełnosprawna pani Leokadia. Większy - jej córka Katarzyna, żona pana Leszka, i ich dwie nastoletnie córki Najmniejszy stoi pusty.
Pani Leokadia wprowadziła się tu do jednego pokoju razem z córką prawie 40 lat temu. To był tzw. kołchoz. W ten sposób kiedyś nazwano przedwojenne duże mieszkania, do których kwaterunek przez lata przydzielał obcych sobie ludzi. Korzystali ze wspólnego korytarza, łazienki, czasem kuchni. Tylko w Śródmieściu takich wspólnych mieszkań jest wciąż ponad 650. Żyje w nich blisko 3 tys. osób.
- Kiedy tu zamieszkaliśmy, mieliśmy opracowany sposób dzwonków - wspomina pani Katarzyna. - Jeden sygnał do jednej sąsiadki, dwa do drugiej, trzy do nas. Był grafik korzystania ze wspólnej łazienki i ze wspólnej kuchni.
Gdy w 1985 r. wyprowadziła się z jedna z sublokatorek, pani Leokadia poprosiła o zwolniony pokój. I dostała przydział. Potem do mieszkania wprowadził się mąż pani Katarzyny. Gdy urodziła im się córka, wyprowadziła się ostatnia sublokatorka. Zostawiła pokój, ale czynsz płaciła.
- A któregoś dnia wprowadziła się do pokoju Nina z Ukrainy i znów zaczął się kołchoz - słyszymy. - Gdy zorientowaliśmy się, że nie chodzi o pobyt gościnny, ale o podnajem, zapytaliśmy urząd o wyjaśnienie stanu prawnego lokalu - słyszymy. Skończyło się wyprowadzką Ukrainki oraz eksmisją sublokatorki (która nie miała nawet umowy najmu).
W 2006 r. rodzina postanowiła poprosić o zajęcie pustostanu. Uchwała Rady Warszawy z 2004 r. dawała taką możliwość w sytuacji, gdy po zajęciu zwolnionej części powierzchnia wszystkich pokoi nie przekroczy 10 m kw. na osobę. Ten warunek jest spełniony. Mimo to urzędnicy już kilka razy z rzędu odmawiali. Proponowali za to rodzinie wyprowadzkę do innego dwupokojowego mieszkania. To nie poprawi sytuacji rodziny, która zabiega o pustostan m.in. ze względu na panią Leokadię. Osobny pokój zaleca jej Miejski Zespół ds. Orzekania o Niepełnosprawności. Prascy urzędnicy o tym wiedzą.
- Poza tym mieszkamy tutaj tyle lat, po co nas przenosić w inne miejsce? Wszystkich tu znamy, a w mieszkanie zainwestowaliśmy sporo pieniędzy - argumentują lokatorzy.
Do urzędników z Pragi-Południe to nie przemawia. Odmowę uzasadniają jeszcze jednym argumentem - pani Katarzyna miała kawalerkę (odziedziczoną po ciotce). I w 2001 r. ją sprzedała, gdyż, jak mówi, pieniądze były potrzebne na rehabilitację matki. Urzędnicy piszą, że rodzina sama sobie pogorszyła warunki mieszkaniowe. Tyle że w świetle przepisów nie ma to nic do rzeczy.
- Do tego kawalerka i tak była dla nas za mała, nigdy w niej nie mieszkaliśmy. Musimy mieszkać z mamą, bo potrzebuje naszej pomocy. Zabiegamy o niecałe 14 m kw. To, że są puste tyle czasu, nie świadczy o dobrym gospodarowaniu miejskim mieniem - mówią pani Katarzyna i jej mąż.
Z urzędem postanowili walczyć w sądzie. Skarżą do NSA postępowanie urzędników.
Dziś władze dzielnicy wypowiadają się o sprawie tak jakby nie widziały problemu. - Oczywiście pani Leokadia może złożyć wniosek o przydział pokoju jeszcze raz - zapewnia w ich imieniu Anna Rurka z urzędu dzielnicy Praga-Południe. Będzie on rozpatrzony w świetle nowych przepisów.
Przeczytaj także: Lokatorzy rozpoczęli głodówkę - bo chcą im odciąć gaz
-
Urzędnicy nie chcą wynająć pustego pokoju w "ko...
bialysamurai
22.01.10, 10:48
Najwyraźniej ktoś z urzedników ma ochotę na to mieszkanie-80m w Alei Waszyngtona.Dlatego urząd dzielnicy chce przekwaterować rodzinę do mniejszego mieszkania. O tym jak urzędnicy »
Najnowsze wiadomości z Pragi Południe
Najnowsze wiadomości z Warszawy


