Bunt przeciwko likwidacji szkół. Nawet gdy nie likwidują

Małgorzata Zubik
04.02.2012 aktualizacja: 2012-02-03 19:17
A A A Drukuj
Protest przeciwko likwidacji szkół Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Likwidowanie i łączenie szkół i przedszkoli można przeprowadzić lepiej, niż to robią to władze stolicy. Ale opozycja celowo dolewa oliwy do ognia. Krzyczy "likwidacja!" nawet, gdy nikt przedszkola nie zamyka - pisze w komentarzu Małgorzata Zubik.
Hasło "likwidacja" mobilizuje. Organizują się rodzice, radni, sąsiedzi, społecznicy. Kiedy rozeszła się informacja o likwidacji przedszkola Wiatraczek, losem przedszkolaków przejęli się też warszawscy radni PiS. Organizowali konferencje, stawali na czele manifestacji z rodzicami i przedszkolakami palącymi znicze na "pogrzebie oświaty". Z hasłem: "Tylko matoły likwidują szkoły".

Na ostatniej sesji w sprawie szkół i przedszkoli rodzice w emocjach czekali cały dzień i pół nocy na decyzję o Wiatraczku. Mama czterolatka broniła przedszkola łamiącym się głosem. Zastąpiła inną mamę, która podczas niemiłosiernie długiej debaty zasłabła i zabrało ją pogotowie.

Emocjom rodziców się nie dziwię. "Likwidacja" to słowo, którego można się bać. Nawet gdy cały klub PO w Radzie Warszawy i z-ca burmistrza Pragi-Południe tłumaczą, że to likwidacja tylko formalna. Przedszkolaki z Wiatraczka zostaną w swoich salach, ze swoimi paniami i w swoim ogródku. A zmieni się dla placówki tyle, że straci ona własną dyrektorkę, kierownika gospodarczego i pracownika obsługi. Będzie filią przedszkola Niezapominajka (tam właśnie, po sąsiedzku, będzie się znajdować dowodzenie dawnym Wiatraczkiem). "Zamiar likwidacji" Wiatraczka został przegłosowany, teraz Rada Warszawy ma podjąć uchwałę o "likwidacji przedszkola i powołaniu filii". Ta zmiana z groźnym słowem w tle bierze się z oszczędności. Nie znaczy jednak, że przedszkola nie będzie.

Rozumiem, że nieufni przekształceniu są rodzice. Kilka lat temu ten sam burmistrz chciał przecież zlikwidować przedszkole i nie planował wtedy żadnej filii. Rodzice wszczęli alarm, a jego zapędy powstrzymali radni, również PO.

Po co jednak podkręcają tu emocje politycy? Po co dolewają oliwy do ognia radni PiS? W imię obrony oświaty głosowali nawet przeciw zamknięciu paru szkół, które istnieją już tylko na papierze, bo od lat nie ma w nich żadnego ucznia. Tak się teraz boją słowa "likwidacja"? Nie bali się jej wtedy, gdy sami rządzili w Warszawie i byli zmuszeni do zamykania częściowo pustych szkół i przedszkoli. Podjęli ponad 50 takich decyzji.

Oczywiście nie jest tak, że wszystkim pomysłom, którym wczoraj przyklasnęli radni PO, można bić brawo. Burmistrzowie mogli wymyślić "racjonalizację sieci szkół" lepiej. Przede wszystkim powinni zacząć od rozmów z rodzicami i nauczycielami, żeby nie musieli dowiadywać się o wygaszeniu szkoły z "Gazety", jak opowiadała matka licealisty z Wrzeciona. I mogli posłuchać ich pomysłów, wykorzystać ogromny zapał i zaangażowanie środowiska rodziców i uczniów. Czasem wystarczyłaby zmiana kierunku przeprowadzki uczniów, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Niefortunnie argumentował też wiceprezydent Włodzimierz Paszyński, mówiąc, że zmiany nie dotkną dzieci. Nie dziwię się, że to zdanie wywołało nieprzychylne buczenie w sali obrad. Otóż decyzje radnych dotkną setki uczniów. Zmiana budynku, nauczyciela, dłuższa droga do szkoły, nowe środowisko: z tym wszystkim zmierzą się przecież gimnazjaliści z Pragi i uczniowie z Bielan. Skoro władza wymaga akceptacji swoich decyzji, powinna naprawdę dobrze je uzasadnić, a nie udawać, że wszystko będzie po staremu.

Czy trzeba likwidować i łączyć szkoły i przedszkola? Czekamy na listy: stoleczna@agora.pl

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Czy pani Zubik śledziła dyskusje na jestem-z-miasta 06.02.12, 09:23

    Radzie Warszawy? Z tekstu wynika, że nie śledziła albo celowo wprowadza czytelników w błąd. Poprzednia likwidacja szkół była wynikiem zmian administracyjnych w Warszawie i nie wzbudzała tak »

Najnowsze wiadomości z Warszawy