Gronkiewicz-Waltz oberwała za nagradzanie

Jan Fusiecki
27.03.2009 aktualizacja: 2009-03-26 22:24
A A A Drukuj
Zapisana w budżecie pula nagród dla warszawskich urzędników stała się powodem wściekłych ataków na warszawski ratusz. Hannę Gronkiewicz-Waltz potępiają dziennikarze prasowi i telewizyjni, opozycyjny PiS, a nawet władze jej partii. Czy słusznie?
"Urzędnicy mają dostać 48 mln [w rzeczywistości pula tegorocznych nagród to 58 mln zł], niektórzy po 85 tys. zł" - alarmuje wczorajszy "Dziennik". Przypomina, że nagrody w warszawskim ratuszu w ostatnich dniach skrytykowali czołowi politycy PO. Donald Tusk zauważył, że trzeba je dawać "bardzo, bardzo wstrzemięźliwie". Julia Pitera w "Kropce nad i" uznała, że są niepotrzebne i "nie bardzo jej się to podoba", wicepremier Grzegorz Schetyna na antenie TVN apelował o skromność i ograniczenie warszawskich premii.

Dzień wcześniej "Super Express" dał na pierwszej stronie duże zdjęcie prezydent Warszawy z nagłówkiem: "Hanna Gronkiewicz-Waltz drwi z Polaków i mówi: 58 milionów na premie to niedużo". Obok dziennikarz "Super Expressu" konstatuje: "Prezydent Warszawy pozbawiona jest resztek wstydu. Twierdzi, że astronomiczne premie dla stołecznych urzędników w wysokości 58 mln zł to.... nie jest duża kwota".

Amnezja PiS

Wczoraj do krytyki dołączył PiS. - Ten temat doskonale opracowały media. Nie mogłem pozostać obojętny - mówi Paweł Poncyljusz, warszawski poseł PiS. Dlatego zorganizował konferencję prasową i wyliczał, na co można by przeznaczyć 58 milionów. - Np. kupić siedem nowoczesnych tramwajów, zbudować 16 kilometrów nowych dróg lub 200 mieszkań komunalnych - mówił.

Dyskretnie przemilczał, że kwartalne nagrody dawali poprzednicy Hanny Gronkiewicz-Waltz, w tym Lech Kaczyński w czasie warszawskiej prezydentury. Zaś pod koniec lat 90., gdy Poncyljusz był warszawskim radnym z ramienia AWS, pensje warszawskich urzędników i diety radnych były tak wysokie, że zgorszeni samorządowym rozpasaniem posłowie wprowadzili ustawę kominową, która wyznacza górne limity płac w samorządach.

Zgodnie z tą ustawą najwyższa pensja w ratuszu to niewiele ponad 12 tys. brutto. Tyle zarabia Hanna Gronkiewicz-Waltz. A jej pracownicy - średnio 4,5 tys. zł.

W tym systemie wynagradzanie urzędników niskiego i średniego szczebla nie przysparza kłopotów. Jednak z opłacaniem fachowców jest problem, bo kwotą 10-11 tys. zł brutto trudno namówić do pracy w ratuszu wykwalifikowanych finansistów, radców prawnych czy specjalistów ds. funduszy unijnych.

- Warszawa ma 12-miliardowy budżet, jej aktywa to 80 mld zł. Zarządzanie tak wielkim organizmem to odpowiedzialność większa niż praca w większości firm komercyjnych, w których nasi najwyżsi urzędnicy znaleźliby bez trudu posady znacznie lepiej opłacane - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik ratusza.

Aby podnieść atrakcyjność pracy w ratuszu, prezydent Warszawy sięga po nagrody. Średnia wyniesie kwartalnie 2 tys. zł. Ta kwota nie robi wrażenia. Ale w ujęciu rocznym, pomnożona przez liczbę warszawskich urzędników (7 tys.) - już tak.

Przede wszystkim inwestycje

Kłopot polega na tym, że w ujęciu rocznym budżetu płace dużych instytucji takich jak warszawski ratusz wrażają się w setkach milionów złotych. Ale suma wydatków na administrację nie mówi nic o jej sprawności. W samorządzie fundamentalnym kryterium oceny jest suma pieniędzy wydanych na inwestycje. W tej kategorii ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz wypada doskonale w kontekście swoich poprzedników z nadania PiS. W tym roku budżet inwestycyjny Warszawy to 3 mld zł. To oznacza, że przez 12 miesięcy na rozwój pójdzie więcej pieniędzy niż przez całą czteroletnią kadencję PiS.

Krytycy nagród mówią, że mamy kryzys i trzeba się ograniczać. Na to ratusz ma gotową odpowiedź. Przypomina, że prezydent w ramach oszczędności ścięła fundusz nagród o 10 mln zł. - Ponadto opisywanych milionów jeszcze nie podzieliła. Dziennikarze piszą, że każdy z wiceprezydentów dostanie po 85 tys. zł z tytułu nagród, ale to nieprawda. Prezydent będzie oceniała każdego indywidualnie - mówi Andryszczyk.

Mimo reprymendy ze strony liderów własnej partii Hanna Gronkiewicz-Waltz uginać się nie chce i premie swoim pracownikom rozda. - Jesteśmy samorządem, a więc rządzimy się sami - mówi jeden ze współpracowników Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Inny nie kryje złości na postawę liderów PO. - Krytyka ze strony PiS jest zrozumiała, bo to opozycja. Ale dlaczego nasi przywódcy sięgają po populistyczne argumenty? Przecież elektorat PO tworzą ludzie dobrze wykształceni i przedsiębiorcy, którzy rozumieją, że bez dobrego systemu motywacyjnego trudno wyegzekwować dobrą pracę.

Komentarz Seweryna Blumsztajna, naczelnego Gazety Stołecznej: Każdy, kto zarządzał choćby średniej wielkości firmą, wie, że nie można z dnia na dzień zabrać ludziom poważnej części wynagrodzenia. Instytucja przestaje wtedy działać. Wrzaski na Hannę Gronkiewicz-Waltz, żeby natychmiast zabrała wszystkim pracownikom miasta premie, to czysty populizm. W tabloidach taki wrzask jest normalny, w ustach działaczy PiS-u nie dziwi, ludziom z PO - nie przystoi. To nie w warszawskim ratuszu wymyślono anachroniczny i nieefektywny system plac polskiego samorządu, w którym premie są naturalną częścią wynagrodzenia, a wysokość płacy ma dość ograniczony związek z odpowiedzialnością i kwalifikacjami. Tak płaci się we wszystkich urzędach, w wielu firmach państwowych i samorządowych. Ratusz warszawski akurat zaczął coś w tej sprawie robić: obciął poważną część premii i wynajmuje firmę, żeby pomogła mu płace zracjonalizować. Nie słyszałem, żeby inne samorządy się za to wzięły.Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna może ostrożniej się wypowiadać. Tłumaczyć, na ilu pracowników te miliony się rozkładają i na jaki okres czasu. Ale dziennikarzom i politykom tego wyjaśniać nie trzeba. Ich oskarżenia są obrzydliwe.



Przeczytaj także: Jak urzędnicy tną wydatki reprezentacyjne







Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy