Żydów też wolno krytykować

Wojciech Karpieszuk
30.05.2009 aktualizacja: 2009-05-29 20:21
A A A Drukuj
Kobieta z antysemickimi napisami co kilka dni ustawia się m.in. przy bramie Uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu Fot. Filip Klimaszewski / AG
Kobieta z antysemickimi hasłami ustawia się w centrum miasta. Stoi tak godzinami z plakatami własnej roboty. Przechodnie mijają ją obojętnie, niektórzy pukają się w czoło, jeden poszedł do prokuratury.
21 kwietnia w Dzień Pamięci o Holocauście naczelnik wydziału kultury w Śródmieściu Krzysztof Czubaszek wracał z pracy. Na placu przy stacji metra Centrum, zobaczył kobietę z transparentem. Były na nim napisy: "Wolność słowa tylko dla Żydów i koszernoposłusznych? Gazeta Wyborcza czy koszerna? Judeo-Polin? 20 lat żydowskiej manipulacji słowem i retoryki talmudycznej".

Oburzona kobieta z Izraela

Czubaszek widział ją w tym miejscu wcześniej. Zawsze stała z podobnymi transparentami. Raz prosił policjantów o interwencję, ale byli zajęci. 21 kwietnia zobaczył, że obok pikietującej dwóch policjantów rozmawiało z inną kobietą. - Wreszcie kogoś to ruszyło - pomyślałem i podszedłem - opowiada. Okazało się, że kobieta przyjechała z Izraela na Dzień Pamięci o Holocauście. - Mówiła po polsku. Była oburzona tym, co przeczytała. A mnie zrobiło się wstyd, jako warszawiakowi.

Cudzoziemka tłumaczyła policjantom, że to są hasła antysemickie. Chciała zgłosić przestępstwo. - Ale oni na widok izraelskiego paszportu stwierdzili, że od obcokrajowca nie mogą przyjąć zgłoszenia. Wtedy dałem im swój dowód osobisty - wspomina Czubaszek. I dodaje: - Nie zgadzam się z tymi hasłami, ale to tylko jedna sprawa. Jako urzędnik wiem, że ta pani bardzo szkodzi wizerunkowi miasta. Oburzamy się, kiedy gdzieś jest mowa o "polskich obozach śmierci", o "Polakach antysemitach". Z drugiej strony pozwalamy na to, żeby w centrum stolicy ktoś stał z takimi hasłami.

Policjanci przez radio przeczytali slogany dyżurnemu w komisariacie. Po chwili przyszła decyzja - hasła nikogo nie obrażają, policja nie będzie interweniować. Jak ktoś chce, to może sprawę zgłosić z oskarżenia prywatnego.

Prokuratura umarza sprawę

- Postanowiłem, że tym razem nie odpuszczę - mówi Czubaszek. Kilka dni później w śródmiejskim komisariacie złożył zawiadomienie o przestępstwie. Od policjantów usłyszał, że znają panią z transparentami. Kiedyś swoje plakaty rozkładała na ziemi. Wtedy wlepili jej mandat za zaśmiecanie. Od tamtej pory trzyma je w rękach.

Niedawno pan Krzysztof dostał z prokuratury rejonowej postanowienie o umorzeniu dochodzenia. W uzasadnieniu przeczytał, że kobieta stała pod stacją metra również 9 kwietnia. Wtedy przypadkowy przechodzień podarł jej transparent z napisami: "Czy środowisko lekarskie i prawnicze jest zdominowane przez osoby pochodzenia żydowskiego? Koszerna Solidarność? Etaty po medycynie tylko dla Żydów? Czy pan prezes Naczelnej Izby Lekarskiej jest Żydem? Czy lekarze wstydzą się swoich matek Żydówek?". Teraz toczy się przeciwko przechodniowi postępowanie o zniszczenie plakatów.

Prokuratura tak m.in. uzasadniła umorzenie: "Wolność słowa jako jedna z gwarancji demokratycznego porządku jest standardem w nowoczesnym państwie i przejawia się m.in. możliwościami krytykowania jakichkolwiek postaw indywidualnych czy grupowych (...). Osoby pochodzenia żydowskiego spod tej krytyki nie są i nie mogą być wyłączone". Dalej asesor prokuratury stwierdził, że "wypowiedź musi mieć charakter obiektywnie znieważający, a nie tylko być wypowiedzią obraźliwą w subiektywnym przekonaniu ofiary".

Prokuratura przesłuchała kobietę. Ta powiedziała m.in., że osoby narodowości żydowskiej powinny się tym szczycić i publicznie o tym mówić. Zapewniła, że nie miała zamiaru nikogo obrażać i że nie ma uprzedzeń antysemickich.

- Niewątpliwie napisy z transparentu mają wydźwięk antysemicki. Ale bardzo trudno udowodnić, czy została przekroczona granica wolności słowa i czy jest to już mowa nienawiści. Tu potrzebne są opinie biegłych - stwierdza dr Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Według niego zachowanie kobiety można spróbować podciągnąć pod kodeks wykroczeń jako wykroczenie przeciwko obyczajności publicznej.

Czubaszek: to są antysemickie plakaty

Kobieta ze swoimi transparentami staje od jakiegoś czasu w różnych miejscach Warszawy. Stała też pod naszą redakcją. W listopadzie pod bramą UW na Krakowskim Przedmieściu miała transparent z apelem do studentów pochodzenia żydowskiego, by zwolnili miejsca na polskich uczelniach dla Polaków. Przechodniom mówiła wtedy, że polskie uniwersytety są obsadzone Żydami.

Kilka dni wcześniej, też pod Uniwersytetem ustawiła się z plakatem: "Nie chcemy kanonizacji ks. Karola Wojtyły". - Zapytajcie o pochodzenie jego matki - zwracała się do przechodniów. Ludzie mijali ją obojętnie, niektórzy kreślili kółka na czole.

Krzysztof Czubaszek: - Obywatelka Izraela przyjechała do Polski na bardzo ważne dla niej święto. I z jakim odczuciem i obrazem miasta wyjechała? - pyta. - Mimo że plakaty nie nawołują wprost do nienawiści, to uważam, że są antysemickie. Nie możemy na nie pozwolić - dodaje. Zapowiada, że złoży odwołanie od postanowienia prokuratury.

Komentarz Seweryna Blumsztajna
Nie dziwi mnie, że prokuratura zdobyła się nagle na subtelne analizy na temat wolności słowa. Prokuratura zawsze zrobi wszystko, żeby nic nie zrobić w takiej sprawie. Zdziwił mnie pan Bodnar, który chce, by biegli wypowiadali się czy można urządzać antysemickie demonstracje. Jeżeli się jeszcze w Fundacji Helsińskiej nie dowiedział, to informuję go, że nie wolno i w dodatku nieładnie tak robić.
Wszyscy w tej sprawie uprawiają typowy prawniczy kretynizm: rozważają paragrafy zamiast zająć się sprawą. Zawsze mamy do czynienia z prawniczym kretynizmem, gdy prawo rozmija się ze zdrowym rozsądkiem i przyzwoitością.
Nikt - łącznie z policją - nie chce nic zrobić, ponieważ wiadomo, że kobieta z taką pasją śledząca obecność Żydów w wielu dziedzinach naszego życia jest zwykłą wariatką i nie sposób jej ciągać po komisariatach, sądzić i skazywać.
Coś jednak trzeba zrobić, bo przecież nie można pozwolić na ewidentnie antysemickie manifestacje. A poza tym, ten typ szaleństwa "na żyda" nie jest w Polsce rzadkością. Jeszcze nie tak dawno prezentował go obecny prezes telewizji publicznej.
Skoro prokuratura w sposób oczywisty nagina prawo umarzając śledztwo w sprawie rasistowskiej manifestacji, to niech je też nagnie, żeby uniemożliwić tej kobiecie kontynuację tych obrzydliwych pikiet.
Tylko człowiek, który zabrał jej i podarł antysemickie plakaty zachował się normalnie.
Polecam jego przykład prokuraturze i policji.



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy