Squatersi demonstrowali w obronie Elby

Grzegorz Szymanik
18.04.2009 aktualizacja: 2009-04-19 16:25
A A A Drukuj
Ul. Jagiellońska - protest pod siedzibą firmy, która jest właścicielem budynków przy Elbląskiej Fot. Filip Klimaszewski / AG
Kultura nie na sprzedaż! - krzyczeli sympatycy squatu Elba. Na ul. Jagiellońskiej, pod oknami firmy, która jest właścicielem zajętych przez nich budynków, zagrali sambę.
ZOBACZ TAKŻE
Zadudniły bębny. - Pustostany w ręce wyobraźni! - skandowali squatersi. Nad głowami powiewały flagi z symbolem squatingu - błyskawicą w kółku.

Na manifestację przeciw wyburzaniu budynków Elby przyszło ponad sto osób.

Pięć opuszczonych pomieszczeń przy Elbląskiej 11/9 zajęto jesienią 2006 r. Wcześniej był tam skup makulatury. Squatersi odmalowali i odnowili odrapane hale. Stworzyli niezależne centrum kultury.

Elba demonstruje

Dziś na Elbie odbywają się koncerty i pokazy filmów, działa darmowy warsztat rowerowy i skatepark. Grupa Food not Bombs gotuje jedzenie, które rozdaje potrzebującym przy Dworcu Centralnym. Na stałe mieszka tam kilkanaście osób. Nie mają bieżącej wody, prąd czerpią z agregatów.

Ryszard Wójcik, reprezentant firmy Stora Enso Poland, która jest właścicielem Elbląskiej 9/11, przeczytał oświadczenie: - Teren miał zostać sprzedany już w 2006 r. Nie doszło do tego, bo załamał się rynek nieruchomości. Ale dziś znów myślimy o sprzedaży. Szanując to, co robią mieszkańcy squatu, zarząd podtrzymuje decyzję o wyburzeniu budynków.

Squatersi wręczyli Wójcikowi petycję z prośbą, by nie niszczyć budynków, póki nie znajdzie się inwestor.

- Będzie jak z sąsiednią lokalizacją przy Elbląskiej 2. Tam wyburzyli wszystko parę lat temu. Od tamtej pory nikt tego nie ruszył - mówili.

Łukasz Wójcicki, 32-letni anarchista i mieszkaniec Elby: - Tolerowali nas przez dwa lata. W końcu powiedzieli, że jeżeli założymy stowarzyszenie, będą mogli zalegalizować współpracę z nami. Po dwóch tygodniach załatwiania formalności okazało się, że wszystko na nic.

- Nie damy zniszczyć Elby! Jeśli firma nie da się przekonać, będziemy szukać nowych pustostanów - zapowiada Łukasz Wójcicki.

- Przeniesiemy się do przestrzeni publicznej. Kino, koncerty - wszystko to zorganizujemy na ulicy. Food not Bombs będzie gotować w parku. Elba zostanie. Nie poddamy się - dodaje Alina.

Komentarz
Od dłuższego czasu mam poczucie, że żyję w mieście, w którym są tylko grodzone apartamentowce wyłożone chińskim marmurem, banki i galerie handlowe. Mieszkańcy przemieszczają się tylko z jednego garażu podziemnego (w domu) do drugiego (w pracy). W weekendy jadą do Arkadii swojej (za Kopalińskim): "krainy prostoty i szczęśliwości, w istocie rzeczy zacofanej i prymitywnej". Z kolei życie kulturalne trują snobizm i lans, a nad nimi pohukuje ponuro biurokratyczny duch urzędów. Kiedy tylko pojawia się miejsce, które nie generuje zysku, to się je z upodobaniem likwiduje.
Ale w Warszawie mieszkają też ludzie, którzy nie przepadają za masowymi koncertami pop-gwiazdek na pl. Zamkowym i nie marzą o minimorrisie. Niektóre z tych osób tworzą sobie własne społeczności. Np. squattersi z żoliborskiej Elby.
To społeczność otwarta: organizują koncerty, gotują dla bezdomnych, prowadzą warsztat rowerowy. Kultura miasta tworzy się oddolnie, a squaty to istotna część jego osobowości. Nielegalna, ale nie wszystko, co potrzebne, musi mieścić się w granicach prawa. Przykłady ruchu squatterskiego w Berlinie czy Londynie pokazują, że z takich pozasystemowych utopii tworzą się często ważne ośrodki artystyczne. Elba, rozpoznawalny element Warszawy, najprawdopodobniej gdzieś przepadnie. Szkoda. Bardzo wątpię, by właściciel terenu na ul. Elbląskiej dał się ponieść idealistycznej wizji. A w tym mieście ciężko jest cokolwiek zesquatować, bo na każdy metr wciska się deweloper. Pozostaje płocha nadzieja, że squattersi znajdą nowe miejsce i nikt nie będzie im tego utrudniał.
Magdalena Dubrowska



Przeczytaj także: Dwie godziny absurdu w Warszawie



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy