Moje 20 lat wolności: Życie nie jest gdzie indziej....

Joanna Olczak, Konstancin-Jeziorna
27.04.2009 aktualizacja: 2009-04-26 20:17
A A A Drukuj
W 1989 r. miałam 39 lat, a w pamięci deklarację mojej babci (1899), która mówiła, że dla niej najszczęśliwszy był właśnie trzydziesty dziewiąty rok życia. Potem zrozumiałam, dlaczego, ale to już inna historia. Urodzona w połowie wieku - to ja.
ZOBACZ TAKŻE
Ostatnie 20 lat mogę ocenić przez pryzmat tego, co było wcześniej. Szkoła podstawowa i średnia - normalnie. Inteligenckie próby odnalezienia jakiegoś sensu w krainie absurdu. Pamiętam, jak moja mama jakimś cudem organizacyjno-finansowym pojechała do Paryża w 1966 roku i kupiła tam książki, których nie chciało jej się wieźć pociągiem, więc nadała je w paczce. Nigdy nie doszły (między innymi "Panorama myśli współczesnej" - tak to się chyba nazywało). Wtedy po raz pierwszy świadomie zetknęłam się z cenzurą. Nie mogłam zrozumieć - jak można zabrać komuś książkę? Jako zbuntowana młoda gniewna wiele sobie po tej lekturze obiecywałam. Rok 1968 i 1970 - otwieram oczy, ludzie wyjeżdżają, ale dokąd pojadę ze swoim patriotycznym wychowaniem? To właśnie odziedziczyłam w spadku po przodkach.

***

Potem 1980-81, wiatr historii (dosłownie i w przenośni), euforia, a zaraz potem, wydawało się - koniec marzeń i nadziei. Pamiętam uczucie osaczenia i zamknięcia, nigdy już się nic nie zmieni, a w dodatku w czasie urlopu nie będzie można wyjechać do pracy na Zachód. Granice zamknięte. Dochodzą jedynie szczątkowe informacje od tych, którzy mieli możliwość zostania na Zachodzie. Zazdrość?

Życie towarzyskie za to kwitnie, naziemne i podziemne nocne rodaków rozmowy przy pieczonym w domu chlebie, smalcu ze świni z nielegalnego uboju i - może wstyd się teraz przyznać - niezłym bimbrze. Gadamy do rana.

W drugiej połowie lat 80. zaczynamy znowu wyjeżdżać do pracy do Europy. Znajdujemy tam wielu przyjaciół, których zresztą mamy do dzisiaj. Na dachach widzę anteny satelitarne. Jak fantastycznie byłoby mieć coś takiego, nie byłoby już żadnego zagłuszania - można by było oglądać nieocenzurowane wiadomości. Cena oczywiście, nie do przyjęcia dla gastarbeiterów z komunistycznej części świata. Zarabiamy przecież na codzienne życie w Polsce. Tysiąc dolarów rocznie wystarczy. We dwójkę potrafimy uskrobać i dwa tysiące. Daje to poczucie pewnego bezpieczeństwa. I refren: nigdy już nic się nie zmieni.

W domu uczę się angielskiego - przygnębiające wizyty w British Council, gdzie w czytelni leżą wielokrotnie przeczytane egzemplarze gazet z powycinanymi fragmentami.

***

I potem 1989 - wybory, niespodziewana radość, trudno uwierzyć w to, co się dzieje dookoła. Nie spodziewałam się tego. Pierwszy numer "Gazety Wyborczej" przyniesiony przez mojego teścia. Wolna prasa w kiosku!?

Starsze pokolenie przestrzega - zobaczycie, nic z tego nie będzie, nie oddadzą władzy łatwo. Wojska Układu Warszawskiego stacjonują przecież w Polsce. I jednocześnie wakacje, podróż naszej trójki przez Europę. Fantastyczne uczucie na kempingach. Szepty: patrz, oni są z Polski, gratulacje ze strony tamtejszych przyjaciół, pytania o wszystko, co dotyczyło ówczesnej Polski. Jestem dumna, tak dumna, że aż chce mi się płakać.

Cieszymy się wszyscy. Moja mama powtarza, że przynajmniej ostatnią część życia uda jej się przeżyć w normalnym kraju. Wiadomo, wreszcie będzie tak, jak powinno być. Pierwsze wolne wybory samorządowe. Razem z przyjaciółmi i znajomymi włączamy się w organizację pikniku w naszym mieście.. Każda rodzina ma swoje stoisko, w którym serwuje samodzielnie przygotowane domowe specjalności. U mnie jest chleb domowej roboty, jeden pan obok ma miód. Robimy kanapki. Jakaś pani chce u mnie ten chleb codziennie kupować dla dziecka niejadka, które zasmakowało w naszej kulinarnej kombinacji. Dochód zostaje przeznaczony na cele charytatywne (w naszej gminie). Bawimy się świetnie, przy organizacji i w czasie pikniku. Wszędzie pełno uśmiechniętych ludzi. Więc można coś zrobić sensownie? Mamy inne pomysły. Przez kilka miesięcy razem z sąsiadami wydajemy uliczną gazetkę. I znowu się świetnie bawimy.

***

Organizujemy szkołę społeczną - fascynujące doświadczenie. Pierwsza klasa - w piwnicy domu parafialnego. Pieniądze zbieramy na aukcjach - każdy przynosi to, czego chce się pozbyć. Mąż sprzedaje ślubny garnitur, który - nie wiedzieć czemu - zrobił się jakiś za mały. Wtedy mam pierwszy właściwie kontakt ze szkolnictwem - żeby było jeszcze zabawniej, uczę do dziś, choć nigdy wcześniej tego nie planowałam. Gdyby nie ten ówczesny entuzjazm, pewnie nigdy bym nie wpadła na to, że moje miejsce jest w szkole. Te pierwsze lata pozwoliły więc sprawdzić i wykorzystać nowe możliwości. Powoli przestaje obowiązywać socjalistyczny schemat w polskim szkolnictwie. Można szukać własnych pomysłów, eksperymentować. Jestem zafascynowana tzw. szkołami waldorfskimi. Moją ulubioną lekturą staje się na dłuższy czas książka A.S. Neilla "Summerhill", oczywiście po angielsku (potem ukazały się jakieś polskie przekłady jego pism). Rewelacja, tak też można podchodzić do spraw wychowania; czuję się, jakbym odkryła Amerykę (to uczucie pozostaje do dziś). Jest fantastycznie! Mój mąż zaczyna współpracować z zachodnią firmą, nie jest łatwo, ale jakże ciekawie. Można jeździć po świecie, nie trzeba już więcej prosić się o paszport, odpowiadać na idiotyczne pytania i wysłuchiwać głupich komentarzy. Można też napić się kawy w Wiedniu , zwiedzić opactwo w Melku bez poczucia, że wydaje się pół miesięcznej pensji.

***

Mamy pierwszy komputer - potrzebny do pracy. Nie wiem, jak go obsługiwać, ale zapisuję się na stosowny kurs - i już wiem. Następnie internet - córka chodząca do szkoły społecznej wędruje z nauczycielem fizyki czy astronomii na uniwersytet, gdzie mogą połączyć się z NASA. Po powrocie opowiada, co widziała. Rewelacja! Też tak chcę! Rodzinnie też podłączamy się więc do "wielkiego świata".

Pracuję w komisji wyborczej w czasie referendum o przystąpieniu do Unii Europejskiej. Denerwuję się - pierwszego dnia przychodzi tak mało osób. Drugi dzień decyduje o wyniku. Cieszymy się wszyscy. W dniu, a właściwie w nocy przystąpienia do Unii kupujemy szampany, zapraszamy przyjaciół. O północy słuchamy Finału IX Symfonii Beethovena i wznosimy toast. Na stojąco. Jesteśmy w Unii!

***

Odkrywam internetowe zbiory biblioteczne w Polsce, na świecie. To wprowadza zupełnie nową jakość do mojego belferskiego losu. Przekonuję się, że moje życie zależy właściwie wyłącznie ode mnie i że nigdy na nic nie jest za późno. Robię podyplomowe studia, najpierw jedne, potem, zachęcona przyjemnością płynącą ze studiowania w wieku dojrzałym - drugie. Ciągle jest ciekawie, choć niełatwo. Interesy idą raz lepiej, raz gorzej, przychodzą inne, niezapowiedziane problemy. Jakoś sobie radzimy, staramy się nie narzekać. Znajduję fantastyczną pracę, która daje mnóstwo przyjemności, choć wymaga też ogromnego zaangażowania.

Kolejny nauczycielski kurs robię online na amerykańskim uniwersytecie!

Nie myślę o emeryturze, choć wiem, że na pewno nie będę się nudzić. Cały czas jest fajnie - ciągle mam jeszcze coś przed sobą.

Życie nie jest "gdzie indziej" - pozwolę sobie swobodnie odwołać się do tytułu powieści Milana Kundery. Życie jest tutaj.

Podziel się

  • Moje 20 lat wolności: Życie nie jest gdzie indz... literka10 28.04.09, 10:04

    Dziękuję za ten wspaniały list. Jestem rówieśniczką Autorki. Tak było wwiększości domach, w naszych rodzinach. Kiedy teraz słucham, różnych"dziwnych" osób nie mogę zrozumieć dlaczego chcą »

Najnowsze wiadomości z Warszawy