Sąd odebrał matce córkę. "Nie mam z nią kontaktu"

Wojciech Karpieszuk
11.08.2011 aktualizacja: 2011-08-11 13:20
A A A Drukuj
Fot. Wojciech Surdziel /AG
Białorusince, która w areszcie śledczym czeka na deportację, sąd odebrał pięcioletnią chorą córkę i umieścił w placówce opiekuńczej. Kobieta jest zrozpaczona, bo od 2 sierpnia nie miała z córką kontaktu, a do wczoraj nie wiedziała, co się z nią dzieje.
- Nie mam pojęcia, co się dzieje od ponad tygodnia z moim dzieckiem. Nie miałam możliwości skontaktowania się z nią z aresztu śledczego, nie mogłam wysłać do niej listu. Kazano mi czekać na decyzję sądu rodzinnego w sprawie córki, ale jest cisza. Nie wiem nawet, gdzie jest w tej chwili moje dziecko - tłumaczyła wczoraj w sądzie zdenerwowana Maryna Tur, Białorusinka, która w Polsce mieszka od 11 lat.

- Matka, pomijając już wszystko inne, powinna wiedzieć, gdzie jest jej dziecko - stwierdziła sędzia sądu okręgowego Grażyna Sobkiewicz.

Sprawa Maryny Tur jest skomplikowana. Białoruś wydała za nią list gończy, 2 sierpnia zatrzymała ją polska policja. Była wtedy razem z córką w domu swojej polskiej znajomej Agnieszki Piaseckiej. Funkcjonariusze zabrali ją do samochodu razem z córką. Potem - jak dowiedziała się Piasecka - kobieta została przewieziona do aresztu śledczego na Grochowie. A córka? - Próbowaliśmy się też tego dowiedzieć, przekazać dziecku choćby ulubionego misia, ale nikt nam nie chciał nic powiedzieć, bo nie jesteśmy rodziną - relacjonuje Agnieszka Piasecka.

W Polsce Maryna Tur i jej mąż przebywali nielegalnie. Ale ułożyli sobie życie - wynajmowali mieszkanie w Piasecznie, ona pracowała, sprzątając w prywatnych domach. Pięć lat temu urodziła się im córka Julka. Radzili sobie mimo sporych problemów - wczoraj na sali sądowej Maryna Tur tłumaczyła, że jej córka choruje, nie ma nerki.

Dlaczego Białoruś wydała list gończy za nią i jej mężem (mężczyzna w obawie przed zatrzymaniem ukrywa się. Nie wiadomo, czy jest w ogóle w Polsce)? Chodzi o sprawę z 1999 roku i 1,5 tys. dol. Wczoraj w sądzie pani Maryna opowiadała, że sprowadzali razem z mężem na Białoruś samochody z Polski. Dostali zlecenie i 1,5 tys. dol. na samochód, ale ten, który sprowadzili ostatecznie, nie spodobał się zamawiającemu. Przyznała, że pieniędzy do dziś nie zwrócili mężczyźnie. Jednak - jak mówiła - w późniejszych latach, żyjąc już w Polsce, wielokrotnie próbowali skontaktować się z nim poprzez swoją rodzinę. Chcieli zwrócić te dolary. Bezskutecznie. Kobieta wspominała, że jeszcze przed wyjazdem do Polski, w 2000 roku, nachodził ich ktoś z rodziny ich klienta. Przedstawił się jako prokurator, straszył, że jest wysoko postawiony. - Mówił, że zatruje nam życie. Boję się wracać na Białoruś. To nie jest taki kraj jak Polska - skarżyła się Maryna Tur.

W dniu aresztowania złożyła wniosek o nieumieszczanie córki w domu dziecka, a przekazanie jej pod opiekę ojca chrzestnego, Polaka. Był on wczoraj w sądzie. Potwierdził, że jest gotów zająć się dzieckiem do czasu wyjaśnienia sprawy.

Ale wczoraj w sądzie nikt nie wiedział, co się dzieje z dziewczynką. Czy jest w domu małego dziecka przy Nowogrodzkiej (tak powiedział Marynie Tur policjant), czy może w rodzinie zastępczej?

- Panie prokuratorze, czy pan wie, gdzie jest dziecko? - zapytała w końcu sędzia Grażyna Sobkiewicz.

Prokurator (na wniosek Białorusi domaga się ekstradycji zatrzymanej do tego kraju): - Nie wiem.

Sędzia postanowiła, że w przerwie posiedzenia sama to sprawdzi. Zadzwoniła do sądu rodzinnego. Okazało się, że ten umieścił dziewczynkę w rodzinnym pogotowiu opiekuńczym, ale nie poinformował o tym matki.

- Pracuję w stowarzyszeniu, które pomaga dzieciom. Przez moje kontakty udało mi się też ustalić, gdzie dokładnie jest Julka - opowiada Katarzyna Przyborowska. - Chwilę rozmawiałam z nią przez telefon. Jest zdezorientowana. Nie rozumie tego, co się dzieje, pyta, gdzie są rodzice, kiedy wrócą. Znam Maszę od lat. Powinna być ze swoim dzieckiem.

Mec. Radosław Szymański, adwokat kobiety, mówił na sali: - Białorusini nie wiedzieć czemu zakwalifikowali tę sprawę jako poważne oszustwo. Zrobili z tego sprawę kryminalną o międzynarodowym charakterze. A tak naprawdę powinna to być zwykła sprawa cywilna. Dodał: - W dodatku w to wszystko zamieszane jest dziecko. Tu jest zbyt dużo wątpliwości.

Sędzia postanowiła jednak, że Maryna Tur będzie deportowana na Białoruś. Do tego czasu zostanie w areszcie śledczym. Kobiecie na Białorusi grozi do siedmiu lat więzienia. Razem z nią do kraju zostanie wysłana jej mała córka, która urodziła się w Polsce, a na Białorusi nigdy nie była.

Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo, zwłaszcza że adwokat odwoła się od decyzji sądu. A kiedy matka zobaczy się z córką? Wczoraj nie było o tym mowy.

Do sądu przyszło wielu Polaków, u których Maryna Tur pracowała od lat. Ręczyli za nią, mówili, że ufają jej bezgranicznie, że rodzina znalazła się w sytuacji bez wyjścia, bo nie mogli zalegalizować pobytu, a w związku z listem gończym nie mogli też pojechać na Białoruś, by wyjaśnić sprawę. Czekali na polską ustawę abolicyjną, która wejdzie w życie w styczniu 2012 r. Pytali: - Czy na Białorusi są warunki do leczenia Julki?

Polscy znajomi pani Maryny napisali już list w jej obronie do prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Wczoraj wieczorem Katarzynie Przyborowskiej udało się odwiedzić Julię. - Dziewczynka jest w szoku. Myśli, że została porzucona. Nie rozumie, co się dzieje - relacjonuje. - Nikt nie wie, ile to będzie trwało - miesiąc, trzy miesiące. A ja bardzo boję się o to, że po ekstradycji na Białoruś, Masza trafi za 1,5 tys. dolarów na kilka lat do więzienia, a Julia do domu dziecka.

Podziel się

  • druga norwegia? ariachne 11.08.11, 11:02

    Niesamowite, narzekamy na norwegów że odbierają dzieci rodzicom i oddają je w ręce rodzin zastępczych a w kraju mamy to samo... »

  • Glupie prawo, ale prawo! bamber0 11.08.11, 11:07

    Polski wymiar sprawiedliwości jest bezwzględny! Zwłaszcza wobec kobiet i dzieci. »

  • Rutkowskiego wysłać! placebo99 11.08.11, 11:32

    Już nie będę krytykował Norwegów, bo gorsze szmabo mam na miejscu.»

Najnowsze wiadomości z Warszawy