Co i jak się kradło 20 lat temu
04.06.2009
aktualizacja: 2009-06-03 21:48
Fot. Zbigniew Kosycarz / KFP
Złodziejski przebój końca lat 80.? Kolorowy telewizor? Radio samochodowe? Też, ale prawdziwym rarytasem była srebrna puszka z kolorową naklejką i napisem "ham".
ZOBACZ TAKŻE
- Wolność dała nam otwartość na seks (04-06-09, 10:00)
- Organizacje pozarządowe powinny być jak buldogi (06-06-09, 20:00)
- Niemcy dziękują Polsce w Warszawie (06-06-09, 09:00)
- Warszawska drużyna Lecha Wałęsy (04-06-09, 11:00)
- Życia styl i szyk: 20 lat temu i dziś (04-06-09, 11:00)
- Matka i córka - co zyskały, a co straciły (04-06-09, 10:00)
- Po 20 latach gwiazdy muzyki świecą nad stolicą (04-06-09, 10:00)
- 20 lat warszawskiej komunikacji (04-06-09, 09:00)
Kto dziś kradnie szynkę? Zdarzają się oczywiście kradzieże jedzenia w hipermarketach. Ale zawodowych złodziei, którzy pod osłoną nocy włamują się do sklepów, wędliny raczej nie interesują. Co innego 20 lat temu, gdy metalowe puszki z napisem "ham" były prawdziwym rarytasem.
- Włamania do sklepów Peweksu i Baltony to była w tamtych czasach prawdziwa plaga - przyznaje oficer śródmiejskiej policji, w służbie od połowy lat 80. - Delikatesy przy ul. Marszałkowskiej prowadziła żona ówczesnego komendanta stołecznego. Był czas, że miała włamania tydzień w tydzień. Złodzieje zabierali właśnie szynkę i oczywiście wódkę.
Telewizory spuszczali na prześcieradłach
Królowała jednak elektronika. Po pierwsze - dlatego, że sprzęt rtv był trudno dostępny, po drugie - był drogi. Z samochodów ginęły np. mające dziś status niemal kultowych radioodbiorniki Safari produkowane pod znakiem Unitra. Obecnie większość nowych samochodów ma własne systemy audio. Nie ma sensu ich kraść.
Z mieszkań włamywacze wynosili oczywiście telewizory i zestawy hi-fi. - Nikt nie przejmował się tym, że telewizory były wtedy wielkimi pudłami, ważącymi po kilkadziesiąt kilogramów - opowiada asp. sztab. Krzysztof Nowak, dziś rzecznik prasowy wolskiej komendy, a na przełomie lat 80. i 90. technik kryminalistyki. - Zdarzały się włamania do mieszkań na pierwszym piętrze, z których ogromne telewizory spuszczano na linach albo na powiązanych ze sobą prześcieradłach.
Zabierano też magnetowidy, no i komputery, które u schyłku PRL-u zaczęły trafiać pod strzechy - dodaje Nowak.
Dzisiaj bierze się tylko to, co łatwo wynieść (schować do torby albo pod kurtkę), łatwo sprzedać i co ma jakąś wartość. Oprócz gotówki i biżuterii (ale te kradziono i w czasach PRL-u) z mieszkań i biur giną laptopy, lepsze modele telefonów komórkowych czy odtwarzaczy MP3.
- Teraz w sklepie z elektroniką można kupić odtwarzacz DVD za 250 zł. Paser, który bierze towar od złodzieja, mógłby mu za niego dać nie więcej niż 50 zł. To gdzie tu jakiś biznes? - pyta Krzysztof Nowak. - Jak ktoś kupuje nowy telewizor, to polecam duży model, najlepiej 40-calowy albo większy. Takiego prawie na pewno nie wyniosą - dodaje.
Dlaczego? Bo zmieniliśmy się jako społeczeństwo. Policjanci, z którymi rozmawialiśmy, podkreślają, że coraz więcej osób zwraca uwagę na to, co dzieje się u sąsiadów.
- Współpraca z organami ścigania nie jest już wstydem - podkreśla oficer Komendy Stołecznej. - W PRL-u wiadomo było, że ten, kto dzwoni na milicję, to kapuś i konfident. Dziś ludzie rozumieją, że policja jest po to, by im pomagać.
Włam na rympał to dyshonor
Zmieniają się też przestępcy. - Brakuje im finezji - utyskują policjanci.
- Kiedyś nie było tak dużo włamań "na rympał", czyli po prostu na chama, przez siłowe wyważenie drzwi lub okien - mówi nasz rozmówca ze śródmiejskiej komendy.
Krzysztof Nowak: - Oczywiście, włamywacze używali zwyczajnych łomów. Robią to zresztą do dziś. Ale kiedyś w tym fachu byli też profesjonaliści, dla których włamać się "na rympał" to był dyshonor. Były grupy, których członkowie w sklepach kupowali dobre zamki i rozbierali je na części, by poznać zasadę ich działania i opracować sposób ich otwarcia.
Dziś ci, którym finezji nie brakuje, przerzucili się na nowe technologie. "Realizują się" w oszustwach bankowych i internetowych. I zarabiają na tym naprawdę spore pieniądze.
- Włamania do sklepów Peweksu i Baltony to była w tamtych czasach prawdziwa plaga - przyznaje oficer śródmiejskiej policji, w służbie od połowy lat 80. - Delikatesy przy ul. Marszałkowskiej prowadziła żona ówczesnego komendanta stołecznego. Był czas, że miała włamania tydzień w tydzień. Złodzieje zabierali właśnie szynkę i oczywiście wódkę.
Telewizory spuszczali na prześcieradłach
Królowała jednak elektronika. Po pierwsze - dlatego, że sprzęt rtv był trudno dostępny, po drugie - był drogi. Z samochodów ginęły np. mające dziś status niemal kultowych radioodbiorniki Safari produkowane pod znakiem Unitra. Obecnie większość nowych samochodów ma własne systemy audio. Nie ma sensu ich kraść.
Z mieszkań włamywacze wynosili oczywiście telewizory i zestawy hi-fi. - Nikt nie przejmował się tym, że telewizory były wtedy wielkimi pudłami, ważącymi po kilkadziesiąt kilogramów - opowiada asp. sztab. Krzysztof Nowak, dziś rzecznik prasowy wolskiej komendy, a na przełomie lat 80. i 90. technik kryminalistyki. - Zdarzały się włamania do mieszkań na pierwszym piętrze, z których ogromne telewizory spuszczano na linach albo na powiązanych ze sobą prześcieradłach.
Zabierano też magnetowidy, no i komputery, które u schyłku PRL-u zaczęły trafiać pod strzechy - dodaje Nowak.
Dzisiaj bierze się tylko to, co łatwo wynieść (schować do torby albo pod kurtkę), łatwo sprzedać i co ma jakąś wartość. Oprócz gotówki i biżuterii (ale te kradziono i w czasach PRL-u) z mieszkań i biur giną laptopy, lepsze modele telefonów komórkowych czy odtwarzaczy MP3.
- Teraz w sklepie z elektroniką można kupić odtwarzacz DVD za 250 zł. Paser, który bierze towar od złodzieja, mógłby mu za niego dać nie więcej niż 50 zł. To gdzie tu jakiś biznes? - pyta Krzysztof Nowak. - Jak ktoś kupuje nowy telewizor, to polecam duży model, najlepiej 40-calowy albo większy. Takiego prawie na pewno nie wyniosą - dodaje.
Dlaczego? Bo zmieniliśmy się jako społeczeństwo. Policjanci, z którymi rozmawialiśmy, podkreślają, że coraz więcej osób zwraca uwagę na to, co dzieje się u sąsiadów.
- Współpraca z organami ścigania nie jest już wstydem - podkreśla oficer Komendy Stołecznej. - W PRL-u wiadomo było, że ten, kto dzwoni na milicję, to kapuś i konfident. Dziś ludzie rozumieją, że policja jest po to, by im pomagać.
Włam na rympał to dyshonor
Zmieniają się też przestępcy. - Brakuje im finezji - utyskują policjanci.
- Kiedyś nie było tak dużo włamań "na rympał", czyli po prostu na chama, przez siłowe wyważenie drzwi lub okien - mówi nasz rozmówca ze śródmiejskiej komendy.
Krzysztof Nowak: - Oczywiście, włamywacze używali zwyczajnych łomów. Robią to zresztą do dziś. Ale kiedyś w tym fachu byli też profesjonaliści, dla których włamać się "na rympał" to był dyshonor. Były grupy, których członkowie w sklepach kupowali dobre zamki i rozbierali je na części, by poznać zasadę ich działania i opracować sposób ich otwarcia.
Dziś ci, którym finezji nie brakuje, przerzucili się na nowe technologie. "Realizują się" w oszustwach bankowych i internetowych. I zarabiają na tym naprawdę spore pieniądze.
Przeczytaj także: 20 lat wolności w Warszawie
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Miał być ważny węzeł, ale zniknął. Gdzie jest Konotopa?
- Piątek na ulicach Warszawy [25.05.2012]
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Centrum tonie w reklamach. Najbrzydsze rondo w mieście?
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


