Bezpośrednie skutki kryzysu czuć w stolicy

Magdalena Dubrowska
24.03.2009 aktualizacja: 2009-03-23 21:57
A A A Drukuj
Magdalena Dubrowska Fot. Jan Zamoyski / AG
W czasach kryzysu rozkwita sprzedaż bezpośrednia. Od kilku tygodni odczuwam to codziennie, kiedy w słuchawce domofonu słyszę: "Ziemniaki" albo "Świeże jaja". A pewnego poranka obudziło mnie rześkie porykiwanie trąb, w którym po chwili szoku rozpoznałam "Oczy cziorne" Violetty Villas.
Wyjrzałam przez okno. Nieomal cała orkiestra dęta stała na trawniku przed blokiem i cięła walczyka z "Nocy i dni" na kilku fletach, trąbkach, saksofonie, tubie i puzonie. Muzycy machali do mieszkańców, spadło kilka monet. Pośród tego wszystkiego wytrwale krążyli sprzedawcy jajek i ziemniaków i gdyby jeszcze pojawił się ostrzyciel noży, pomyślałabym, że obudziłam się nie w tej epoce. Resztki wątpliwości co do czasu i miejsca skutecznie rozwiał patrol Straży Miejskiej, który wezwali zapewne jacyś czujni sąsiedzi. Może nie lubią Violetty.

Poranny występ pod oknami przypomniał mi się wczoraj wieczorem w kawiarni "Dwa na trzy" na Brackiej (obok "Sklepu czarodziejskiego"). Na jednym ze stolików wznosiły się dwie wieże książek, a za nimi siedział starszy jegomość z brodą. Co jakiś czas brał do ręki Stachurę i przechadzał się po kawiarni, reklamując swoje spontaniczne stoisko. W asortymencie miał głównie literaturę polską. Kiedy się przysiadłam, od razu przystąpił do rzeczy.

- Co pani lubi? Kuncewiczowa? - postukał palcem w grzbiet. - Nie, to za smutne. Dygat?

- A to? - pokazałam jedną z książek. - Tego nie znam.

- Ja też - pan posmutniał. - Zobaczymy, o czym.

I zaczął czytać mi do ucha (w kawiarni było dość głośno) streszczenie zawiłych losów radzieckiego szpiega.

Jeśli tak ma wyglądać kryzys, to ja nie mam nic przeciwko.

Przeczytaj także: W Sulejówku leczą kryzys quizem



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy