Szkoła na szczudłach

Izabela Szymańska
07.02.2009 aktualizacja: 2009-02-06 19:29
A A A Drukuj
Co wieczór sala gimnastyczna w gimnazjum przy ul. Narbutta na Mokotowie zamienia się w szkołę cyrkową. Fot. Albert Zawada / AG Fot.
  • Agnieszka Bińczycka i Antoni Ambroziewicz są na czwartym roku. Agnieszka skończyła filozofię i pedagogikę, pracuje z dziećmi, zajmuje się kuglarstwem i tańczy z ogniem. Antek zostawił studia, czasami występuje, prezentując to, czego nauczył się w szkole. Na egzamin końcowy przygotowują numer w duecie z wykorzystaniem rekwizytów wysokościowych - szarfy, trapezu.
  • - Nauka w szkole pomogła mi przełamać lęk przed wysokością i pokazała, że wszystko można wypracować. Codzienna praca jest dość monotonna, trzeba wykonywać szereg mechanicznych czynności. Należy robić je regularnie, żeby pozostać w formie - mówi Agnieszka Bińczycka.
  • Przygoda z cyrkiem Antoniego Ambroziewicza (pierwszy z lewej) zaczęła się po tym, kiedy kilka lat temu kupił monocykl na Allegro. Na zdjęciu ćwiczy z kolegą żonglowanie maczugami. Chciałby przygotować spektakl, w którym znajomi ze szkoły prezentowaliby swoje numery. Marzy mu się, żeby pokazywać go w teatrze publiczności szerszej niż tylko rodzina, która przychodzi na pokazy semestralne.
- Sztuka cyrkowa jest u nas niedoceniana, taki fach to niepewny los - mówi Jerzy Kasprzykowski, dyrektor jedynej szkoły cyrkowej, znany z popisowego numeru na wrotkach. W duecie z żoną
Co wieczór sala gimnastyczna w gimnazjum przy ul. Narbutta na Mokotowie zamienia się w szkołę cyrkową. Do godz. 16.45 są tu lekcje WF-u, kwadrans później zaczynają zajęcia adepci sztuki cyrkowej. Rozciągają się przy drewnianych drabinkach, tańczą. Na środku dwójka uczniów z czwartego roku przygotowuje numer w duecie: akrobacje na przymocowanych do sufitu trapezie i szarfie.

Do 1999 r. szkoła cyrkowa mieściła się w Julinku pod Warszawą, została zamknięta z powodów finansowych. Założona w 1967 roku była jedynym miejscem kształcącym cyrkowców. Jerzy Kasprzykowski, dyrektor Państwowej Szkoły Sztuki Cyrkowej przy Narbutta, też uczył się w Julinku. Kiedy zdobył dyplom, występował z żoną w numerze na wrotkach.

Dziś w jego szkole uczy się 28 osób. Na zajęcia przychodzą od poniedziałku do piątku. Mają sprawdzaną obecność, zdają egzaminy, a oceny są wpisywane do dziennika. Poza szkołą każdy ma drugie życie: liceum, studia, pracę.

Niewielu z nich zamierza jednak pracować w cyrku. - To niepewny los. Polska jest jedynym krajem, gdzie nie ma stałego cyrku. Ta sztuka jest u nas niedoceniona. W Berlinie jest szkoła cyrkowo-baletowa. U nas między cyrkiem a baletem jest przepaść - mówi Jerzy Kasprzykowski.

Niektórzy jego uczniowie myślą o pracy za granicą. Mogą występować w teatrach rozrywkowych lub angażować się do cyrku w czasie sezonu. Tym większe mają szanse, im więcej znają języków i im więcej opracowali numerów.

- W Polsce cyrk prezentuje programy, które mieszczą się w stereotypowym postrzeganiu tej sztuki: lwy skaczące przez obręcze. Cyrki na świecie dają występy, które bardziej przypominają spektakle teatralne. Taki jest choćby kanadyjski Cirque de Soleil - mówi Agnieszka Bińczycka, jedna z uczennic.

Anna Buraczyńska dodaje: - Kiedyś na wakacjach poznałam klauna z Barcelony. Robił cyrk społeczny, pracował z dziećmi ulicy. Chciałabym zajmować się czymś podobnym.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy