Tak powstają zdjęcia z latawca. Konkurencja dla Google

Magdalena Dubrowska
06.11.2011 aktualizacja: 2011-11-04 21:20
A A A Drukuj
Andrzej Zaborowski, członek społeczności Open Street Map podczas robienia zdjęć z latawca na Polu Mokotowskim Fot. Jacek Łagowski / Agencja G
  • Staw na Polu Mokotowskim
  • Osiedle między ul. Batorego i Rakowiecką
  • Osiedle między ul. Batorego i Rakowiecką
  • Andrzej Zaborowski, członek społeczności Open Street Map podczas robienia zdjęć z latawca na Polu Mokotowskim
Narzędzia: balon napełniany helem, aparat fotograficzny. Umiejętności: trochę siły w rękach. Nagroda: kilkaset zdjęć zrobionych z wysokości kilometra. Cel: tworzenie wielkiej światowej mapy ulic.
Latawiec jest fioletowo-żółty, nazywa się Ikar i w niczym nie przypomina tradycyjnego rombu na stelażu. To tzw. flowform - pozszywane kawałki ortalionu, które wypełniając się wiatrem, tworzą czaszę jak w nowoczesnych spadochronach szybujących. Zwinięty Ikar mieści się w plecaku Andrzeja Zaborowskiego, 28-letniego programisty. Za chwilę będziemy puszczać go na Polu Mokotowskim. Jednak najpierw Andrzej przywiązuje do linek latawca mały cyfrowy aparat fotograficzny. Nastawia tryb automatyczny - zdjęcia będą robić się co trzy sekundy. Fioletowo-żółty żagiel pędzi w przestworza. - Już jest na wysokości 250 metrów - ocenia Andrzej. - Stabilny, równiutko chodzi.

Niemcy mierzą krawężniki

Fotografia latawcowa to wynalazek XIX-wieczny. Do historii przeszły zdjęcia jednego z pionierów tej dyscypliny George'a R. Lawrence'a przedstawiające San Francisco po trzęsieniu ziemi. Andrzej przeczytał o tym na forum internetowym. Zaczął eksperymentować, aby na podstawie fotografii z lotu ptaka ustalić dokładne położenie bloków, ulic, przystanków. Współtworzy bowiem wielką internetową mapę świata - Open Street Map (www.openstreetmap.org). - Działa na takich samych zasadach jak Wikipedia - objaśnia. - Każdy użytkownik może ją edytować, dodawać to, co go najbardziej interesuje: malutkie bary, punkty dostępu do internetu, bankomaty. W pewnym mieście w Niemczech pomierzyli wszystkie krawężniki i nanieśli dane na mapę z myślą o niepełnosprawnych.

Wkład w mapę ma już ponad 370 tys. osób na całym świecie. - W Polsce jest ich kilkadziesiąt, w Warszawie kilka - podaje Andrzej. - Ale i tak stolica jest całkiem dobrze zmapowana. Open Street Map jest żywa. Ludzie często ją aktualizują, zaznaczają, która droga jest akurat w remoncie itp.

Powstało też Stowarzyszenie Open Street Map Polska. - Organizujemy np. mapping party, czyli imprezy połączone ze zbieraniem danych z jakiegoś terenu. Ostatnio byliśmy w Górach Stołowych. Wcześniej na Przystanku Woodstock. Robimy też warsztaty dla lokalnych społeczności w całej Polsce - wylicza.

Latawiec Ikar jest już bliżej chmur niż ziemi. To oznacza, że przekroczył dozwoloną przez prawo wysokość. Lewobrzeżna Warszawa jest strefą lądowania samolotów, a latawiec to w definicji prawa statek powietrzny. - Znajomi ostatnio puszczali na Ursynowie i przyjechała policja. Wykryli latawiec na radarach - opowiada Andrzej.

Po godzinie zwijamy latawiec. To żmudny proces. Trzeba mieć dużo siły i rękawiczki, bo linka tnie skórę. Nagrodą jest 576 zdjęć zrobionych z wysokości kilometra. Widać ul. Rakowiecką i al. Niepodległości aż do Madalińskiego. Kamienice okalające mokotowskie podwórka układają się w geometryczne kształty. Samochody są mniejsze od główki zapałki.

Obywatele zbierają dane

Trzy tygodnie później, październik. Przed wejściem do centrum handlowego Sadyba Best Mall gromadzi się kilkanaście osób. To początek warsztatów z mapowania, które zorganizowało Centrum Cyfrowe Projekt: Polska - ośrodek zajmujący się społeczeństwem cyfrowym, czyli analizą zmian społecznych, kulturowych i gospodarczych spowodowanych rozpowszechnianiem się nowych technologii. Prowadzą je Andrzej Zaborowski i Adam Mencwal, też programista, do niedawna wykładowca na Politechnice Łódzkiej. Wybrali Sadybę, bo na mapie wciąż są tu białe plamy.

Zgłosili się m.in.: Agata - studentka archeologii i hungarystyki, Ewa - operatorka DTP, Marta - zajmuje się digitalizacją książek, i Ania, która sama prowadzi warsztaty z nowych mediów, m.in. dla seniorów. Jest też Adam Zając ze Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji "Siskom" zaangażowany w projekt "Mapa barier". To internetowa mapa Warszawy, na której zaznaczono utrudnienia dla osób na wózkach. - Korzystamy z podkładu Open Street Map, bo jest dokładniejszy niż wszystkie inne, przynajmniej w Warszawie. Są np. zaznaczone przejścia podziemne - wyjaśnia.

Rzeczywiście, w porównaniu z innymi internetowymi mapami OSM jest bardzo szczegółowa - oznaczone są miejsca parkingowe, nazwy i godziny otwarcia małych punktów usługowych, rodzaje paliw na stacjach benzynowych, itp. - Chodzi o to, żeby stworzyć mapę świata i za bardzo przy tym się nie zmęczyć - tłumaczy kursantom Andrzej Zaborowski. - Dlatego staramy się włączać w projekt lokalne społeczności, żeby ludzie mapowali swoje najbliższe otoczenie.

W odróżnieniu od komercyjnych map na OSM możemy znaleźć nieoficjalne nazwy obiektów, np. Górkę Kazurkę na Ursynowie. - Ja to nazywam kartografią obywatelską - mówi Adam Mencwal. - Bo każdy obywatel, niespecjalista, nawet dziecko jest w stanie przygotować dobrej jakości dane kartograficzne.

Wandale podpinają stację

Open Street Map w 2004 r. wymyślił Steve Coast, 24-letni wówczas Brytyjczyk. Głównym motywem był brak otwartego dostępu do danych rządowych, m.in. kartograficznych, dla zwykłych obywateli, co - zdaniem społeczności OSM - blokuje rozwój naukowy i ekonomiczny. Dlatego mapa wymyślona przez Coasta działa na wolnej licencji. Każdy może ją wykorzystywać, tylko po podaniu źródła. M.in. dzięki OSM w zeszłym roku rząd Wielkiej Brytanii odtajnił swoje dane. - To było głośne wydarzenie - wspomina Andrzej. - W Polsce obywatele wciąż muszą płacić za dostęp do państwowych danych. I to podwójnie. Najpierw za pieniądze z naszych podatków rząd zleca zdjęcia lotnicze. Ale, żeby móc z nich skorzystać, trzeba znów płacić. Dzięki OSM jest nadzieja, że przepędzimy dinozaury.

Dane na wolnej licencji udostępniają tylko rządy Stanów Zjednoczonych i Australii. W Polsce ideę tę wciela Centrum Cyfrowe Projekt: Polska. Jego zespół tworzą socjologowie, prawnicy, ekonomiści, programiści. Postulują formułę "otwartego rządu", czyli nowego sposobu organizacji państwa. Chodzi o to, by dzięki nowym narzędziom technologicznym i komunikacyjnym zwiększyć udział obywateli w rządzeniu, a także wykorzystać ich wiedzę i zaangażowanie do skuteczniejszego rozwiązywania problemów. W tym celu rząd powinien dzielić się z obywatelami informacjami.

Open Street Map udostępnia bezpłatnie swe dane także dla celów komercyjnych, w przeciwieństwie do prywatnych producentów map internetowych. Chodzi o zapewnienie kartograficznej bazy danych, na podstawie której można tworzyć własne, innowacyjne usługi. - To napędza gospodarkę. Weźmy samochodowe nawigatory GPS. Byłyby tańsze i bardziej dostępne, gdyby producent nie musiał słono płacić za dane - przekonuje Andrzej.

Steve Coast założył firmę zarabiającą na usługach związanych z OSM. W Polsce wciąż niewielu przedsiębiorców korzysta z tego serwisu. Szlaki przeciera m.in. Adam Mencwal, który wymyślił i teraz wdraża aplikację mobilną na bazie Open Street Map - program do nawigacji dla pieszych i turystów, który wkrótce będzie można zainstalować np. w telefonie komórkowym. - Oto jak działa! - Adam wyciąga swój tablet i włącza aplikację. Na ekranie wyświetla się dokładnie to, co widzimy przed sobą: chodnik, drzewa, ludzie - jakbyśmy patrzyli przez szybę. - Powiedzmy, że szukamy najbliższego bankomatu - instruuje Adam. - Wpisujemy i voila!

Na ekranie pojawia się czerwony kwadracik, który wyznacza drogę do bankomatu. Trzymając tablet przed sobą, widzimy trasę trójwymiarowo, jak w grze komputerowej. - Przyszłością są przezroczyste ekrany, np. w okularach czy przednich szybach samochodów - wieszczy Adam. I dodaje: - Mam masę pomysłów. To moja odpowiedź na kryzys. Nie jestem "oburzony". Uważam, że jedyny ratunek, kiedy bieda trzeszczy wkoło, to przedsiębiorczość. A Open Street Map daje mi przewagę niskich kosztów.

UFO krąży nad Warszawą

Dzielimy się na grupy. Idziemy po dwóch stronach ul. św. Bonifacego. Do mapowania przydaje się tzw. tracker GPS - urządzenie wielkości telefonu komórkowego nagrywające ślad trasy, którą się poruszamy. Nie jest to konieczne, jeśli wiemy, gdzie dokładnie znajduje się obiekt, który chcemy nanieść na mapę, albo dysponujemy zdjęciami z latawca. Ale podczas spaceru musimy zapamiętać położenie budek telefonicznych, bankomatów, apteki, gimnazjum, włoskiej restauracji, przejścia dla pieszych bez sygnalizacji, znaku ograniczenia prędkości, kwiaciarni, skweru im. Dygata, a także numery wszystkich klatek w blokach, które mijamy. Tracker jest niezbędny. Na szczęście w taką aplikację wyposażone są wszystkie produkowane obecnie smartfony - telefony nowej generacji.

Następnego dnia spotykamy się na ul. Mińskiej 25 w siedzibie Centrum Cyfrowego, żeby nanieść na mapę zaobserwowane obiekty. Andrzej i Adam pokazują, jak rysuje się mapę. Możemy wgrać ślady GPS zapisane na trackerach - wówczas na mapie pokazuje się trasa wczorajszego spaceru. Albo zaznaczyć zapamiętany punkt. - Zdarzają się wandale, którzy wprowadzają błędne dane. Ostatnio zauważyłem, że ktoś podpiął stację benzynową na środku skrzyżowania - mówi Adam Mencwal. - Ale zanim zdążyłem ją zdjąć, ktoś już mnie uprzedził. Nasza społeczność jest czujna. M.in. dlatego, że często aktualizujemy mapę.

- W komercyjnych mapach też są błędy - dorzuca Andrzej. - Często zresztą producenci robią je specjalnie, żeby łatwiej wykryć plagiat. O takich celowych przekłamaniach mówi się "jajka wielkanocne".

Po południu jedziemy do Złotych Tarasów do sklepu z akcesoriami na Halloween, bal przebierańców i wieczór panieński. Prócz masek zombi, wampirzych kłów z plastiku i złotych kapelusików są też balony, które sprzedawcy napełniają helem. Andrzej wybiera te o największej średnicy (90 cm), z bożonarodzeniowym wzorkiem. Kupujemy cztery i z powiewającą nad głowami wiązanką udajemy się pod Pałac Kultury. Andrzej przytwierdza do balonów aparat fotograficzny. Jeszcze chwila i pędzą w niebo. Nasza euforia trwa jednak krótko. Żyłka pęka i balony odfruwają w siną dal. - Wieczorem pewnie pojawią się doniesienia o UFO nad Warszawą - żartuje ktoś, żeby przerwać ponury nastrój.

- To już szósty aparat, który mi odleciał. Ostatnio goniłem uciekający latawiec przez środek miasta na rowerze. Najbardziej zdjęć szkoda - wzdycha Andrzej.

Spogląda na balony, które unoszą się już na wysokości iglicy Pałacu Kultury: - Będziemy tęsknić!

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy