Dzień z życia odpowiedzialnego psiarza

Ola Kresowska
25.04.2009 aktualizacja: 2009-04-24 21:18
A A A Drukuj
Fot. Jacek Łagowski / AG
Psy mam od zawsze. Podchodzę do ich posiadania odpowiedzialnie - szczepienia i obowiązkowo sprzątanie po nich, kiedy wychodzą na dwór. Kiedyś wystarczyła foliowa torebka, teraz mam już profesjonalny sprzęt (niecałe 25 zł w dowolnym sklepie zoologicznym). Z psem wychodzę do pobliskiego parku.
Pierwszy spacer, rano. Po poprzednim wieczorze chodniki i ławki całe zasłane potłuczonymi butelkami, kartonami po sokach, plastikowymi kubeczkami. Widać, że imprez było kilka. Wiem o tym, bo słyszałam wieczorem krzyki i pijackie śpiewy. Dzwonić do straży miejskiej nie ma sensu. Pracują do 17. Policja nie przyjeżdża w ogóle. Rano psiarze zbierają te szkła sami, bo szkoda psich łap.

Przedpołudnie. Idziemy z dzieckiem na plac zabaw. Pies grzecznie czeka przywiązany do płotka okalającego plac. Starsza pani patrzy na mnie wilkiem. W końcu wybucha: "Z psem pani tu przyszła, zaraz kupę zrobi, zarazki wnosi, brudny jest!". Tłumaczę, że przecież przywiązałam go daleko od piasku i dzieci, cały czas pilnuję, pies nie jest brudny. Po paru minutach pani zapala papierosa. Wypala go nad głowami dzieci, po czym gasi w piasku piaskownicy i tam zostawia. Trudno się dziwić. Wokoło nie ma ani jednego kosza na śmieci. Ławek też nie.

Popołudnie. Bawimy się na uboczu piłką. Pies robi kupę, ja ją sprzątam moją profesjonalną łopatką i rozglądam się za koszem. W promieniu mojego wzroku jest tylko jeden - obok ławki, na której siedzą dwie panie. Idę w tamtym kierunku i z daleka słyszę: "O! Idzie tu, zaraz nam tu wrzuci to świństwo i będzie śmierdziało!".

Zawstydzona wrzucam torebkę do kosza. Nie mam wyboru - to jedyny kosz w okolicy.

Wieczór. Mój pies biega szczęśliwy i korzysta z pustego parku. Nagle zaczyna obszczekiwać krzaki. Zapinając spodnie, wynurza się z nich mężczyzna. Zapach unoszący się wokół od razu wyjaśnia, co tam robił. Spogląda na mnie gniewnie i rzuca coś o trzymaniu psów na smyczy. Nie widzę śladu zażenowania na jego twarzy. O co chodzi? On jest człowiekiem, po nim nie trzeba sprzątać.

Uciekam szybko do domu, bo z okolicznych ławek dochodzą mnie coraz intensywniejsze odgłosy libacji. Jutro znów zacznę dzień od sprzątania porozbijanych butelek, omijając z daleka krzaki. I znów przeczytam w gazecie o brudnych i złych właścicielach psów.

PS: Od jakiegoś czasu walczymy w gronie psiarzy o wyznaczenie w naszym parku tzw. doggy zone, gdzie psy można by było wyprowadzać bez szkody dla innych. Nie znajdujemy żadnego zrozumienia w naszej dzielnicy.

Przeczytaj także: Wszytsko o akcji "Sprzątnij psią kupę"



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy