W szpitalu wbijają dzieciom grube igły dla dorosłych

Wojciech Grejciun
09.02.2010 aktualizacja: 2010-02-08 20:08
A A A Drukuj
Szpital Dziecięcy przy ulicy Niekłańskiej: Cezary Stankiewicz z żoną i córką w sali chorych Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
W Szpitalu Dziecięcym przy Niekłańskiej niemowlakom wbija się w żyły grube igły dla dorosłych. Nasze dzieci mają rany na rękach i nogach - skarżą się rodzice.
SERWISY
- Skandal w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Niekłańskiej w Warszawie - alarmuje Cezary Stankiewicz, ojciec ośmiotygodniowej Leny. Mała od ubiegłego poniedziałku leży z zapaleniem płuc na oddziale patologii noworodka i niemowlęcia.

- Nie mogę wciąż uwierzyć w to, co się dzieje w szpitalu. Pielęgniarki wbijały dzieciom wenflon dla dorosłych. Jest grubszy od ich cieniutkich żył. Sprzęt się łamie, dzieci są całe poranione - relacjonuje Stankiewicz.

Rodzice, których maluchy są hospitalizowane na Saskiej Kępie, postanowili sami zaradzić na ból i płacz swoich dzieci. - Personel sugerował nam kupno dobrego wenflonu w aptece niedaleko szpitala. Dobrze, że jeszcze były. Słyszałem, że kupiłem ostatnie sztuki - opowiada Stankiewicz.

Płacz i nerwy

Stosowanie wenflonu, czyli plastikowej rurki umieszczanej w żyłach, w założeniu ma ograniczać konieczność wielorazowego nakłuwania pacjenta strzykawką. Sprzęt jest powszechnie stosowany w większości szpitali w Polsce. Lekarze przekonują, że dzięki temu rzadziej dochodzi u pacjentów do pękania żył, obrzęków czy siniaków.

W szpitalu przy ul. Niekłańskiej wenflon kojarzy się jednak z przeraźliwym płaczem dzieci i nerwami rodziców. - To granda. Wenflon wciąż się łamie na rękach i nóżkach maluchów. Zanim pielęgniarka wbije go w żyłę, robi pięć, sześć podejść. Za każdym razem używa nowego sprzętu - opowiada matka, którą wczoraj spotkałem w szpitalu. - Jestem farmaceutką i wiem, że problemem jest tu niska jakość wenflonu. Słyszałam, że dyrekcja wybrała najtańszą ofertę na rynku

Szpital nie ukrywa, że ma kłopot z wenflonami. - W lutym zmieniliśmy dostawcę. Brytyjska firma, która wygrała nasz przetarg, dostarczyła prawdopodobnie wadliwy sprzęt. Pielęgniarki miały problem z wkłuciem się w żyły maluchów, ale nie ma mowy o używaniu wenflonu dla dorosłych. To bzdura. Rodzice, którzy nie mają fachowej wiedzy, nie potrafią ocenić, jaki to sprzęt - zarzeka się Magdalena Kojder, rzecznik prasowy szpitala.

Rodzice jednak upierają się przy swoim. - Jedna z matek jest pielęgniarką w innym szpitalu. Wytłumaczyła nam, że sprzęt nie nadaje się dla takich maluchów. Jednak najbardziej bulwersujące jest to, że nie przestano go używać - opowiadała mi wczoraj matka kilkutygodniowego chłopczyka.

Szpital odpiera także ten zarzut. - Wszystkie wadliwe wenflony wycofaliśmy już w piątek. Teraz korzystamy z naszych zapasów. W razie konieczności dokonamy interwencyjnego zakupu nowego. Na pewno nie będziemy już korzystać z tamtego sprzętu - zapewnia rzecznik szpitala.

Wzburzeni rodzice zgłosili sprawę do Rzecznika Praw Dziecka RP. - Zwróciliśmy się już do dyrektora szpitala o pilne jej zbadanie, a w przypadku potwierdzenia takiego stanu rzeczy będziemy interweniować - usłyszałem w Biurze Prasowym Rzecznika Praw Dziecka.

Dziurawa słuchawka

Wadliwe wenflony to niejedyny problem placówki z Saskiej Kępy. Rodzice skarżą się na dramatyczne warunki, w jakich przebywają ich pociechy i oni sami. Kilkutygodniowe dzieci wymagają stałej obecności któregoś z rodziców. Wczoraj matka jednego z niemowlaków pokazała mi podziurawioną pościel, którą przykryte jest jej dziecko. Matki, czasem także tatusiowie, śpią przy łóżeczkach dzieci na materacach, które zabrali z domu.

Szpital nie zapewnia żadnych wygód poza starym drewnianym krzesłem, które stoi przy każdym łóżeczku. Rodzice zaprowadzili mnie także do łazienki, z której codziennie korzysta kilkadziesiąt osób. Jedna przypada na 16 trzyosobowych sal. W środku małego pomieszczenia prysznic, a właściwie jedynie brodzik, bez ścian, najprawdopodobniej pamiętający czasy budowy szpitala w latach 50.

Na suficie jest straszny grzyb. Wygląda na to, że ktoś wyrwał słuchawkę prysznicową i myć trzeba się prosto z węża. - Brak słów. To nieludzkie warunki - skarżyli mi się wczoraj rodzice. Rzeczniczka szpitala i tutaj próbuje bronić swojej placówki. - Mamy problemy z kanalizacją i rurami. Słuchawka nie zginęła, ale została zdjęta ze względów higienicznych. To zalecenie sanepidu - tłumaczy się rzeczniczka i dodaje, że jest szansa, że wkrótce się to zmieni. - Mamy pieniądze na remont kanalizacji i rur. Odnowione będą łazienki. W przyszłym roku planujemy modernizację sal oddziałowych. Dotychczas nie mieliśmy pieniędzy na konieczne remonty - mówi rzeczniczka.

Przeczytaj także: Sprawdź ile czasu trzeba czekać w kolejce na badania



Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Pragi Południe
Najnowsze wiadomości z Warszawy