Warszawa wciąż się nie rozruszała. "To nie Berlin"

Magdalena Dubrowska
28.01.2012 aktualizacja: 2012-01-27 20:54
A A A Drukuj
Dzień bez spodni w metrze Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
  • Obchody Dnia Kota na pl. Zamkowym
  • Obchody Dnia Kota na pl. Zamkowym
  • Flash mob na Dworcu Centralnym
  • Flash mob na Dworcu Centralnym
U nas nie ma tylu freaków, dziwaków jak w różnych wielkich miastach świata. Nie ma Hyde Parku. Dlatego tu łatwiej przykuć uwagę otoczenia. Jak zrobisz coś absurdalnego, każdy zwróci uwagę. To plus Warszawy - mówi Marcin Frej, pedagog, z zawodu m.in. konferansjer, freelancer. Założyciel grupy Do It 4 Fun, która organizuje happeningi i flash moby w miejscach publicznych w Warszawie.
Magdalena Dubrowska: Wasze motto brzmi: "Rozruszaj z nami szarą rzeczywistość". Czy warszawska rzeczywistość tak bardzo potrzebuje rozruszania?

Marcin Frej: Na pewno bardziej niż rzeczywistość np. południowoeuropejska. Model polskiego społeczeństwa jest taki, że jesteśmy dla siebie obcy. Jeśli dzieje się coś nieszablonowego, odbiegającego od normy, ludzie robią się podejrzliwi, wychodzi sztywniactwo. Naszymi akcjami nie zmienimy rzeczywistości, ale przynajmniej sprawimy, że ktoś się uśmiechnie, będzie się dobrze bawić. Choć np. niedługo po naszym "Fresh mobie", akcji odświeżania Dworca Centralnego, zaczął się remont. Wpadliśmy do hali głównej w białych kombinezonach, maseczkach, z odświeżaczami powietrza w aerozolu.

Jak zareagowali ludzie? Ochrona?

- Na to, że 500 osób rozpyla niewiadomą substancję? (śmiech ) Kilka osób się przestraszyło, ale policja była poinformowana. Każdą akcję zgłaszam do Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego. Nie musimy mieć zezwolenia, bo to nie jest zgromadzenie publiczne, więc tylko informuję, co się będzie działo i w jakim miejscu, i proszę o przekazanie służbom. Nie jestem zwolennikiem działania „po bandzie”. Bawmy się, ale z zachowaniem pewnych norm, żeby nie przeginać. A reakcje ludzi są na ogół przychylne, śmieją się, zagadują. Fajnie było na akcji „MP3 Experiment” - polega to na tym, że uczestnicy ściągają sobie z internetu instrukcje, które potem wspólnie odsłuchują i wykonują te odsłuchane polecenia w miejscu publicznym. Była taka komenda, żeby wybrać sobie przypadkową osobę i naśladować każdy jej ruch. Pewien facet szybko się zorientował, o co chodzi, i zaczął się wygłupiać - biegał wokół drzewa, robił pompki, a 30 osób za nim. Przykrych reakcji nie pamiętam. Ochroniarze, zwłaszcza w galeriach handlowych, się czepiają, np. że nie można robić zdjęć. Ale nie mamy do nich pretensji, wykonują tylko polecenia.



Waszą najbardziej znaną i spektakularną akcją jest chyba walka na kłębki włóczki z okazji Dnia Kota na pl. Zamkowym. Jakie jeszcze zapadły ci w pamięć?

- "Pidżama Party", kiedy jeździliśmy sobie metrem w piżamach, szlafrokach, z kawą w kubkach, szczoteczkami do zębów, dziewczyny z wałkami na włosach. Raz jedliśmy śniadanie na Marszałkowskiej, na kocykach, kiedy indziej wsiedliśmy do autobusu i zaczęliśmy chrupać marchewki, jak najgłośniej. Łapaliśmy sygnał z kosmosu za pomocą parasolek, goniliśmy Mikołaja, który przyniósł kiepskie prezenty. Wspólnie z grupą Flashmob Poland szliśmy w 150 osób przez miasto i co jakiś czas udawaliśmy a to bombowce, a to kamienie, przeciągaliśmy wirtualną linę. Była też cicha impreza, każdy tańczył do muzyki, której nie było słychać. Genialnie wyszła akcja "Paint Fight", chcę ją jeszcze powtórzyć. Spotkaliśmy się w 70 osób, lato, cieplutko. Każdy założył biały T-shirt, wzięliśmy farby do malowania po ubraniach w baniakach półlitrowych i była walka! Smarowanie totalne, łapami po ciele, koszulkach, zupełnie jak Woodstock i błoto. Ludzie potem opowiadali, że wracali do domu tacy wysmarowani i był czad. Umyli się w fontannie. Rewelacja! Na tym polega rozruszanie szarej rzeczywistości.

A co z tego mają happenerzy?

- Na początku chodziło o to, żeby zaskoczyć wszystkich naokoło. Teraz myślę, że takie akcje to przede wszystkim fun dla uczestników. Dążyłem do tego, żeby wokół tych działań wytworzyła się pewna społeczność. I się wytworzyła. Ludzie, którzy się poznali na akcjach, ciągle mają z sobą kontakt. Grupa regularnie biorąca w nich udział to blisko 70 osób. Wystarczy rzucić pomysł, hasło: "Robimy?". I robimy. Jest pełna mobilizacja. A przez wszystkie nasze akcje przewinęło się, myślę, ok. 4 tys. uczestników. Fajne jest też to, że piszą do mnie ludzie z Lublina, Poznania z pytaniem, jak taką akcję zorganizować.

Bo generalnie ludziom się chce, ale boją się, że coś nie wyjdzie, nie uda się. Trzeba mieć smykałkę, żeby ludzi zmobilizować. Z nami, warszawiakami, jest też taki problem. Jesteśmy wyjątkowo wybredni: Pierwsza reakcja to zwykle zdanie: "To już było", "Coś podobnego zrobili w Chicago". I co z tego? My zrobimy po swojemu. Oczywiście też mam już dosyć freezów, wszyscy robią freezy, sami od tego zaczęliśmy.

Freezy?

- Z angielskiego "freeze" - zamarzać. Taki typowy flash mob - uczestnicy zamierają nagle w bezruchu. Bardzo fajnie nam to wyszło na "patelni", ale później freezy odbywały się w Warszawie raz na trzy tygodnie. Litości! Albo "bang" - ludzie celują do siebie z paluchów, np. w centrum handlowym. Krzyczą: "Bang, bang", i padają na ziemię. Też wszyscy to robią.

Nasz jedyny typowy to ZŁ4P KONTAKT, zgodny z zasadami, które wymyślono na początku XXI w., np. że nie wolno rozmawiać z mediami.

My raczej robimy akcje happeningowe.

To ty wymyśliłeś Do It 4 Fun. Co cię zainspirowało?

- Nowojorska grupa Improve Everywhere. Oglądałem nagrania z akcji, które organizują. Niesamowicie mi się spodobało, że biorą w nich udział ludzie ze wszystkich grup społecznych i w różnym wieku. W polskich akcjach dominują młode osoby, w wieku 14-23 lata. Pewnie wynika to z tego, że informujemy o akcjach głównie w internecie, na portalach społecznościowych. Dlatego mega się cieszyłem, że w walce na kłębki na Dzień Kota mieliśmy rodziny z dziećmi, emerytów. Od Improve Everywhere zapożyczyliśmy wspomnianą akcję "MP3 Experiment". To, że udało się nam ją przeprowadzić, to ewenement, bo na swojej stronie internetowej nowojorska grupa zaznacza, że można inspirować się wszystkimi ich działaniami, poza "MP3 Experiment" właśnie. To ich sztandarowy numer. Napisałem do nich, że pewnie nieprędko przyjadą do Warszawy i czy możemy zrobić tę akcję sami. Odpowiedzieli, że OK, super. I zrobiliśmy. Na Polu Mokotowskim bawiło blisko 400 osób.

Dlaczego flash moby tak się przyjęły nad Wisłą?

- W tej chwili są i tak mniej popularne niż trzy lata temu. Przejadły się. To też jest rynek, może nic się tu nie sprzedaje, ale działają te same mechanizmy - popyt i podaż. W chwili, w której podaż przewyższyła popyt, nastąpiło nasycenie. Masa grup robiła flash moby - Warszawski Front Abstrakcyjny, Flash mob Poland itp. Potem też ludzie skończyli studia i zajęli się pracą. Myślę, że ci, którzy to robili, muszą odpocząć, a do flash mobów musi dojrzeć kolejne pokolenie.

Ale ciągle coś się dzieje. Niedawno ludzie jeździli metrem bez spodni...

- "No pants day". Nie byłem. To właśnie jeden z projektów realizowanych przez stworzony wcześniej w latach 80. Improve Everywhere, który się rozprzestrzenił na kilkanaście krajów. Sami chcieliśmy to zrobić w 2009 r., kiedy zaczynaliśmy, ale uznaliśmy, że jeszcze za wcześnie. W Nowym Jorku 4 tys. ludzi wychodzi bez spodni na ulicę - to robi wrażenie. U nas weźmie udział 120 osób, które będą tak naprawdę niewidoczne. Bałbym się zepsucia koncepcji, ale cieszę się, że ktoś to zrobił.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy